piątek, 11 październik 2019 19:52

Układ polityczny to ewolucja, a nie rewolucja

Napisała

O strategii cierpliwej długookresowej budowy obecności w sferze politycznej, szansie na wygraną i skutecznych sposobach wpływania społeczeństwa na polityków o z Krzysztofem Bosakiem – wiceprezesem Ruchu Narodowego, posłem na Sejm V kadencji rozmawia Dorota Niedźwiecka.

 

Czy uważa, że jako Polacy jesteśmy zakochani w socjalizmie? Bo coś powoduje, że wybieramy socjalistów: raz z PO, a raz z PiS-u, którzy otwarcie mówią o tym, że dadzą nam każde dobro tego świata za nasz głos.

Nie zgadzam się z tą diagnozą na temat socjalizmu. Uważam, że termin „socjalizm” jest zbyt łatwo odmieniany przez przypadki w polskiej publicystyce konserwatywnej i liberalnej. I uważam, że wynika to z dominacji ideologii liberalnej na prawicy, szczególnie w sferze gospodarczej, gdzie każda opcja pośrednia, centrowa bywa nazywana socjalizmem. To pierwsza uwaga. Druga uwaga: oczywiście, w sposób naturalny w demokracji łatwiej jest uwodzić wyborców materialnymi korzyściami niż zachęcać ich wezwaniem do większej odpowiedzialności, fiskalnego rygoryzmu czy poświęceń na rzecz dobra wspólnego. Wracając do socjalizmu, nadmienię, że przez socjalizm rozumiem takiego rodzaju ustrój lub takie myślenie gospodarcze, które:

  1. z zasady uważa własność państwową za lepszą od prywatnej i zmierza do jej dominacji w ustroju gospodarczym;
  2. z zasady uważa dystrybucję dóbr w gospodarce, wynikającą z regulacji i z planowania za lepszą niż tę, wynikającą z wymiany rynkowej i zmierza do dominacji tego typu dystrybucji i alokacji zasobów w gospodarce;
  3. nie ma zaufania do mechanizmu rynkowego ustalania cen lecz zmierza do dominacji i sterowania wartościami dóbr w ustroju gospodarczym.

Czyli za socjalizm uważam eliminowanie z ustroju gospodarczego tych trzech elementów – własności prywatnej, wymiany rynkowej i swobodnego ustalania cen.

A rozdawnictwo?

Elementy redystrybucji dóbr całkowicie mieszczą się w tym, co nauka opisuje jako państwo opiekuńcze z gospodarką rynkową, czyli w formie pośredniej, która jest pogodzona z gospodarką rynkową. Redystrybucja może dochodzić do całkiem sporego progu: w państwach zachodnich zbliża się ona nawet do 50% całości gospodarki. Równocześnie gospodarka może funkcjonować na zasadach rynkowych i zachowywać całkiem wysoką efektywność. Osobiście nie jestem zwolennikiem redystrybucji na poziomie 50% czy zbliżonym, natomiast zaznaczam, iż ciągle będzie to gospodarka rynkowa. A funkcjonujące w ten sposób państwo jest państwem opiekuńczym lecz nie państwem socjalistycznym.

Precyzyjne rozróżnienie pojęć pozwala zachować porządek i jasność tego, do czego dana partia zmierza.

Oczywiście. Uważam, że jako przedstawiciele prawicy konserwatywnej powinniśmy używać pojęć określających zjawiska społeczne, ekonomiczne czy polityczne w sposób zgodny z ich znaczeniem. I nie robić tego, co robi lewica, czyli nie zakłamywać debaty, nie manipulować pojęciami. Jestem zagorzałym przeciwnikiem socjalizmu i właśnie dlatego uważam, że tego pojęcia nie należy nadużywać, by nie doszło do zatarcia jego znaczenia. Bo jeśli socjalizmem będziemy nazywać każdą regulację czy każdy element polityki społecznej to w pewnym momencie odbiorcy mogą dojść do fałszywych wniosków: „W sumie socjalizm jest chyba dobry, skoro polega na tych elementach polityki społecznej, które uważamy za rozsądne”.

Wróćmy do pierwszego pytania. Co zatem – jeśli nie upodobanie do socjalizmu – wpływa na mentalność społeczeństwa, że wybiera wciąż PiS i PO?

