wtorek, 21 grudzień 2010 14:34

Tydzień w Republice Południowej Afryki

Napisane przez

Tydzień to o wiele za mało, żeby choć pobieżnie poznać ten piękny kraj, ale tylko tyle czasu dane mi było w nim spędzić, za co i tak jestem wdzięczny losowi.

Mogę powiedzieć, że zakochałem się w Afryce Południowej, od pierwszego wejrzenia, podobnie jak zakochał się w tym kraju Mark Twain, kiedy przybył do niego w XIX wieku. Do dzisiaj funkcjonuje w języku potocznym nazwa Dolina Tysiąca Wzgórz, jaką nadał najpiękniejszej chyba części Prowincji KwaZulu-Natal.
Wyjeżdżając do RPA, najlepiej skorzystać z oferty biura podróży. Ja wraz z kilkoma przyjaciółmi wybraliśmy polonijne biuro z Johannesburga. Jest to o tyle pomocne, że Ambasada RPA w Warszawie żąda potwierdzenia nazwisk uczestników wyjazdu, za które biuro podróży z kolei bierze pełną odpowiedzialność. Bezpieczeństwo uczestników wyjazdu jest podstawą działalności biur turystycznych. Najpoważniejszą pozycją w opracowanym kosztorysie wydatków jest bilet lotniczy. My skorzystaliśmy z połączonej oferty LOT-u i Swissairu - rejsu via Zurich do Johannesburga. Wygoda tej trasy polega na bardzo krótkim tranzycie w Zurichu, gdzie na zmianę samolotu i kontynuację podróży mamy nieco więcej niż godzinę. Podróż z Zurichu trwa około 9 godzin.
W Johannesburgu samolot ląduje około godziny 22. Czeka już na nas pilot i jednocześnie kierowca mikrobusika, którym będziemy podróżować. Johannesburg leży w płn. części RPA i jest, obok Pretorii, najważniejszym miastem prowincji Gauteng.
Pierwsza uwaga jaką usłyszeliśmy, do której wszyscy musieli się zastosować, to absolutny zakaz wychodzenia z hotelu po zapadnięciu zmroku. Po ostatnim wypadku z polskimi turystami (młode małżeństwo, zwiedzające RPA na własną rękę, zapuściło się w rejony powszechnie uznane za niebezpieczne, ona została wielokrotnie zgwałcona, on na skutek pobicia zmarł) wszyscy dmuchają na zimne. Mimo listopada jest ciepło. Dojazd do hotelu zajmuje nam około godziny. Zamieszkaliśmy w dzielnicy na obrzeżach miasta. Hotel klasy naszego Novotelu, wewnątrz wielonarodowy tygiel.
1. dzień: Pogoda fantastyczna, ciepło, wszyscy przebieramy się w szorty i udajemy się do Sun City, znanego mam głównie z urządzanych w tym miejscu konkursów miss piękności. Sun City to zespół hoteli pobudowanych w bantustanie Bophutatswana, gdzie nie obowiązywało surowe prawo afrykanerskie, dotyczące hazardu. Sun City oddalone jest od Johannesburga o niecałe 150 km co pozwala nam zapoznać się z krajobrazem. I tu pierwsze zaskoczenie, z trudem dostrzegamy palmy, wszędzie jest zielono. Nie tak wyobrażałem sobie Afrykę, nie ma buszu, spalonej spiekotą ziemi, pyłu itp. Po drodze mijamy slumsy, widok szokujący. Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to jak tutaj mogą mieszkać ludzie. "Domy" sklecone ze wszystkiego, co kiedyś wyprodukował człowiek: tektury, makulatury, jakichś desek, rurek, a przede wszystkim z blachy falistej. Takich i tym podobnych osiedli, będziemy jeszcze widzieć i mijać wiele. Słynne Soweto, tak chętnie pokazywane przez wszystkie telewizje świata w czasach apartheidu, to przy tym co widzieliśmy osiedle "willowe".
