piątek, 20 sierpień 2010 11:37

Demokracja arystokratyczna

Napisał

Wprawdzie moja skromność jest znana na całym świecie, ale przecież i mnie jest przyjemnie, kiedy sprawdzi się coś, co napiszę, a w szczególności ? gdy ktoś inny, o znacznie większym ciężarze gatunkowym niż ja, napisze to samo, tyle że później. Oto czytam znakomitą książkę Gwidona Sormana Made in USA i znajduję w niej niemalże zacytowany tytuł mego felietonu sprzed kilku lat: "demokracja arystokratyczna". Opisywałem w nim rolę, jaką w naszej demokracji pełni Leszek Balcerowicz. Otóż jest on po każdorazowych wyborach obudowywany różnymi premierami i ministrami, którym wydaje się, że rządzą państwem. Jest to trochę podobne do sytuacji, w jakiej znalazł się kardynał Kakowski po utworzeniu Rady Regencyjnej. Po powrocie do domu zwierzył się swemu kamerdynerowi Stanisławowi, który ponoć intelektualnie górował nad kardynałem, że razem z księciem Lubomirskim i panem hrabią Ostrowskim mamy rządzić krajem. ? Nie na naszą głowę, Eminencjo ? miał zawyrokować pan Stanisław.

 

Sorman za pomocą określenia "demokracja arystokratyczna" opisuje różnicę między sposobem pojmowania demokracji w Europie i w Ameryce. Demokracja europejska jest w gruncie rzeczy arystokratyczna: lud, niczym chór w antycznej tragedii greckiej, statystuje i ewentualnie recenzuje batalie toczone wśród elit, które tworzą półbogowie i herosi. Oczywiście, są to półbogowie i herosi z nominacji komitetów partyjnych, które z kolei są tworzone spośród agentów rozmaitych wywiadów i mafii, ale w dzisiejszych czasach nie można być nazbyt wymagającym. Każda epoka ma taką arystokrację, na jaką ją stać, a Europy po dwóch wojnach światowych i komunizmie oraz w amoku politycznej poprawności nie stać chyba na nic więcej. W demokracji amerykańskiej ? twierdzi Sorman ? nie występuje w ogóle pojęcie elity i polityk, który określiłby się jako jej reprezentant, byłby nie tylko skończony, ale przede wszystkim do końca życia ośmieszony w opinii publicznej. Pociąga to za sobą daleko idące konsekwencje. O ile w Europie celem demokracji jest przychylanie ludowi nieba, ale zaprojektowanego uprzednio przez ścisłe kierownictwo narodowych elit pod kątem ich interesu i na miarę ich wyobrażeń o tym, co lud uszczęśliwia, o tyle w Ameryce lud tworzy sobie obraz nieba samodzielnie, a potem wynajmuje do jego przychylania takiego, co najlepiej odgadnie i wyrazi jego nie zawsze precyzyjne pragnienia. Skądinąd jednak wiemy, że pragnienia nie rodzą się na kamieniu, zwłaszcza w epoce telewizji. Kiedy zmarł Jan Paweł II, wszyscy byliśmy wstrząśnięci, bo powiedziały nam to wszystkie stacje telewizyjne. A co by było, gdyby nam nie powiedziały? Czy też bylibyśmy wstrząśnięci, czy już niekoniecznie? Podobnie musi być z wyobrażeniami ludu na temat nieba, którego akurat pragnie. Jednak czy ten, kto mebluje mu na co dzień wyobraźnię, nie pełni roli zarezerwowanej w Europie dla elity? W takim razie demokracja amerykańska też jest arystokratyczna, z tą tylko różnicą, że kto inny pełni tam funkcję arystokracji. Dyktatowi Hollywoodu poddają się przecież i prostaczkowie, i milionerzy; i jedni, i drudzy naśladują modnych aktorów i usiłują odgrywać w życiu pozy i sceny podpatrzone w ulubionych filmach. A kto kreuje wyobraźnię Hollywoodu? Sorman potwierdza obiegową opinię, że "liberałowie", to znaczy, jak powiedzielibyśmy u nas ? socjaldemokraci, wśród których dominują socjaldemokraci "z korzeniami". Przecież i u nas red. Michnik, nie pełniąc żadnej funkcji publicznej z wyboru, ma wielokrotnie większy ciężar gatunkowy również w życiu politycznym, niż, dajmy na to, "prezio" Kwaśniewski. Czyżby zatem Ameryka, sama o tym nie wiedząc, dorobiła się arystokracji "korzennej"? Wykluczyć tego z cała pewnością nie można, tym bardziej że Sorman zauważa, że ci sami protestanci, którzy w przeszłości wyznawali brutalny antysemityzm, od czasu utworzenia państwa Izrael są mu absolutnie wierni. Ich zaangażowanie, niezależne od konfliktu z islamem, jest wyrazem fascynacji narodem wybranym, z którym chętnie się identyfikują. Sorman tłumaczy tę fascynację okolicznością, że wrogość do Izraela najczęściej łączy się z antyamerykanizmem, ale wydaje się, iż właściwa przyczyna jest inna. Komu nie byłoby przyjemnie należeć do "narodu wybranego", zwłaszcza kiedy już osiągnął i bogactwo i władzę? Kiedyś rosyjski minister spraw zagranicznych, hrabia Izwolski złośliwie zapytał swego austriackiego kolegę, wywodzącego się bodajże z karczmarzy świeżego barona z "korzeniami", Aerenthala, czy pochodzi "ze starej rodziny". ? Nie, ekscelencjo ? odpowiedział baron Aerenthal ? ale mam nadzieję nią zostać.

Nie jest zatem wykluczone, że ten przybierający na sile snobizm znakomicie sprzyja utrwaleniu sytuacji, że ogon wywija psem.
(?)
Stanisław Michalkiewicz



 

Wyświetlony 5011 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.