sobota, 31 lipiec 2010 17:44

Złe wychowanie

Napisał

Czy istnieje za leżność między wychowaniem, a poglądami politycznymi? Jakiś czas temu redaktor Jacek Żakowski na łamach "Polityki" dowodził, że owszem, zależność jest jednoznaczna. Jeśli rodzice są surowi i przestrzegają zasad, dzieciak wyrasta na prawicowego radykała, jeśli zaś są otwarci i mają z dzieckiem kontakt partnerski, wyrasta na lewicowca. Prawda, że proste? Można mieć nadzieję, że w najbliższym czasie redaktor Żakowski, który w wybitnym stopniu posiadł umiejętność stosowania alternatywnych metod wnioskowania, zbada, jaki typ zachowań rodzicielskich wpływa na to, że ktoś wyrasta na idiotę. Interesujące byłoby również przyjrzeć się, czy istnieje związek miedzy szlachetną postawą otwartego lewicowca a szczególną postacią pogardy dla innych ludzi.

W notatnikach Fiodora Dostojewskiego znaleźć można takie oto stwierdzenie: Kto zbyt kocha ludzkość jako taką, ten, w większości wypadków, prawie zawsze niezdolny jest do pokochania pojedynczego człowieka. Można by dodać: nie tyle nawet niezdolny do pokochania, ile właśnie wybitnie zdolny do pogardy. Ludzkość nietrudno kochać. Odrobina wprawy i człowiek jest w stanie cierpieć za miliony niczym poeta z wiersza Bursy: od 10 do 13.20, z przerwą na czynności fizjologiczne. Kiedy tylko pomyśli o cierpieniach ludzkości, łzy napływają mu do oczy, serce zaczyna bić mocniej i rodzi się w nim ideologicznie słuszny bunt przeciw nieprawości. Cierpi już na samą myśl, że ludzkość cierpi. I jeszcze bardziej cierpi, kiedy pomyśli nad tym, jak sam cierpi za cierpiących. A w geście solidarności z cierpiącą ludzkością dobrze czasem dać w ucho jakiejś jednostce, która w tym kolektywnym cierpieniu uczestniczyć nie chce. Otóż to: przez cierpienie szczegółu do szczęścia ogółu. Dialektyczne prawo przechodzenia ilości w jakość. W końcu już Marks nauczał, że pełne wyzwolenie człowieka dokona się dopiero wówczas, gdy rzeczywisty indywidualny człowiek wchłonie w siebie na powrót abstrakcyjnego obywatela państwa i jako człowiek indywidualny w swoim życiu empirycznym, w swej pracy indywidualnej, w swoich stosunkach indywidualnych stanie się istotą gatunkową. A skoro tak, to gdy idzie o dobro całej ludzkości, nie ma co się specjalnie przejmować losem pojedynczych ludzi. Lenin, który lepiej od Marksa wiedział, co konkretnie robić, nie musiał podpierać się jakimś postheglowskim bełkotem i walił prosto z mostu: Wojna bezwzględna kułakom! Śmierć im! Nienawiść i pogarda broniącym ich partiom: prawicowym eserowcom, mieńszewikom i teraźniejszym lewicowym eserowcom!

Takich przykładów nienawiści i pogardy można by przywołać więcej. Znaleźliby się tu zarówno pragmatyczni aparatczycy zarządzający z nadania ZSRR krajami realnego socjalizmu, jak też zaangażowani intelektualiści, przemilczający sowieckie obozy koncentracyjne dla dobra pięknej idei i usprawiedliwiający teraźniejsze zło troską o przyszłe szczęście ludzkości. W gruncie rzeczy nie ma zresztą znaczenia, czy byli ideowcami czy cwaniakami, wspólne dla nich jest to, że głoszone przez nich hasła nijak się miały do czynów. Ktoś zwrócił uwagę, że na tym właśnie polega specyfika socjalistycznego, czy też, ogólnie, lewicowego podejścia do rzeczywistości ? stworzyć taki obraz świata, w którym rozerwany zostaje dotychczasowy związek między słowami, rzeczami i wartościami. W takiej sytuacji ustrój quasi-totalitarny będzie można nazywać "demokracją ludową", pozbawianie ludzi majątków "sprawiedliwością społeczną", mordowanie chłopów "rozkułaczaniem" itd. Można zatłuc setki ludzi, tłumacząc to "koniecznością dziejową", następnie rehabilitować ich jako "ofiary błędów i wypaczeń", a wszelkie niezgodności między teorią a praktyką tłumaczyć "dialektyką mechanizmów historycznych". Metoda jest prosta, skuteczna i dość powszechnie stosowana m.in. w naukach społecznych, zwłaszcza tych, które zgodnie z pouczeniem zawartym w "Manifeście komunistycznym", chcą świat nie tylko opisywać, ale i zmieniać. Przyswoiło ją też sobie grono autorytetów, które, niczym Leninowska partia, z wyżyn swej mądrości objaśniają ludziom, czego naprawdę powinni chcieć, a chcieć nie chcą, gdyż przeszkadza im fałszywa świadomość. Od nich możemy dowiedzieć się, że Kuba jest państwem "demokratycznym", USA zaś "totalitarnym", że walka z komunistycznymi agentami to "polowanie na czarownice", że gówniarze demolujący sklepy po meczu to "pseduokibice", a gówniarze demolujący sklepy po gandzi to "alterglobaliści", że tolerancja polega na akceptacji, że niechęć do pederastów to "homofobia", a niechęć do religii to "walka z zaściankowością", że żarty z Mahometa to obraza uczuć, a żarty z papieża to wyraz "wolności słowa", że opublikowanie ogłoszenia o tym, iż poszukuje się do pracy mężczyzny, to "dyskryminacja", a parytety płciowe w parlamencie to "równouprawnienie".
Aby tego rodzaju stwierdzenia głosić, nie wystarczy jedynie jako tako opanować współczesną politgramotę, potrzebne są jeszcze pewne, powiedzmy, cechy charakterologiczne, spośród których najważniejsze jest przekonanie, że niezależnie od tego, jakie bzdury by się plotło, przemawia się z punktu widzenia oświeconych sił postępu walczących z czarną reakcją. A w walce tej nie tylko cel uświęca środki, ale również niewiele liczą się racjonalne argumenty: ja mam rację, a jak ktoś się nie zgadza, to faszysta, szowinista i homofob. I tu być może przydałyby się wnikliwe analizy redaktora Żakowskiego, dzięki którym dowiedzielibyśmy się, czy aby pewien model wychowawczy zbliżony do "szwedzkiego", nie prowadzi czasem do tego, że nasze pociechy wyrastają na niezbyt rozgarnięte, ale za to pewne siebie buce zasiadające w loży komentatorów rzeczywistości.
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4874 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.