czwartek, 23 listopad 2006 19:27

Wolna prasa i fałszywa świadomość

Napisał

Od dłuższego czasu toczy się dyskusja na temat tak zwanej wolności prasy i dziennikarskiej odpowiedzialności. Kilka tygodni temu Platforma Obywatelska przygotowała specjalny raport o stanie mediów, w którym zarzuciła pewnym dziennikarzom "reżimowość". W zeszłym tygodniu powrócił do tej sprawy na łamach "Polityki" Daniel Passent, podając listę dziennikarzy w jego mniemaniu rzetelnych oraz listę tych, którzy, jego zdaniem, są sługusami władzy. Osobę Passenta i jego wynurzenia można tu w zasadzie pominąć. Gdyby człowiek ów miał resztki honoru po prostu trzymałby język za zębami, jednak prawdopodobnie wraz honorem utracił również pamięć i nie jest w stanie przypomnieć sobie, jak czerpał profity z wychwalania kolejnych ekip peerelowskiej władzy, włącznie z juntą Jaruzelskiego. Prawdopodobnie dlatego też rzetelność dziennikarska kojarzy mu się z Urbanem, służalczość zaś z Wildsteinem. No cóż. Bez komentarza.

 

Natomiast raportowi PO można poświęcić chwilę uwagi. Trudno do końca ustalić, kto stał za jego przygotowaniem, ale wydźwięk samego tekstu był taki: jeśli jakiś dziennikarz nie jest z nami i nie wspiera naszego ataku na "Kaczorów", to jest nierzetelny i nie ma prawa należeć do dobrego towarzystwa. Ktoś, kto zamiast walczyć słowem jak cepem próbuje ważyć racje i dostrzegać błędy i zalety obu stron dzisiejszej polskiej wojny na górze, na pewno jest skorumpowany i bierze za to pieniądze. Taki mniej więcej jest ton owego raportu. Co ciekawe, można odnieść wrażenie, że przygotowujący go członkowie PO i sam broniący go Donald Tusk rzeczywiście utwierdzili się w przekonaniu, że mają swoisty monopol na rację, że, niczym gnostycy, posiedli pewną wiedzę dla wtajemniczonych i ktoś, kto z nimi polemizuje bądź, o zgrozo, się nie zgadza, musi być albo durniem albo brać za to ciężkie pieniądze. Innego wyjścia nie ma.

