czwartek, 30 listopad 2006 19:25

Handel współczuciem

Napisał

Współczucie to dobrze sprzedający się towar. Wiedzą o tym filmowcy, kręcący mniej lub bardziej ckliwe obrazy, w trakcie których widownia roni łzy w chusteczki. Po obejrzeniu takiego np. "Przeminęło z wiatrem" płaczą wszyscy. Ona współczuje biednej Scarlett, on w głębi serca współczuje wykorzystywanemu Rettowi Butlerowi. Zresztą, aby wywołać odruch współczucia, nie trzeba wcale sprzedawać historii miłosnych z dramatycznym finałem. Co bardziej sprytni handlarze wiedzą, że dużo silniejszy efekt można wywołać, pokazując ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych, dramatycznych sytuacjach. Wtedy dopiero widzowie, siedząc w wygodnych kinowych fotelach, zajadając pop-corn i pijąc coca-colę, są w stanie urządzić prawdziwy festiwal współczucia. Niezłe są tu filmy wojenne, w których bezradna jednostka znajduje się w sercu nieludzkiego świata. Umiał to wykorzystywać taki np. Oliver Stone, a jego film "Pluton" stanowi doskonały przykład, jak na bazie współczucia budować antyamerykańską ideologię. Któż bowiem po obejrzeniu tego obrazu uzna, że interwencja w Wietnamie była słuszna? Nieco inaczej korzystał ze współczucia Steven Spielberg w niezłym skądinąd filmie "Szeregowiec Ryan". Tu współczucie służy do budowania uczuć patriotycznych, choć, biorąc pod uwagę początek i zakończenie filmu, widać wyraźnie, że reżyser grubo przesadził z patosem i ckliwością.

 

Jednak oprócz wojny są inne, lepiej sprzedające się tematy. Ludzie biedni, zagubieni, niesłusznie uwięzieni, chorzy, kalecy ? oto zestaw motywów, które można by uznać za pewniaki, jeśli chodzi o wywoływanie współczucia. W filmie Alana Parkera "Midnight Express" przemytnik narkotyków trafia do tureckiego więzienia. Wydawałoby się, że człowiek powinien zareagować na to z pewną dozą obojętności: cóż, przemycał narkotyki, wpadł, sam sobie winien. Jednak po kilkudziesięciu minutach, kiedy wiemy już, w jakich warunkach przebywał będzie nasz bohater i jak będzie traktowany, zaczynamy mimo woli mu współczuć. Jaki biedny, myślimy sobie, jak mu tam źle i tak dalej. Dobrym materiałem do wywoływania współczucia są również ludzie cierpiący na poważne choroby psychiczne, czego dowodem są sukcesy takich filmów, jak "Piękny umysł" czy "Przebudzenie".

Skoro filmy wywołujące współczucie sprzedają się tak dobrze, znaczy to, że ludzie lubią współczuć, zwłaszcza wtedy, kiedy nie pociąga to za sobą większych konsekwencji. Przez dwie godziny spędzone w kinie bądź przed telewizorem współczujemy, a potem wychodzimy, wyrzucamy pustą puszkę po coli i co najwyżej gratulujemy sobie w duchu, jacy to jesteśmy wrażliwi i jak empatycznie potrafimy podchodzić do świata.
Ale nie tylko filmy fabularne są okazją do handlowania współczuciem. Dużo lepszy efekt przynosi relacjonowanie na żywo rozmaitych tragedii. W dobie reality-show nikt już nie ma żadnych skrupułów i nie waha się, czy czasem nie zostają przekroczone jakieś granice. Każda katastrofa, każda śmierć to doskonały news. A że ludzie lubią współczuć, to urządza im się spektakl, w którym dziennikarze umiejętnie dozują patos, dbają o to, aby ich głos brzmiał dostatecznie dramatycznie, odpowiednio dozują zdjęcia, filmy, dbają o ścieżkę dźwiękową i tak dalej. Z czymś takim mieliśmy do czynienia w zeszłym tygodniu, kiedy doszło do wypadku w kopalni Halemba. W spektaklu brali udział wszyscy: od prezydenta, przez premiera, posłów, kandydatów w wyborach samorządowych, dziennikarzy, psychologów, socjologów, aż po zwykłych ludzi, których przez kilka dni zasypywano towarem, mającym skłaniać do współczucia i nieodrywania wzroku od ekranu. Ogłoszono trzy dni żałoby, choć najlepiej byłoby ogłosić tydzień albo i miesiąc, a biorąc pod uwagę, że ludzie wciąż giną w rozmaitych wypadkach, można by utrzymywać żałobę przez cały rok. Wszelkiego rodzaju media, a więc telewizje, rozgłośnie radiowe, gazety, portale internetowe, rzuciły się na tragedię w Halembie i prześcigały się w kreowaniu nastroju współczucia. Dziennikarze przybrali pogrzebowe miny, obniżali bądź wprawiali w drżenie głosy, wspominali wciąż o jedności w żałobie, o solidarności, o potrzebie bycia razem i tak dalej. Przypominało to nieco spektakl, który rozpoczął się w mediach po śmierci Jana Pawła II. Brakowało tylko, żeby kibice wrogich drużyn piłkarskich zaczęli się bratać i wyznawać sobie dozgonną miłość. I tylko jednej rzeczy nie udało się dopracować, to znaczy nie udało się ukryć całkowitego fałszu i nieautentyczności tego wszystkiego oraz faktu, że w gruncie rzeczy wszyscy myślą tylko o tym, jak najlepiej wypromować siebie, swoją partię, swoją rozgłośnię, swoją gazetę.
Minęło kilka dni, żałoba się skończyła, wszystko wróciło do normy. Współczucie sprzedano, tragedię medialnie wyssano do końca, można więc zwinąć sprzęt i czekać na kolejną okazję. A że zdarzy się, to pewne. I wtedy znów ruszy przemysł rozrywkowy, politycy pochylą się nad rodzinami i obiecają pomoc, psychologowie będą wspierać, socjologowie analizować, dziennikarze komentować, a widzowie pogrążą się na moment we współczuciu. Potem wszyscy wrócą do swoich spraw z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, a ci, których dotknęła tragedia pozostaną sami, tak jak sami byli od początku.

30 listopada 2006 r.
Damian Leszczyński




 
(Komentarz wygłoszony na antenie wrocławskiego Radia Rodzina)

Wyświetlony 1487 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.