Ta sytuacja jest najzupełniej naturalna. To znaczy: mamy dwa wiodące bloki polityczne: PiS i PO, które zagospodarowują główne polityczne emocje społeczeństwa. Ale mamy także wiele innych partii. Moim zdaniem, odczucie, że Polacy głosują na PiS i PO, jest tylko wrażeniem medialnym.

Przyjrzyjmy się faktom. Od kiedy powstały PiS i Platforma, w 2001 r., w każdych wyborach mamy znaczne grupy wyborców, którzy głosują na inne partie i – co więcej – powstają nowe listy wyborcze, które wprowadzają swoich liderów do Sejmu. Oczywiście, do tego momentu nie udało się zogniskować żadnej innej sile politycznej takich emocji wokół siebie, ale wynika to z prostego prawa społecznego: gdy ktoś zajmie jakieś terytorium to trudno go stamtąd usunąć.

Teraz na scenie politycznej usadowiły się dwie partie: na centroprawicy Prawo i Sprawiedliwość, na centrolewicy Platforma Obywatelska i widać po przypadkach czy to partii Nowoczesna czy Kukiz 15, czy wcześniej Ligi Polskich Rodzin lub Samoobrony, że nawet duże błędy polityczne nie powodują, by rola wiodąca tych sił została naruszona. Ale nic nie trwa wiecznie.

Spodziewa się Pan w najbliższym czasie zmian?

Na razie dominacja PiS lub PO nie jest szczególnie długą epoką w polityce: trwa ona 14 lat. Wcześniej, pomiędzy 2001 a 2005 r. wcale nie było jasne, że PiS i PO to partie antagonistyczne. Startowały przecież wspólnie w wyborach samorządowych i planowały wspólnie stworzyć rząd. Ponadto w tamtym czasie wcale nie było oczywiste, że to one podejmą rolę wiodącą. PiS konkurował przecież wówczas o przywództwo z Ligą Polskich Rodzin na prawicy i warto przypomnieć, że w pierwszych wyborach do europarlamentu Liga Polskich Rodzin miała lepszy od niego wynik. Z kolei PO konkurowała ze wszystkimi, bo była partią centrową: i z PiS-em, i SLD czy Unią Wolności. Dopiero cały splot czynników: taktyczny błąd SLD z 2015 r., kiedy wystartowało jako koalicja, a także błędy Janusza Palikota z Ruchu Palikota czy Ryszarda Petru z Nowoczesnej, sprawiły, że Platforma jest obecnie tak silna, mimo że od czterech lat jest poza władzą i skompromitowała się wcześniej różnymi aferami.

Krótko mówiąc: ta sytuacja jest dużo bardziej złożona niż się z pozoru wydaje. Natomiast większość z nas nie pamięta tych złożoności, ponieważ – jak pokazują badania sceny politycznej – pamięć wyborcy nie sięga dalej jak 7-8 lat wstecz. A to oznacza, że wspomniane przeze mnie okoliczności nie istnieją już w pamięci wyborcy. I co więcej: może on uważać, że wspomniane partie są siłami posiadającymi odrębne korzenie ideologiczne, a może nawet środowiskowe.

Dochodzi w ten sposób do spłaszczenia rzeczywistości politycznej.

Tak. Także poprzez to, że dziennikarze głównego nurtu dyskutują głównie o polityce PiS-u i PO, przez co wyborcy zaczynają myśleć przede wszystkim o ich polityce. I znów: nie wszyscy lecz przeważająca ich część.

Równocześnie trudno jest innej partii dojść do władzy. Przykładem niech będą wybory do parlamentu europejskiego, gdzie Narodowcy związali się z Konfederacją i mimo to nie udało im się przejść progu 5% . W tym kontekście: jakie są Pana wnioski i jakie rozwiązania Pan dostrzega?

Układ polityczny zmienia się w sposób ewolucyjny: nieznacznie – w każdych wyborach. W każdych wyborach powstają przecież nowe siły polityczne, które walczą o przekroczenie progu i prawie w każdych wyborach komuś się to udaje i do polityki dołącza. Dla przykładu w wyborach do Parlamentu Europejskiego 5 lat temu była to Koalicja Nowej Prawicy, w wyborach parlamentarnych 4 lata temu – Kukiz’15, a do progu zbliżyła się także partia Razem. Takim przykładem zmian jest także wejście do sejmu Ruchu Palikota czy Nowoczesnej, żeby spojrzeć z drugiej strony sceny politycznej.

