poniedziałek, 21 czerwiec 2010 17:13

Molestowanie za porozumieniem stron

Napisał

Im dłużej trwa nasza rodzima afera rozporkowa, im obficiej leje się wokół niej medialna woda i im więcej aktorów dołącza do spektaklu, tym bardziej człowiek zastanawia się, cóż właściwie takiego strasznego się stało. Pojawiają się wielkie słowa: wykorzystywanie, molestowanie, wyzysk i tak dalej. Dziennikarze i politycy przybierają pozy skrajnych bigotów, przyklejając sobie do twarzy grymasy świętego oburzenia, ale jakoś mało to wszystko przekonujące. Jeśli bowiem poważnie potraktować wszystkie opisywane historie i przyjąć, że mają one coś wspólnego z rzeczywistością, to jedyną rzeczą, która mogłaby budzić sprzeciw, byłoby wykorzystywanie przez polityków opłacanej z pieniędzy podatników pozycji do zaspokajania chuci. A poza tym nie widać niczego, co by zasługiwało na jakąś szczególną uwagę czy nawet potępienie, nie mówiąc o karze. To znaczy, z punktu widzenia kodeksu karnego niby popełniono jakieś tam przestępstwo. Artykuł 199 z 25 rozdziału kodeksu karnego mówi: Kto przez nadużycie stosunku zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia doprowadza inną osobę do obcowania płciowego albo do innych czynności seksualnych podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. No tak, niby kodeks wszystko nam tutaj ładnie wykłada, ale problem polega na tym, że sam ten paragraf, niejasny i ogólnikowy, budzi duże wątpliwości.

 

Zacznijmy od tego, że obrazkiem, który od razu staje przed oczyma, kiedy mówi się o molestowaniu czy nadużywaniu władzy w stosunku do osób podległych, jest biedna sierotka, pracująca w przędzalni za kromkę chleba i talerz zupy po 12 godzin dziennie. Nad nią stoi zły ekonom, który w pewnym momencie stwierdza: "Jak mi się nie oddasz, wylądujesz na bruku!". "Ależ panie ? szlocha ona ? wszak mam ci ja dziecię, dopiero co od piersi odjęte, cóż ja nieboga z nim pocznę!". "Gówno mnie to obchodzi ? odpowiada on ? albo jesteś dziś wieczorem w mojej sypialni, albo zdychaj z głodu razem z tym swoim bachorem!". No i co ona biedna ma zrobić? Modli się do świętej Teresy, szlocha w kąciku, no ale ostatecznie nie ma wyjścia. Idzie do brutala i zaciskając zęby robi, co jej każe. Jeśli wszystko to wtłoczymy w dekoracje rodem z Dickensa czy Reymonta, dołożymy ścieżkę dźwiękową w stylu "Trędowatej" i zapachy z warszawskiego Dworca Centralnego, efekt murowany. Sala płacze, a po chwili jest już pełna oburzenia i chce ukamienować złego samca, który w tak perfidny sposób wykorzystuje kopciuszka.