O samym Soweto napiszę dalej. Zatrzymujemy się podobnie jak wiele innych samochodów przy straganach z pamiątkami. Można kupić właściwie wszystko, przepiękne maski, włócznie, tarcze zuluskie, rzeźby, biżuterię i masę innych przyciągających wzrok przedmiotów. Korzystamy skwapliwie z nadarzającej się okazji, kupujemy, targujemy się, rozmawiamy z tubylcami. Pytają skąd jesteśmy. Na słowo Polska, reagują żywo, Papież jest Polakiem, jesteście z Jego Ojczyzny. Czas jednak nagli, ruszmy w dalszą podróż. Nie zatrzymując się już po drodze docieramy do Sun City. Wszystko wokół zostało stworzone przez człowieka. Wybudowano luksusowe hotele, posadzono drzewa i rośliny. Wjazd jest płatny, a sam kompleks znakomicie strzeżony. Parkujemy na olbrzymim parking i wkraczamy do Lost City, miasta wykreowanego na pożytek turystów. Zaraz po wejściu do jednego z hoteli, człowiek zostaje niejako otoczony przez automaty do gry, tzw. jednoręcznych bandytów. Właściwie cały parter wypełniony jest automatami dla dorosłych i dla dzieci. Przechodzimy przez kolejne sale i na taras, którym wychodzimy na rodzaj mostu łączącego hotel z kąpieliskiem, czyli zespołem basenów. Na balustradach mostu stoją naturalnej wielkości rzeźby słoni. Jest ich tutaj kilkanaście. Oczy przyzwyczajają się do jasności, po wyjściu z przyciemnionych wnętrz hotelowych. Rozglądamy się wokół, wszędzie mnóstwo rzeźb, sam hotel wygląda jakby był wykuty w skale. Na końcu mostu coś w rodzaju olbrzymich wrót do zaginionego miasta. Szczerze mówiąc wyglądają jakby za nimi mieszkał King Kong. Największą atrakcją Sun City jest plaża, która wygląda jak prawdziwa, ale przecież Sun City oddalone jest od morza o jakieś 500 km. Zadbano o to by w sposób możliwie jak najlepszy przypominała oryginał. Są nawet sztuczne fale. Wykorzystujemy czas wolny na kąpiel, potem obiad i powrót do Johannesburga. Po drodze zahaczamy o Park Narodowy Pilanesberg. Tutaj zwierzęta żyją na kilku tysiącach hektarów.
W porównaniu z Parkiem Krugera, który liczy blisko 2 mln hektarów, jest malutki. Jednak my nie mamy czasu na podróż do tego kolosa. Musimy się zadowolić tym mniejszym. Pilanesberg to miejsce, gdzie zwierzęta żyją w warunkach zbliżonych do naturalnych. Nie są dokarmiane, tym samym same muszą znaleźć sobie pożywienie lub zostać pożywieniem dla mieszkających tu drapieżników. Jest to rodzaj parku safari, gdzie z samochodu można oglądać zgromadzone tutaj zwierzęta. Widzimy słonie, żyrafy, nosorożce, hipopotamy, antylopy gnu, gazele springboki, guźce, strusie, zebry, lwy. Nam udaje się wypatrzyć w gęstych zaroślach lamparta.
2. dzień: Zwiedzamy Johannesburg, który robi na nas przygnębiające wrażenie. Z daleka wydaje się pięknym miastem. Z bliska nie jest już tak pięknie. Wszędzie brudno, mnóstwo śmieci. Biali wynoszą się na peryferia, ich miejsce zajmują czarnoskórzy mieszkańcy RPA. Podobnie do nowojorskiego Harlemu, miasto to nie należy do bezpiecznych. Po chwili jazdy samochodem okazuje się, że jesteś jedynym białym w promieniu kilkuset metrów. Kolejnym punktem programu jest Soweto. Nie robi właściwie na nas żadnego wrażenia po wczorajszych widokach. Warto jednak wspomnieć, że niektórzy robią na tym niezły interes, a samo Soweto traktowane jest jak skansen.
3. dzień: Wycieczka do Pretorii, właściwie wszystko to samo co w Johannesburgu. Koniec dnia jest jednak fajny. Udajemy się do jednej z najsłynniejszych restauracji, gdzie obowiązuje zasada "stołu szwedzkiego". Wstęp kosztuje 75 randów, co w przeliczeniu stanowi równowartość 10 USD. Restauracja otwarta jest od 18 do 22. W tym czasie możesz jeść i pić do woli, wszystko w tych 10 dolarach. Ilość potraw poraża. Część z nich jest już przyrządzona, część produktów jest na surowo, ale wybrane przez ciebie, kucharz przyrządzi na twoich oczach tak jak lubisz: na patelni, płycie, rożnie, grillu itp., itd. Wśród potraw steki z antylopy, krokodyla, kiełbasa z żyrafy, mięso z młodego rekina i wiele innych. Obżarstwo do obłędu.
