Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 21 czerwiec 2010 17:11

Liga broni, Liga radzi...

Napisał

Jak donosi prasa, pani Manuela Gretkowska, autorka paru książek, założyła i zarejestrowała Partię Kobiet. Zadaniem partii ma być "walka o" i "walka z", co pozwala przypuszczać, że pani Gretkowska ma o polityce wyobrażenie typowo PRL-owskie czy też, ogólnie, realno-socjalistyczne, w systemie tym bowiem również wszystkie partie, czyli jedna, funkcjonowały dokładnie wedle tego wzorca, walcząc równocześnie "o pokój" i "z imperializmem". W tym wypadku walka będzie toczona "o równouprawnienie" i "z dyskryminacją", cokolwiek by to miało znaczyć.

 

Autorka pomysłu zapewnia: Nie będziemy partią oszołomów czy ludzi niekompetentnych, czemu tylko należy przyklasnąć, gdyż oszołomów i niekompetentnych partaczy u nas na pęczki, po co więc budować partię niczym nieróżniącą się od pozostałych. Jednak, jak się okazuje, akces do owego tworu, zadeklarowały takie osoby, jak Kayah, Joanna Brodzik, Beata Tyszkiewicz, Anna Maria Jopek i Magda Mołek. Nie wiem, kim jest ta ostatnia osoba (prócz tego, że z imienia wnoszę, iż jest kobietą), jednak pozostałe panie kojarzą się z szeroko rozumianym show-biznesem, w którym pełnią rolę zabawiaczy publiczności. Hm... Jak się to ma do deklarowanego zerwania z oszołomstwem i niekompetencją? Żadna z tych osób raczej z polityką nie ma nic wspólnego, nie wyglądają także na specjalistki od prawa, ekonomii czy choćby historii, lecz raczej od tańca, śpiewu i deklamacji. No ale ostatecznie można by powiedzieć, że szykuje nam się jakaś nowa jakość. Tak... Można by, gdyby owa nowa jakość już nie została zapodana ponad piętnaście lat temu, kiedy politycy obozu solidarnościowego powpychali do sejmu różnych artystów w rodzaju reżysera Wajdy. Dość szybko okazało się, że nawet dobry czy wybitny artysta nie musi być dobrym i rozsądnym politykiem, brak mu bowiem wielu niezbędnych do tego przymiotów. Tezę tę potwierdziły kolejne podobne wypadki, takie jak zaciągnięcie do senatu reżysera Kutza czy śpiewaka Cugowskiego, kiedy to, przede wszystkim w wydaniu tego pierwszego, oszołomstwo i niekompetencja były aż nadto widoczne. Jak to jest więc z politycznymi kompetencjami pań artystek estradowych pakowanych do Partii Kobiet? Jedyne, co przychodzi do głowy, to stwierdzenie, że prawdopodobnie pani Gretkowska uznała, że wystarczającą kompetencją partyjnych aktywistek będzie sam fakt bycia kobietą.

