2016 https://opcjanaprawo.pl Thu, 09 Jan 2020 05:03:13 +0000 Joomla! - Open Source Content Management pl-pl Od Redakcji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4727-od-redakcji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4727-od-redakcji Od Redakcji

Wielu Polaków postrzega tzw. Zachód prawie w samych superlatywach, jak raz utracony i potem odzyskany, mityczny ląd. Powodem tej idealizacji jest prawdopodobnie długotrwała niewola i wynikająca z niej izolacja naszego kraju. Różne polskie, także katolickie, środowiska zupełnie tracą orientację, co do destrukcyjnych przemian, które nastąpiły w bliskiej nam dawniej cywilizacji, a ta od dawna cierpi na deficyt przypisywanych jej atrybutów kulturowych.


W efekcie tej iluzji rzucono nas w objęcia Okcydentu, wymuszając aprioryczną, choć nieuzasadnioną ufność. Gdy jednak konfrontujemy się z wrogimi nam kulturowo współczesnymi europejskimi i amerykańskimi zjawiskami, pojawia się dziwny dysonans poznawczy.Do pewnego momentu udawało się zwalać winę za zły stan rzeczy w zachodniej kulturze na sowieckich agentów wpływu, podrzucających tzw. wolnym krajom kukułcze jaja zgniłej ideologii, albo na wyizolowane grupy bliżej nieokreślonego, mniejszościowego „lewactwa”.
Dzisiaj poglądy te nie dają się jednak już obronić. Może jest to ostatni moment, by odświeżyć sobie pamięć o fundamentach współczsnej zachodniej kultury, o narodzinach liberalizmu, przeciwko któremu wydano tyle ważnych papieskich encyklik, i który stał się zalążkiem wszystkich nowożytnych rewolt (łącznie z tą bolszewicką). Warto wrócić do korzeni i przyjrzeć się jeszcze raz ideologiom epoki Oświecenia, które doprowadziły do wywrócenia dawnego ładu, nazywanego powszechnie cywilizacją łacińską.


Wrzucając niejako kamyk do ogródka ostatnich hucznych obchodów Święta Reformacji przypominamy w numerze, że jedną z idei założycielskich cywilizacyjnego przewrotu był protestantyzm. Bunt Marcina Lutra nie tylko otworzył zakazany liberalny trakt wiodący do kolejnych niczym nieskrępowanych prób obalenia tronu i ołtarza, ale również odsłonił przed niszczycielskimi siłami wszystkie trzy nagie fundamenty starego porządku, czyli objawioną Chrystusową wiarę,

Rrzymskie prawo i grecką filozofię. Zaatakowany został więc w dużej mierze również rozum, co może zaprzecza obiegowym opiniom, że nowożytność stała się zalążkiem racjonalności. Odważne zakwestionowanie tych utartych schematów jest wielce uprawnione w kontekście niedawnej  zbrodniczej przeszłości systemów, które wykluły się z tego samego oświeceniowego jaja; nabiera, jednak, szczególnego znaczenia właśnie teraz w XXI wieku, gdy stajemy się świadkami masowej ucieczki od zdrowego rozsądku i to pomimo błyskotliwego rozwoju techniki. Legalizacja niezgodnych z prawami natury zachowań kulturowych i seksualnych oraz szerokie ich prawne i ideologiczne usankcjonowanie; legalizacja dzieciobójstwa i eugeniki; przerażające eksperymenty biotechnologiczne – coraz słabiej krępowane luźnym pasem etyki humanistycznej; destrukcja kultury i koncesjonowanie działań skandalicznych jako aktów piękna; globalne grabieże i imperialne podboje tłumaczone prawami człowieka i demokratyzacją; kolonizacja ekonomiczna nazywana pomocowością; chciwość ubrana w szaty wolnorynkowości – to tylko wybrane przykłady obłędu jaki fundują światu pooświeceniowi uzurpatorzy. Paradoksalnie robi się tym groźniej w im większym zakresie wymieniony wyżej postęp technologiczny towarzyszy opisanym zjawiskom.


Im bardziej zaawansowana ekspansja mrocznych sił, tym większego znaczenia nabiera każda próba ich powstrzymania. Strażnikiem i ostoją cywilizacji był przez wieki święty Kościół Katolicki. W dzisiejszych czasach stał się on jednak sprotestantyzowaną instytucją, która ulega relatywizacji. Powoduje to osłabienie oraz niezdolność do podejmowania zdrowych osądów, a tym bardziej brak motywacji do ich jasnego wyrażenia w przestrzeni publicznej. Protestancki liberalizm w Kościele zamazuje granice między cnotą a występkiem, a jego największą wartością stało się przyzwolenie w imię tolerancji. Niestety, nie rokuje to dobrze i nie może stanowić żadnej, nawet najlichszej zapory dla ostatniej superfali zalewającego świat ideologicznego potopu. Cała nadzieja w powrocie do tradycyjnej myśli i wielowiekowej spuścizny katolickiej.