W wyborach do europarlamentu w tym roku do progu zbliżyła się bardzo mocno Konfederacja i sądzę, że gdyby nie równoległy start Kukiz’15, to Konfederacja byłaby w europarlamencie. W tej chwili, po usunięciu się Kukiz ’15 z samodzielnego startu, a tym samym ze sceny politycznej, i wejściu w koalicję z PSL, droga do osiągnięcia 5% progu jest otwarta.

Oczywiście, wiele zależy od przebiegu kampanii wyborczej. Jest też – moim zdaniem – najszczelniejsza w III Rzeczypospolitej blokada medialna na Konfederację, do tego stopnia, że wielu wyborców nie wie, że istniejemy. Bo skąd ma się dowiedzieć? Można by powiedzieć, że wszystkie sektory mediów informacyjnych milczą na ten temat – i mówię to świadomie, dzień po zarejestrowaniu się Konfederacji na ogólnopolskiej liście wyborczej, kiedy główne media prezentowały tylko cztery, a nie pięć komitetów wyborczych.

Wracając do pytania, wyzwaniem jest coś innego niż zaatakowanie i przejście progu wyborczego. Chodzi o to, by przetrwać tę operację dłużej niż jedna czy półtorej kadencji. Przypomnijmy, że jako samodzielny byt Nowoczesna, Ruch Palikota, Kukiz ’15 przetrwały zaledwie jedną kadencję, Liga Polskich Rodzin i Samoobrona – półtorej kadencji, nowinka do eurowyborów w postaci Wiosny – nie wytrwała nawet kilku miesięcy. Także wiele innych partii politycznych, które powstały jako odpryskowe formacje z rozłamów, nie przetrwały samodzielnie nawet kadencji.

Jak temu zaradzić?

 

Ważne jest stabilne przywództwo polityczne i zdolność do spokojnego, organicznego rozwoju przez daną siłę polityczną przy konstruktywnej akumulacji wyborców. Chodzi o to, by zbudować własną wiarygodność i powagę polityczną oraz przetrwać ataki konkurentów.

Ważne jest stabilne przywództwo polityczne i zdolność do spokojnego, organicznego rozwoju przez daną siłę polityczną przy konstruktywnej akumulacji wyborców. Chodzi o to, by zbudować własną wiarygodność i powagę polityczną oraz przetrwać ataki konkurentów. Bo wszystkie prawicowe projekty z bardziej patriotycznym wydźwiękiem, takie jak kiedyś Liga Polskich Rodzin, niedawno ruch Kukiz ’15 czy teraz Konfederacja są narażone na ataki – nie wprost oczywiście – ze strony PiS. To kwestia ostrej rywalizacji politycznej.

Wracając do rozmowy o zmianach. Powiedziałem, że zmiany zachodzą ewolucyjnie, czyli metodą prób i błędów testowane są kolejne pomysły i siły polityczne. Nie jest to test tylko wyborczy, lecz także test przetrwania politycznego. Sprawdzian, czy politycy, którzy wygrali, mają wizję, co robić, zaufanie społeczne, zdolność uprawiani polityki, budowania kapitału zaufania i akumulacji wyborców czy też nie. To jest brutalna weryfikacja, która następuje nie w wyborach, ale pomiędzy wyborami.

Druga sprawa w kwestii ewolucji sceny politycznej, to zmiana generacyjna. PiS i PO, które wydają się wielkimi, bardzo dobrze okopanymi siłami politycznymi, są zbudowane wokół polityków z pokolenia opozycji antykomunistycznej i okrągłego stołu, czyli 60- i 70-latków. Ci politycy są bardzo doświadczeni, mają szerokie kontakty polityczne, medialne, biznesowe, administracyjne, w związku z tym łatwiej jest im rywalizować politycznie. Gdyby porównać ich średnią wiekową ze średnią wieku Konfederacji, różnica wyniosłaby ok. 25 lat. I ten czas w budowaniu sieci znajomości przydatnych politycznie i doświadczenia, jak przetrwać i wygrać rywalizację, jest bardzo cenny.

Natomiast w ciągu najbliższych lat siły życiowe i atrakcyjność wizerunkowa starszego pokolenia polityków będzie się w sposób naturalny i nieuchronny wyczerpywać. I nastąpi moment pokoleniowej wymiany, który już się zaczął przez wybranie na premiera czy prezydenta osoby młodszej, a scena polityczna będzie ewoluować.

 

cd w numerze

przycisk

Wyświetlony 355 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.