Tutaj dotykamy ciekawego problemu. Otóż, jeżeli o przynależności do partii nie decydują poglądy, a jedynie sam fakt posiadania pewnych cech czy też bycia kimś, można powiedzieć, że mamy raczej do czynienia z korporacją czy też związkiem zawodowym. Jak wiadomo, adwokaci mają swoje klany, podobnie notariusze, istnieją na świecie korporacje dziennikarzy, lekarzy czy architektów. Również na zasadzie "swój do swego" łączą się ze sobą w związki górnicy, hutnicy, pracownicy rolni czy nawet dłużnicy (czego przykładem była Samoobrona). O ile ludzi tych wiążą ze sobą nie poglądy, lecz np. wykonywany zawód, o tyle z Partią Kobiet sytuacja jest trudniejsza, albowiem zawód jest czymś nabytym, natomiast płeć raczej nie. Oczywiście, istnieją przypadki nabywania i zmiany płci, jednak dotyczy to raczej przebudowy wyglądu zewnętrznego, pod względem biologicznym bowiem nadal jest to niemożliwe. Partia Kobiet byłaby więc swego rodzaju korporacją płciową, która łączyłaby ludzi na podstawie pewnych biologicznych cech, pomijając wszelkie inne aspekty. Powstaje jednak pytanie, jak to wszystko przenieść na poziom polityczny, gdzie chodzi o reprezentowanie i realizację pewnych interesów poprzez przejęcie władzy.
W normalnych partiach kwestie płciowe czy zawodowe nie są istotne, chodzi bowiem o sprawy ideowe, które, rzecz jasna, mają swoje konsekwencje praktyczne, jednak nim te zostaną zrealizowane, musi zostać stworzony pewien spójny program, w którym ustali się wspólne cele. Jakie wspólne cele można ustalić w oparciu o nieprzekraczalne cechy biologiczne? Bycie mężczyzną czy bycie kobietą jest czymś podobnym do bycia człowiekiem bądź bycia kotem. Czy wszystkie koty mają wspólny cel i wspólny program? Ogólnie rzecz biorąc, tak: chodzi o przetrwanie, a więc rozmnażanie się i zdobywanie pożywienia. Jednak na tym elementarnym biologicznym poziomie cele kotów nie różnią się specjalnie od celów ludzkich, celów pająków, delfinów czy kur. No dobrze, powie ktoś, ale tu chodzi nie o różne gatunki, lecz dwie płcie w ramach tego samego gatunku, a to co innego. Hm... No to pytajmy dalej: jaki wspólny cel polityczny mają wszystkie kobiety? Prawo do życia, ktoś odpowie, prawo do pracy, doda inny, prawo do równych szans, dorzuci jeszcze ktoś. Cóż, to nie są jakieś specyficznie kobiece cele, lecz, można by rzec, ogólnoludzkie, choć i tu należałoby być ostrożnym, gdyż można sobie wyobrazić człowieka, który np. prawa do pracy mieć nie chce, a jego celem jest samounicestwienie. Co więc miałoby łączyć politycznie wszystkie kobiety tylko z tego powodu, że są kobietami? Prawdopodobnie to samo, co mogłoby łączyć wszystkich mężczyzn ? a więc nic albo ogólniki.
Ale, ale ? zareagowałaby jakaś feministka ? tu nie chodzi o płeć jako płeć (sex), lecz płeć jako płeć (gender), a więc płeć kulturową, będącą wytworem określonej sytuacji społecznej. No dobrze, zgódźmy się, że coś takiego rzeczywiście istnieje i kobiecość kobiet określana jest nie tylko przez matkę naturę, ale również przez społeczeństwo, które wyznacza swoim członkom do pełnienia pewne role. Co z tego wynika? Otóż feministki zgodnie twierdzą, że obecne społeczeństwo ma charakter patriarchalny i dlatego też narzucone kobietom role społeczne są niezgodne z ich prawdziwymi oczekiwaniami, innymi słowy kobiety robią nie to, co by chciały robić, ale to, co muszą. Jednak ponieważ żyją w fałszywej, patriarchalnej strukturze społecznej, mają fałszywą świadomość, która im nie pozwala dostrzec, tego, czego naprawdę powinny chcieć. Krótko mówiąc, chcą więc tego, czego w rzeczywistości nie chcą. Stary dobry marksistowski schemat. No, ale jeśli przyjmiemy, że rekrutacja do Partii Kobiet będzie polegać na odwołaniu się nie do "seksu", lecz do "genderu", musimy pamiętać o tym, że to kulturowo zdefiniowane kryterium płci zostało wytworzone przez patriarchalny, czyli męski układ. Wychodziłoby więc na to, że o tym, kto miałby należeć do partii walczącej o prawa kobiet, decydowaliby mężczyźni, co więcej, ponieważ społeczny profil kobiecej roli został zdefiniowany przez mężczyzn, obarczone fałszywą świadomością kobiety, jednocząc się wokół niego, nieświadomie działałyby przeciw sobie, utrwalając represyjny system... No dobrze, dajmy sobie spokój z tymi dialektycznymi łamańcami. Cały ten pomysł "partii wszystkich kobiet" to kolejny wariant marksistowskiej idei partii proletariackiej reprezentującej (w teorii) prawa wszystkich robotników. Można przypuszczać, że gdyby owa kobieca partia rzeczywiście zaczęła działać, miałaby ona tyle wspólnego z kobietami, co PZPR z robotnikami, czyli nazwę i nic ponadto. Można odnieść wrażenie, że to wszystko to jedynie medialne jaja i chodzi tylko o pewną zgrywę kilku znudzonych kobietek o jakichś tam intelektualnych czy nawet politycznych ambicjach, które gdzieś chcą się "wyżyć", czy jak to się współcześnie ładnie mówi ? "zrealizować". Trudno podejrzewać, aby ktoś ? w tym sama pomysłodawczyni ? traktował to poważnie. A jeśli tak, no to rzeczywiście będzie wesoło. I już wiadomo, co znów nas czeka: oszołomstwo i niekompetencja.

30 grudnia 2006 r.
Damian Leszczyński

Wyświetlony 1432 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.