Wzruszająca historia, doprawdy... Tylko co ona ma wspólnego z rzeczywistością? Oczywiście, trudno zaprzeczyć, że podobne sytuacje, w nieco lżejszych wariantach, gdzieś mogą się zdarzać, ale nikt chyba nie będzie dość naiwny, aby wierzyć, że tak właśnie wyglądały osławione już relacje między jurnymi chłopakami z Samoobrony a świadczącymi im "usługi" paniami.
Mówiąc o molestowaniu i wykorzystywaniu seksualnym wciąż ma się na myśli dziewiętnastowieczne stosunki społeczne, podczas gdy mamy już wiek dwudziesty pierwszy i owe stosunki w drastyczny sposób się zmieniły. Kobiety, tak jak chciały, wyzwoliły się i poszły do pracy. Zrozumiały również, że ich ciało (i to co w nim) należy do nich i w związku z tym mogą z nim sobie robić, co chcą. Przyczyniła się do tego feministyczna edukacja, i to bynajmniej nie ta w wersji hard, uprawiana przez radykalne feministki za pomocą bełkotliwych książek i sabatów, zwanych konferencjami czy szkoleniami, lecz edukacja w wersji soft, cierpliwie i metodycznie uprawiana przez tzw. pisma kobiece, radzące: bądź sobą, wykorzystaj swój potencjał, afirmuj się, rób to, co uważasz dla siebie za dobre, nie przejmuj się konwenansami, ty jesteś najważniejsza... I tak, jak istnieje pewien procent kobiet podatnych na feministyczną ideologię (podobnie jak istnieje pewien procent mężczyzn podatnych na, powiedzmy, ideologię nazistowską czy antyglobalistyczną), tak również istnieje pewna grupa, być może większa, do której idealnie trafia wzorzec kobiety wyzwolonej, która za pomocą wszelkich środków będzie się starała robić tzw. karierę. I nie łudźmy się, że są to osoby, które mógłby spotkać los sierotki harującej w przędzalni bądź oddzielającej proso od maku. Takimi niedorajdami mogą one co najwyżej pogardzać, dziwiąc się, jak to możliwe, że nie wykorzystały tego, co wykorzystać mogą, i zamiast przy maszynie przędzarskiej siedzieć w biurze i pić kawę. Wyzwolona karierowiczka wie, jakie środki wykorzystać, a że często brak inteligencji, wykształcenia i umiejętności idzie u niej w parze z brakiem zahamowań, okazuje się, że są to co prawda jedyne środki, jakimi dysponuje, ale za to dość skuteczne.
Spójrzmy teraz na to zjawisko w szerszej perspektywie. Robienie kariery "przez łóżko", jak to się mówi, jest dziś czymś normalnym i przyjętym w niemal wszystkich tych sferach, gdzie karierę zrobić można i gdzie przynosi ona wymierne zyski. Przemysł rozrywkowy rządzi się tym prawem od dziesiątek lat, pozwalając dzięki temu utrzymać się przy życiu setkom tabloidów. Łóżko producenta muzycznego czy filmowego, reżysera czy aktora jest zawsze dość szerokie, aby pomieścić ewentualne kandydatki do roli gwiazdy (o łóżkach muzyków rockowych wspominać tu nawet nie warto, choćby z tego powodu, że niezdrowy tryb życia rockmanów nie gwarantuje, iż u ich boku możliwa jest w miarę stabilna kariera ? no, chyba że ten czy inny palnie sobie w łeb wzorem Kurta Cobaina, to wtedy przynajmniej można żyć dzięki koniunkturze na rockowych nieboszczyków). Cały ten łóżkowo-karierowy show odbywa się na oczach publiczności, nikt się niczego specjalnie nie wstydzi i nikt też nie ma do nikogo żadnych pretensji, co najwyżej raz na jakiś czas ukaże się kolorowej prasie artykuł w rodzaju "Elvis jest ojcem mojego syna", co nikogo nie jest już w stanie zdziwić. Oczywiście, byłoby nonsensem twierdzić, że łóżko to jedyne możliwe wrota do kariery w szołbiznesie, jednak bez niego wiele jednodniowych gwiazdek nie miałoby szans w ogóle zabłysnąć. Również nie można twierdzić, że wszystkie kobiety biorące udział w castingach, spotykające się z producentami i ludźmi odpowiedzialnymi za to, kogo się lansuje, są zdecydowane zapłacić każdą cenę, byle tylko mieć swoje pięć minut, jednak trudno zaprzeczyć, że istnieje pewien procent pań, które nie tylko są na to przygotowane, ale nawet z góry liczą, że właśnie ten atut pozwoli im zrealizować marzenia.
