poniedziałek, 13 wrzesień 2010 12:26

Żałosny kod Dana Browna

Napisał

Ilekroć czeka mnie kilkunastogodzinny lot samolotem, zabieram ze sobą kilka książek, które pozwalają mi przetrwać podróż. W ostatnią podróż zabrałem ze sobą Kod Leonarda da Vinci Browna. Niby wiedziałem, o czym jest książka, lecz wolałem przeczytać sam, by wiedzieć, dlaczego w samolocie osoby czytają ją po francusku, po angielsku, niemiecku, rosyjsku czy nawet po afrykanersku. Im dalej wczytywałem się w zawiłe losy bohaterów, tym bardziej byłem rozczarowany. Na koniec stwierdziłem, że podobnie jak na papierosach - na okładce tej książki powinno znaleźć się ostrzeżenie przed negatywnymi skutkami zdrowotnymi wynikającymi z jej czytania - oczywiście, z adnotacją, że nie dotyczy to półgłówków, antyklerykałów i feministek - oni będą zachwyceni.

Książka jest napisana dość sprawnie ? od początku wciąga, jak stary odkurzacz. Jednak miłośnicy literatury akcji, zachęceni reklamą książki jako superbestsellera i oczekujący od niej misternej akcji wplecionej w labirynt wielkich tajemnic, poczują się zawiedzeni ? cała powieść jest zbiorem sprawdzonych, wyświechtanych chwytów literackich, podanych przez efekciarskiego grafomana, chyba tylko przez pomyłkę określonego przez polskiego wydawcę jako najinteligentniejszy..., łączący erudycję Eco i talent Cobena (kto czytał Wahadło Foucolta Eco, wie, że porównanie Eco i Browna to tak, jak zestawienie sposobu uprawiania polityki przez Reagana i p. Beger).
Dan Brown użył sprawdzonego schematu: są niezawodni w tego rodzaju powieściach templariusze, jest "tajna organizacja" Opus Dei, jest tajemniczy Zakon Syjonu, no i, oczywiście, święty Graal. Do tego amerykański naukowiec w Paryżu, piękna asystentka. Wszystko bowiem podlano sosem tajemnicy i spisku, pościgów samochodowych... O ile pierwsza część książki trzyma w napięciu, to im bliżej końca, między wierszami wyczytać można wołanie autora: "nie wiem, jak to zakończyć!", sięga więc po sprawdzony sposób rodem z Hollywood: źli giną, dobrzy zwyciężają, obowiązkowo zakochując się w sobie. W całej książce na stałym poziomie utrzymana jest jedynie niechęć do Kościoła katolickiego. Zresztą tak wychwalana, nawet przez przeciwników prozy Browna, fabuła śmieszy: tajne stowarzyszenie wewnątrz Kościoła katolickiego, które przez ponad dwa tysiące lat utrzymuje w wąskim kręgu największą tajemnicę ludzkości, rozmawia o tym przez telefony komórkowe. Jak nic ? poziom Stirlitza, który gdy przyszło po niego gestapo, powiedział przez zamknięte drzwi, że go nie ma, więc gestapowcy odeszli.
Porównując Dana Browna z Umberto Eco, pamiętajmy, że ten ostatni, pisząc Imię róży, na przygodę z beletrystyką wyruszał uzbrojony w solidną wiedzę historyczną na temat średniowiecza (którą z niechęci do Kościoła katolickiego świadomie wypaczył) ? Brownowi zaś na przeszkodzie stanęły ewidentne braki w edukacji. W efekcie tego w książce brednia goni brednię. Autor zapewnia, że podaje fakty historyczne, ale w większości są to zmyślenia albo kalki z książek innych autorów lub wiedza czerpana z... Internetu. Jest wiele miejsc, w których autor sam sobie zaprzecza (rzecz nie do pomyślenia u Eco). Rewelacje historyczne, podane przez Browna, mają wiarygodność tych z Indiany Jonesa.