Pozostaje nam zachęcić Państwa do szczegółowego zapoznania się z artykułami nowego wydania kwartalnika. Ponieważ, jak zwykle, podejmujemy tematy niezwykle trudne, nie wypada nam życzyć miłej lektury, mamy jednak nadzieję, że będzie to lektura motywująca i owocna.

]]>
[email protected] (opcjanaprawo) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 10:29:21 +0000
Teorie spiskowe i ziarna prawdy https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4726-teorie-spiskowe-i-ziarna-prawdy https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4726-teorie-spiskowe-i-ziarna-prawdy Teorie spiskowe i ziarna prawdy

Na naszych oczach rozpada się cywilizacja Zachodu, a ponieważ natura nie znosi próżni, już dzisiaj wymiernym skutkiem tego upadku staje się inwazja islamu na Europę, który ostatnio w dość przyspieszonym tempie zajmuje miejsce w europejskim obszarze kulturowym. Kanclerz Merkel prowadzi politykę otwartych drzwi dla emigrantów, tłumacząc to tym, że w Niemczech brakuje rąk do pracy. Jest to symptomatyczne. Spadek populacji jest bowiem powodowany wzrastającym hedonizmem. Wygodnictwo, pogoń wyłącznie za uciechami, upadek wartości, zjawiska coraz to wymyślniejszej antykoncepcji, aborcji i promocja postaw homoseksualnych wpływają ujemnie na prokreację, co przyczynia się do starzenia się zachodniego społeczeństwa.

Zaczyna brakować zdrowych i silnych robotników, na ich miejsce przybywają młodzi muzułmanie, którzy jednak nie przejawiają cech asymilacyjnych. Jest wśród nich też sporo osób agresywnych, żądnych zemsty za najechanie ich ziem przez USA. Mnożą się akty terroryzmu, gwałty na białych kobietach, coraz częściej słyszymy o próbach wprowadzania w Europie praw szariatu, co przyspiesza proces upadku i błędne kółko się zamyka.

Upadek ten nie dotyczy wyłącznie Niemiec i innych zachodnich krajów, również u nas na naszych oczach upadają dawne dobre tradycje, obyczaje, zasady, czyli wszystko co kiedyś było spoiwem cywilizacji łacińskiej. To, co kiedyś było ważne i istotne: dekalog, praktykowanie cnót, ulega dzisiaj dewaluacji. Miejsce małżeństw zajmuje już dzisiaj partnerstwo, ludzie, a zwłaszcza kobiety nie chcą dzisiaj zakładać rodzin, mieć dzieci.

 

W Polsce walka o powstrzymanie tych tendencji odbywa się na zasadzie walki ze skutkami, nie ze źródłem choroby. Rząd wprowadza programy prorodzinne, w stylu 500+, chce zaprowadzić odpowiednie prawa i ustawy, ale przyczyny zjawisk pozostają poza zasięgiem naszych działań.

Przyczyny tych klęsk są dużo głębsze niż sytuacja materialna Polaków, leczenie ich za pomocą doraźnych, prawnych i materialnych środków nie może być rozwiązaniem.

Z braku zrozumienia nieracjonalności tych zjawisk powstają na świecie różne teorie spiskowe, które są bardziej lub mniej trafioną próbą odnalezienia w tym wszystkim jakiejkolwiek logiki.

 


Faceci w fartuszkach

 

Jedną z bardzo prawdopodobnych teorii, bo odnoszącą się do znanych historycznych faktów, jest podejrzenie, które spada na masonerię.