Kariera robiona przez łóżko, za porozumieniem obu stron, nie jest czymś wyjątkowym i ograniczonym dla świata rozrywki. Spójrzmy np. na uczelnie, uniwersytety, szkoły wyższe. Zależności między pracownikami naukowymi mają niemal feudalny charakter, kariera młodych, niezależnie od tego, jak bardzo są zdolni, ostatecznie zawisła jest od decyzji starych. I w obu tych grupach są tacy, którzy wiedzą, jak owe stosunki zależności wykorzystać. Zawsze znajdzie się grupa kobiet, które dla kariery naukowej będą w stanie świadczyć, jak to się mówi, "usługi seksualne" komuś, kto w karierze tej może pomóc, choćby był on jednookim gnomem z zajęczą wargą i cuchnącym oddechem. Ale też zawsze znajdzie się grupa mężczyzn, którzy świadomi swej pozycji i możliwości wpływania na kariery innych, będą starali się to wykorzystać. Wszystko zależy od tego, czy członkowie obu tych grup trafią na siebie (w innym wypadku najnormalniej w świecie dochodzi do konfliktu, który rozwiązuje się za pomocą prawa). Zresztą podobne relacje występują w niemal każdej instytucji i w każdym środowisku, w którym istniej możliwość podniesienia swojego statusu. Mamy z nimi do czynienia w stacjach telewizyjnych, w redakcjach gazet, w sektorze bankowym, we wszelkiego rodzaju urzędach, w wielkich korporacjach i zupełnie małych firmach, w szkołach i szpitalach, a nawet, co też nie powinno nikogo dziwić, wśród duchownych. Od czasu do czasu zdarza się, że sepleniąca dziewczyna zostanie spikerką głównego wydania serwisu informacyjnego, nie znająca języków sekretarka awansuje na kierowniczkę działu, niezbyt bystra referentka zostanie dyrektorem departamentu, niedouczona przedszkolanka dostanie pracę w kuratorium i tak dalej. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego. Oczywiście, ktoś może powiedzieć: z tego, że coś jest normalne i powszechne, nie można wysnuwać wniosku, że jest dobre. Zgadza się, nie można, Ale mówimy tu o faktach, a nie o wartościach.
Czy kobiety, które z pełną świadomością zgodziły się zapłacić wizytą w łóżku za awans i karierę, zostały wykorzystane? Odpowiedź może wydać się cyniczna i brutalna, ale brzmi tak: zostały wykorzystane w niewiększym stopniu niż prostytutka uprawiająca seks za określoną kwotę. Mamy tu do czynienia ze zwykłym handlem wymiennym ? coś za coś. Podrap mnie, to i ja cię podrapię. Jak nie chcesz, to nie. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Problem bowiem nie polega na tym, że w naszej aferze rozporkowej kobiety były do czegoś zmuszane. Z przedstawianych opowieści wynika, że doskonale wiedziały, jakie są warunki transakcji. Dostaniesz prace, o ile się ze mną prześpisz. Taka była propozycja. Ile kobiet by się na to zgodziło? Podejrzewam, że niewiele. Jednak istnieją takie, które się zgodzą, i na dodatek postarają się znaleźć jakieś dobre usprawiedliwienie. Rzekomo molestowana była radna "Samoobrony" twierdzi, że nie miała innego wyjścia. Chciała mieć niezłą posadę, a tu napatoczył się jeden pan poseł, niezbyt, co prawda, przystojny, ale mający całkiem interesującą ofertę: pójdź dziewczę ze mną, a ja cię wkręcę w politykę. No i nad czym się było zastanawiać. Miała pracować jako sprzątaczka w szkole, podczas gdy tu otwiera się przed nią możliwość kariery? Cena nie była zbyt wygórowana. Podobnie zresztą mogłyby się tłumaczyć inne, które skorzystały z takiej samej, łóżkowej drogi do robienia kariery: a co, miałam do końca życia być adiunktem? Miałam zawsze parzyć kawę? Miałam wciąż porządkować papiery? Miałam nadal użerać się z dziećmi w szkole?