Ta postawa przypomina nieco to, co prezentowała kiedyś Unia Wolności, wcześniej znana jako Unia Demokratyczna. Jak zapewne wszyscy pamiętamy, partia ta, wspierana nadużywanym autorytetem "Gazety Wyborczej", wypracowała sobie specyficzny sposób traktowania oponentów, polegający na tym, że z inaczej myślącymi się nie dyskutuje, gdyż sam fakt, że nie zgadzają się z mędrcami będącymi posiadaniu prawdy dowodzi tego, że nie są godni poważnego traktowania. Wystarczy więc jedynie wykazać ich niekompetencję poprzez np. uznanie kogoś za grafomana i megalomana (jak to było w przypadku Łysiaka), psychicznie chorego alkoholika (jak to zrobiono z Herbertem) bądź po prostu za chorego z nienawiści (co było działaniem najbardziej powszechnym). Styl ten coraz częściej przejmuje PO, co po części nie powinno dziwić, gdyż niemal wszyscy jej liderzy byli kiedyś członkami którejś z mutacji Unii i co nieco zdążyli się nauczyć. Ich własny wkład w ten rodzaj debatowania polega zaś na tym, że do dotychczasowych sposobów zwalczania przeciwników dodali oskarżenie o korupcję, co zapewne wiążę się z tym, że oprócz meandrów życia salonowego zdążyli poznać meandry wielkiego biznesu, gdzie bez koperty ani rusz.
Żeby było zabawniej, tego typu atakowanie przeciwników często łączy się z nawoływaniem do tolerancji i wychwalaniem pluralizmu światopoglądowego. Można powiedzieć, że jest czymś typowym dla niemal wszystkich bojowników o tolerancję to, że nie są w stanie tolerować poglądów różnych od tych, które sami głoszą. Zwykle nie są w stanie sobie wyobrazić, że ktoś może myśleć inaczej niż oni. Oto i cały pluralizm.
Dzisiejsza dyskusja o wolności prasy i wolności mediów wygląda podobnie. Politycy, komentatorzy i dziennikarze, często o peerelowskiej proweniencji, lamentują nad upadkiem pluralizmu światopoglądowego i wzywają do walki o wolność prasy. Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, widać, że wolność i pluralizm rozumieją oni bardzo specyficznie, mniej więcej tak jak w pewnym starym dowcipie. Amerykanin i Rosjanin rozmawiają o wolności prasy. "U nas wolność prasy polega na tym, że można krytykować prezydenta", mówi Amerykanin. "To tak, jak u nas - odpowiada Rosjanin - U nas też można krytykować amerykańskiego prezydenta". No właśnie. Dziś, wedle niektórych, wolność prasy polegać by miała na tym, że krytykuje się rząd. Kto tak nie robi, pewnie został przekupiony albo jest zniewolony i ma fałszywą świadomość. Stary, sprawdzony marksistowski schemat. Jeśli nie zgadzasz się z doktryną materializmu dialektycznego albo masz inne poglądy, to tym samym dajesz dowód tego, że masz fałszywą, burżuazyjną świadomość. Tak samo wygląda dyskusja z feministkami. Kto się z nimi nie zgadza, daje tym samym dowód patriarchalnego, fałszywego sposobu myślenia. W rezultacie wszystko kończy się tak samo. Wolność, owszem, ale tylko dla tych, którzy myślą tak jak my. A pozostałych trzeba reedukować, albo zamknąć im paszcze, tak żeby nie bruździli i nie sabotowali nieuchronnego postępu.
Jak wspomniałem, sytuacja ta przypomina trochę początek lat 90., ale tylko trochę. Niektórzy politycy i część środowiska dziennikarskiego próbują znów zastosować metody typowe dla Unii Wolności i "Gazety Wyborczej", jednak skuteczność tych metod dziś wyraźnie zmalała. A stało się to z prostego powodu. Rynek medialny rzeczywiście się spluralizował i można wreszcie mówić o faktycznej wolności wyrażania różnych, czasem bardzo kontrowersyjnych opinii. Dziś na rynku oprócz "Gazety Wyborczej", "Polityki" i "Tygodnika Powszechnego" są dziesiątki innych tytułów, proponujących zupełnie odmienną od obowiązującej dotąd wizję świata. Podobnie sprawa wygląda z radiem i telewizją: również tam powoli dokonuje się decentralizacja i pluralizacja poglądów. Politycy i dziennikarze przyzwyczajeni do tego, że jako głosiciele "jedynej słusznej linii partii" nie musieli się przejmować konkurencją, są wyraźnie rozdrażnieni i zdezorientowani. Widać to było w czasie radiowej rozmowy Donalda Tuska z oskarżanym o "reżimowość" Michałem Karnowskim, kiedy buta i chamstwo przewodniczącego PO wywołały nawet reakcję prowadzącego audycję Wojciecha Manna. Widać to w zachowaniu Tomasza Lisa, który wyraźnie stracił grunt pod nogami i przy braku merytorycznych argumentów stara się, gdzie może, opluwać tych kolegów po fachu, którzy wykazali więcej niezależności niż on i starają się myśleć samodzielnie.
W każdym razie wejście w buty Unii Wolności może w obecnej sytuacji skończyć się dla PO nie najlepiej. Biorąc pod uwagę to, czym stała się dziś Unia, funkcjonująca pod nazwą "Partia Demokratyczna", lepiej poszukać innych wzorów do naśladowania. No, chyba że się chce zostać kwiatkiem u kożucha Olejniczaka.

23 listopada 2006 r.
Damian Leszczyński


(Komentarz wygłoszony na antenie wrocławskiego Radia Rodzina)

Wyświetlony 1494 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.