Powołanie się w beletrystyce naszego wieku na świętego Graala okazuje się nadal sprawdzonym chwytem ? nadal na nim można zarobić pieniądze. Brown sięga jednak dalej, opisuje dzieje Zakonu Syjonu, strzegącego największej tajemnicy chrześcijaństwa: związku Chrystusa z Magdaleną i ich potomstwa, które przez wieki wpływać miało na dzieje Europy. Każdy, kto choć trochę orientuje się w tej materii, wie, że Zakon Syjonu faktycznie powstał we Francji, ale w roku... 1956 ? sam sobie dorobił legendę, którą każdy internauta może znaleźć w sieci (na długo przed Brownem). Przepisując np. listę wielkich mistrzów zakonu ? Brown zrobił to tak niechlujnie, że np. w 1418 roku czyni wielkim mistrzem René d'Anjou. Kłopot w tym, że René miał wtedy zaledwie dziewięć lat (nawet tłumaczenie, że władzę faktyczną mógł sprawować ktoś inny, jest bzdurą, bo wielki mistrz był obieralny, a nie dziedziczny, po jakie licho wybierać mieli dziecko?). Kolejna rewelacja to informacja, że Zakon Syjonu powstał w 1099 roku, a fundatorem i założycielem był Gotfryd z Bouillon, przedstawiany przez Browna jako król Jerozolimy. Rzekomy król faktycznie był jednak cherlawym i tchórzliwym rycerzem, a na dodatek nigdy nie był królem Jerozolimy (najwyższa godność, jaką sprawował, to tytularny Obrońca Grobu Świętego). Koronowanym królem Jerozolimy był Baldwin z Lotaryngii, młodszy brat Gotfryda. Przy odrobinie wyrozumiałości można powiedzieć, że Brown był tu blisko... Zresztą dalsze rewelacje na temat templariuszy budzą już nie tylko politowanie, ale i śmiech: Brown opisuje w szczegółach, jak to w czasie drugiej wyprawy krzyżowej templariusze otrzymali od Baldwina prawo do czuwania nad bezpieczeństwem pielgrzymów na drogach ? druga krucjata datowana jest na 1147 rok, Baldwin w czasie jej trwania był już nieboszczykiem od 16 lat (zmarł w 1131 roku).
Krwawa łaźnia, jaką rzekomo zgotował templariuszom papież Klemens V, jest tak prawdziwa, co wieść, że ja jestem mandarynem chińskim ? faktyczną akcję aresztowania templariuszy przeprowadził król Filip IV Piękny (król Francji), wbrew protestom papieża. W swych "naukowych" teoriach autor sam się zresztą w końcu pogubił, opisując na początku wytrzebienie do pnia Zakonu Templariuszy w całej Europie 13 X 1307 roku (podaje, jak skuteczna i precyzyjna była to akcja), by potem spokojnie opisywać zbudowanie kaplicy Rosslyn w 1446 roku przez... Zakon Templariuszy ? co z tego, że już od ponad wieku nie istniał. Nie dziwią już potem brednie o tym, jak to katolicki kler spalił na stosie pięć milionów niewinnych kobiet (ciekawe, czy autor wie, ile w tym czasie mieszkańców liczyła Europa?!). Banialuki historyczne puentuje swymi "naukowymi" rozważaniami na temat krzyża ? zdecydowanie twierdząc, że Chrystusa ukrzyżowano na krzyżu wpisanym w kwadrat (nawet nie wie, że jest na to nazwa: krzyż grecki! A Rzymianie, jak wskazują źródła, krzyżowali na krzyżu w kształcie litery T), gdyby też Brown sięgnął po gimnazjalny podręcznik historii starożytnej, nie pisałby, że ukrzyżowanie wymyślili Rzymianie ? w każdej książce historycznej można przeczytać o ukrzyżowaniu np. w 332 roku p.n.e. dwóch tysięcy mieszkańców zdobytego przez Aleksandra Macedońskiego Tyru, o Sparcie nie warto już wspominać!
Brown piętnuje cesarza Konstantyna, że uczynił chrześcijaństwo religią panującą ? tyle że de facto Konstantyn uczynił chrześcijaństwo jedną z wielu "legalnych" religii, dopiero zaś Teodozjusz pod koniec IV wieku uwieńczył je mianem religii oficjalnej.
Piramidalną bzdurą jest również rewelacja Browna, mówiąca o tym, że Jezus nie jest Bogiem: żaden chrześcijanin nie uważał Go za Boga, zanim Cesarz Konstantyn nie ogłosił Go Nim na soborze w Nicei w 325 roku. Chrystusa uznano już dużo wcześniej za Boga (Rz 9,5) ? wczesne źródła chrześcijańskie wskazują na ten fakt ok. 40 razy i to przed Soborem Nicejskim. Zresztą Brown "zna" i historię Soboru, bo pisze, że Jezus został ogłoszony Bogiem niewielką ilością głosów! Tak się składa, że na soborze w Nicei obradowało ok. 300 biskupów, a tylko dwóch było przeciw uznaniu Jezusa za Boga. Widać, dwa w stosunku do 298 to większość...

(?)

 

Roman Konik
Wyświetlony 3894 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.