Proponowanie komuś czegoś w zamian za usługi seksualne jest tak stare, jak sama ludzkość. I nie chodzi o klasyczne molestowanie, kiedy to kobieta wbrew swojej woli jest nagabywana przez wykorzystującego swą pozycję szefa, lecz o sytuację, kiedy dochodzi do zawarcia cichej umowy: ja tobie, a ty mnie. Ktoś, kto się na to zgadza, wchodzi w pewien układ, podobny do tego, jaki wiąże pasera z jego klientem. Nie musi, ale chce, bo tak jest prościej, taniej, nie trzeba się starać, nie trzeba wiele mieć czy wiele umieć. A skoro ktoś taki jest dorosły, wolny i w miarę rozsądny, w takim razie bierze pełną odpowiedzialność za swoje wybory. Jak pisał Hłasko, znawca tematu, nad ranem każda k... ze łzami w oczach jest w stanie przekonywać, że wszystko to po to, aby opłacić leczenia chorego dzieciątka... No jasne...
I właśnie o odpowiedzialności coraz częściej się zapomina. Ktoś poparzy się kawą w restauracji i twierdzi, że to wina kelnerów, którzy nie powiedzieli mu, że kawa może być gorąca. Ktoś pali całe życie trzy paczki dziennie, a potem uważa, że za jego raka płuc odpowiadają zakłady tytoniowe. Ktoś wrzuca siebie pięć tysięcy kalorii dziennie, a potem ma pretensje do producentów słodyczy i smalcu, że ich wytwory tuczą. Niedługo dojdzie do tego, że alkoholicy będą pozywać do sądu zakłady spirytusowe i bimbrownie, a narkomani procesować się z dilerami i mafią kolumbijską. Podobnie sprawa wygląda z handlem łóżko za karierę. Jeśli występuje tu element przymusu, to ma on taki sam charakter, jak w wypadku obżarstwa: zrobić sobie dobrze, zjeść ciastko, skonsumować awans. Jeśli ktoś potem budzi się nagle z estetycznym kacem i dostrzega, że jest roztytą Godzillą wzbudzającą rechot przechodniów, może jedynie sam siebie zapytać: po coś tyle żarł? Jeśli nagle stwierdza, że na powrót chce odzyskać utraconą cnotę, można mu powiedzieć tylko tyle: trzeba było o tym myśleć na początku. Jak w starej francuskiej pieśni żeglarskiej: Kochana, czemu płaczesz? Wszak nikt nie zmuszał cię. Sprawa jest prosta. Gdyby kózka nie dawała...
I właściwie tym stwierdzeniem można by zamknąć naszą rodzimą aferę rozporkową, gdyby nie pewien jej komiczny wymiar. Otóż, niezależnie od wyniku dochodzenia prokuratorskiego i kolejnych konfabulacji pani Anety K. i jej koleżanek można odnieść wrażenie, że wszyscy są tu właściwie siebie warci. Młodzieżówka "Samoobrony", pełna panienek, które świadczą "usługi seksualne", licząc na karierę, niespecjalnie odbiega od tego, co reprezentuje stara kadra. Poseł Łyżwiński jako seks-pogromca i łamacz niewieścich serc jest doskonałym partnerem dla ambitnych dziewcząt, które, błyskając kurwikami w oczach, marzą o karierze Renaty Beger i korycie pełnym owsa. W ogóle można odnieść wrażenie, że "Samoobrona" funkcjonuje trochę jak zajechany, stary, ale jeszcze jary zespół rockowy. Zniszczeni przez wódę i dragi muzycy jadą w trasę zdezelowanym busem i ciągną za sobą tabuny gruppies, które liczą, że coś z tych dogorywających meneli jeszcze da się wyciągnąć. A wokół tego biegają dziennikarze, podnieceni, że może jeszcze jakiś skandal się uda nadmuchać i skonsumować, zanim całe to towarzystwo przejdzie na zasłużoną emeryturę albo, jak na gwiazdy przystało, efektownie zejdzie z tego świata. I wszyscy oni kręcą wesołego młynka, wiedząc, że ostatecznie, cokolwiek by się działo, są sobie niezbędni, a symbioza, w jakiej żyją, ma charakter dużo głębszy i trwalszy niż jakieś tam usługi seksualne świadczone w zamian za awanse.

11 grudnia 2006 r.
Damian Leszczyński

Wyświetlony 1400 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.