4. dzień: Pobudka o 4 rano. Udajemy się naszym mikrobusem w drogę do Durbanu. To jakieś 600 km od Johannesburga. Durban leży na wschodnim wybrzeżu i jest największym i najważniejszym miastem prowincji KwaZulu-Natal. Naszą uwagę przykuwa autostrada, po której jedziemy. Nawet w Niemczech nie powstydziliby się takich dróg. Równiutko jak po stole, pobocza, czyste, żadnego nawet najmniejszego papierka, szok. Właściwie można by spać całą drogę, gdyby nie obawa, że kierowcy też taki pomysł przyjdzie do głowy.
Po sześciu godzinach docieramy do Durbanu, a po kolejnej godzinie do Ballito, miejscowości tuż nad Oceanem Indyjskim, która będzie naszą bazą wypadową. W Ballito zatrzymujemy się w pensjonacie prowadzonym przez rodzinę polskich emigrantów. Z typowo polską gościnnością zostajemy podjęci uroczystą kolacją, po której udajemy się na spacer po okolicy. Tutaj, podobnie jak w Durbanie, nie obowiązuje zasada z Johannesburga: zakaz wychodzenia po zmroku z hotelu. Ballito leży na Wybrzeżu Delfinów, jest miejscowością położoną niezwykle malowniczo na łagodnie opadających zboczach wprost do Oceanu Indyjskiego. Roślinność w przeciwieństwie do leżącego 1700 m nad poziomem morza Johannesburga, typowo tropikalna, wszędzie mnóstwo palm, bananowców, zielonej aż do bólu roślinności. Po drzewach skaczą tabuny małpek, które wypatrują jedzenia.
5. dzień: Typowe nadmorskie leniuchowanie, trochę się opalamy i kąpiemy w Oceanie, jednak nie odpływamy zbyt daleko. Opowieści o rekinach ludojadach robią swoje. Właściwie cały dzień poświęciliśmy na relaks.
6. dzień: Po śniadaniu pojechaliśmy do Durbanu. Niektórzy nazywają to miasto stolicą Indii w RPA. Mieszka tutaj blisko milion Hindusów. Chodząc po ulicach, ma się wrażenie, że jest się w Indiach. Ruch olbrzymi, sklepów, kramików niezliczona ilość. Durban jest położony nad Oceanem Indyjskim, tutaj znajduje się jedna z najsłynniejszych plaż na świecie, tzw. Złota Mila. Jednak przed wejściem skutecznie odstrasza nas tłum, kłębiący się na plaży. Biali, podobnie jak w Johannesburgu, mieszkają poza miastem. Z Durbanu, udajemy się do skansenu Zulusów. Mieści się on w Dolinie Tysiąca Wzgórz. Obok skansenu znajduje się farma krokodyli i hodowla węży. Oglądamy tutaj najbardziej jadowite, obok australijskich, węże na świecie. Zielone i czarne mamby budzą respekt.
Krokodyla farma jest przedsięwzięciem typowo komercyjnym. Skóra krokodyli jest wykorzystywana do produkcji wyrobów luksusowych, natomiast mięsa można spróbować na miejscu w postaci steków. Skorzystaliśmy z tej oferty i muszę powiedzieć, że mięso jest bardzo delikatne. Jeżeli miałbym je do czegoś porównać, to byłoby to coś między węgorzem a halibutem. Po takim posiłku udaliśmy się do skansenu na występy rdzennych mieszkańców Natalu, Zulusów. Turystom pokazano spektakl związany z narzeczeństwem i zaślubinami. Wszystkim się ten pokaz bardzo spodobał, a za kilka randów można było się sfotografować z tancerkami.
7. dzień: Przejazd z Durbanu do Johannesburga na lotnisko i powrót do Warszawy.
Na zakończenie chcę dodać, że wszyscy ludzie, z którymi się spotykaliśmy, mówili nam, że prawdziwe RPA to Kapsztad. Żeby się o tym przekonać, muszę pojechać tam jeszcze raz, czego państwu i sobie życzę.  
Stefan Malczewski
Wyświetlony 4963 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.