wtorek, 07 grudzień 2010 01:12

Przyszedł Rywin do biskupów?

Napisał

"Same szuje są u steru, od komuny aż do kleru! Źle było, źle będzie w Polsce zawsze i wszędzie; oprócz nas wszyscy są w błędzie". Tak brzmiała jedna ze zwrotek sławnej przed laty piosenki "Pesymiści". Ciekawe, że akurat ta zwrotka jakby dopiero teraz zaczynała na-bierać niepokojącej aktualności. Bo, że komuna, to same szuje, co do tego nikt rozsądny nigdy specjalnych wątpliwości nie miał, ale kler...

Kiedy ta piosenka była modna, na czele polskiego Kościoła katolickiego stanął Prymas Stefan kardynał Wyszyński, który po śmierci kardynała Sapiehy podjął się i z powodzeniem udźwignął brzemię przywódcy narodu w czasach wyjątkowo dla niego ciężkich. Kto kiedykolwiek się z nim zetknął, ten ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że ma do czynienia w prawdziwym Księciem Kościoła. Ten naturalny majestat sprawiał, że cieszył się on szacunkiem nawet swoich politycznych wrogów w łonie Kościoła, tzw. księży-patriotów. Byli to księża, którzy z różnych przyczyn poszli na współpracę w reżimem. Większość ludzi nie miała do nich zaufania. Pamiętam, kiedy jako dziecko byłem z matką w jednym z lubelskich kościołów jakoś tuż przed Wielkanocą i przed każdym konfesjonałem były długie kolejki penitentów. Nagle przed jednym konfesjonałem jakiś człowiek głośno krzyknął: "to ksiądz-patriota!", a cała kolejka w jednej chwili zniknęła, jakby ją zdmuchnęło tornado. Podobnie nieprzyjemne wpadki przydarzały się i biskupom. Opowiadał Stefan Kisielewski, jak to po aresztowaniu Prymasa Wyszyńskiego przyszła do premiera Cyrankiewicza delegacja Episkopatu z uroczystym protestem. Po odczytaniu tekstu jeden z obecnych biskupów zwrócił się do Cyrankiewicza już prywatnie, by załatwił mu opony do samochodu. Cyrankiewicz, oczywiście, z ostentacyjną przyjemnością spełnił jego życzenie, co poprzedniej scenie z uroczystym protestem nadało niezamierzony efekt komiczny.
Generalnie jednak wśród duchowieństwa panowała dyscyplina, trochę wymuszona agresywnością reżimu, ale i szacunkiem wobec Prymasa. Z biegiem czasu wiele się zmieniło, a obecnie mamy sytuację, kiedy objawom rozprzężenia w aparacie państwowym i degrengolady w elitach politycznych, towarzyszą podobne symptomy również w łonie polskiego Kościoła. I w jednym, i w drugim przypadku przyczyną są polityka i pieniądze. Za komuny Kościół siłą rzeczy znajdował się na pierwszej linii konfrontacji z partią, więc kiedy w roku 1980 powstała "Solidarność", chętnie przeszedł na pozycję wspierającego z drugiej linii. Solidarnościowa opozycja została jednak opanowana politycznie przez "lewicę laicką". Duchowieństwo, trochę z naiwności, trochę z pychy, bo księżom i biskupom imponowały ówczesne "nawrócenia", jako dowody ich duszpasterskich umiejętności, a trochę z inercji, popierało zatem tę samozwańczą warstwę przywódczą i w charakterze żyranta wzięło udział w kontrakcie okrągłego stołu, legitymizując przed narodem również i tę umowę.
W ten sposób Murzyn wprawdzie zrobił swoje, ale nie tylko nie chciał odejść sobie gdzieś z Bogiem, a jakby oczekiwał wdzięczności. Ale dla "lewicy laickiej" żaden Kościół na nowym etapie nie był już potrzebny, więc zorganizowała wrogą kampanię przeciw duchowieństwu, że niby próbuje forsować tu "państwo wyznaniowe". Rozżaleni i zaskoczeni biskupi postanowili tedy utworzyć "własną" partię polityczną, oczywiście "katolicką" i "patriotyczną". Znalazło się kilku ludzi ideowych, którzy próbowali nadawać temu przedsięwzięciu jakiś szlachetniejszy charakter, jednak już wkrótce okazało się, że ton, qui fait la musique nadają karierowicze, którzy zwęszyli posady i kasy pełne. W walce o lepszy dostęp do kasy opozycja "solidarnościowa" porozpadała się. Pod dyskretną egidą Kościoła jeszcze raz pozmiatano na kupkę te śmiecie, co przyniosło Polsce niesławnej pamięci rządy Akcji Wyborczej Solidarność. Okazało się, że zarówno bunt roku 1980, stan wojenny i opór w latach 80. były po to, by kilka tysięcy drapichrustów o niskich kwalifikacjach umysłowych i moralnych, pozałatwiało sobie posady, na których mogłoby się nakraść. Nic więc dziwnego, że społeczeństwo dało wyraz swojej irytacji, popierając SLD.
Stan świadomości społecznej bowiem, wskutek tych wszystkich procesów jest dziś znacznie gorszy, niż w roku 1989. Wtedy naród był też skołowany i w większości dał sobie wmówić, że najlepszymi jego reprezentantami będą Michnik z Geremkiem, ale przynajmniej wiedział, czego nie chce. Wiedział, że nie chce partii i Sowietów. Kiedy jednak Michnik z Mazowieckim, rozpostarli nad partią swoje opiekuńcze skrzydła, społeczeństwo zupełnie straciło orientację. Dzisiaj nie tylko nie wie, czego chce, ale nie wie już nawet, czego nie chce. Naród polski jest jak owce bez pasterza, ale bo też ci, którzy nazywają siebie jego pasterzami, w sporej części przyłączyli się do grona pasożytujących.
Tak bowiem odczytuję inicjatywę, z którą wystąpił JE bp Tadeusz Pieronek, by wprowadzić w Polsce podatek kościelny. Żadne względy ekonomiczne za tym nie przemawiają, bo przecież w latach 80. i 90., a więc w okresie bardzo ciężkim, społeczność katolicka zdobyła się na ogromny wysiłek inwestycyjny, wznosząc kościoły i domy parafialne, często o bardzo wysokim standardzie.

(?)
Stanisław Michalkiewicz
Wyświetlony 8039 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.