Początków masonerii należy dopatrywać się w średniowieczu. Budowniczowie kościołów tworzyli gildie i cechy skupiające architektów, inżynierów i majstrów. Sprzysiężenia te miały początkowo na celu strzeżenie tajemnic mistrzowskiej sztuki budowlanej. Tworzyli oni tzw. loże (nazwa odzwierciedlała ich pierwsze miejsca spotkań, czyli przybudówki budowanych świątyń). Jeszcze w średniowieczu do tych organizacji przeniknęły idee talmudyczne i stworzone zostały odpowiednie ceremonie, które potęgować miały nastrój tajemnicy. Działo się to w czasach, gdy okultyzm i alchemia były synonimami pewnego rodzaju podziemia. Wraz z nimi przeniknęło do lóż wielu żydów oraz ideologów, heretyków i innych indywiduów, którzy stopniowo zmienili charakter tajnych stowarzyszeń w prawdziwą opozycję wobec Kościoła i jego tradycji. Loże stały się istnym przytułkiem dla wywrotowców, panteistów, ateistów, bluźnierców, manichejczyków i katarów. Na ich łonie kształtowały się nowe antyidee, przeciwne zastanemu cywilizacyjnemu modelowi. Masoneria stała się orężem walki z ołtarzem i tronem, a jej ówczesną nieoficjalną stolicą stała się protestancka wigowska Anglia. Tajne stowarzyszenia poprzez swoją propagandę i podburzanie mas stały się główną przyczyną prawie wszystkich późniejszych rewolucji, które największe żniwo zebrały wśród zakonników, księży i ludzi deklarujących pobożność. W rewolucji chwalebnej, francuskiej, hiszpańskiej, meksykańskiej czy bolszewickiej, mordowano głównie katolików, prawosławnych i to pokazuje nam, że były one pokłosiem tego samego zasiewu.

 

Jak pamiętamy, w ostatnich latach wielokrotnie komunikowano nadejście tzw. końca świata, jak np. ten słynny przypadek roku 2012. Jak się wydaje, te spekulacje były spowodowane głównie nie tym, że ktoś z demiurgów wierzy w fizyczny koniec dziejów naszej planety. Chodzi o to, że okultyści z lóż masońskich czynią obecnie usilne starania, by wyliczyć dokładnie czas nadejścia upragnionej Ery Wodnika i zakończenia tym samym raz na zawsze znienawidzonego okresu Ryb (ryba była wczesnochrześcijańskim symbolem Chrystusa). W 2012 roku posłużyła do tego sprawa kalendarza Majów. Koniec ery chrześcijaństwa oznaczać ma początek ery humanizmu, co można interpretować jako usunięcie Boga, a Jego miejsce zająć ma boska jednostka ludzka. Wszystkie zasady cywilizacji łacińskiej, a więc głównie dekalog, z którym walczono przez tyle lat, został definitywnie usunięty, stracił swoją wartość. Zastąpiły go tysiące ludzkich praw. Ogólnoświatowe supermocarstwo chce regulować każdą dziedzinę naszego życia. Inicjować lub hamować prokreację. Kontrolować jego najintymniejsze sfery życia, finanse, edukację i system zdrowotny. Ludzkość jest traktowana jak zwierzęta hodowlane. Poprzez system dostarczania człowiekowi odpowiednich przyjemności i bodźców seksualnych, sensorycznych, kulturowych jest on skutecznie odciągany od dawnej wiary i etyki wyższej. Neutralizowane są ludzkie sumienia.

 


Starsi bracia

 

Inna koncepcja usiłuje wyjaśnić obecny stan upadku Zachodu wpływem judaizmu i walki cywilizacyjnej, którą chrześcijaństwo prowadziło z żydami przez wszystkie wieki, od samego początku swojego istnienia. Wytworami sekt judaistycznych, których obecny charakter wywodzi się jeszcze z babilońskiej diaspory żydowskiej z czasów przed Chrystusem, był m.in. Talmud i Kabała. Idee w nich zawarte w karykaturalny sposób wyolbrzymiły przesłanie o wybraństwie Żydów i spowodowały rozwój w tym narodzie idei szowinistycznych, a nawet głębokiej pogardy dla innych narodów i religii. Zainicjowały wśród rozproszonych po świecie Żydów dążenia do zdobycia panowania nad światem, które wedle talmudycznych interpretacji Starego Testamentu należało się im.

Jak podaje wiele źródeł historycznych, masowego nawrócenia na judaizm doświadczył jeden dzikich, turecko-etnicznych dzikich narodów dawnej Azji – Chazarowie. Naród ten w wyniku wielu zawieruch i likwidacji własnego państwa przemieszał się z obecną w Europie Wschodniej diasporą żydowską i uzyskał znaczne wpływy. Rozproszył się po Europie, zwłaszcza w liberalnych krajach protestanckich. W XX wieku wielu wpływowych Chazarów wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych. I to oni stanowią elitę, która dąży obecnie do zwieńczenia procesu globalizacji, dziełem w postaci instalacji jednego światowego rządu. Żeby do tego doszło, trzeba zdemontować państwa narodowe. Aby usprawnić rządy, tak jak w przypadku teorii masońskiej, należy zlikwidować chrześcijańskie podstawy cywilizacyjne, zlikwidować instytucję rodziny. Aby zatomizować społeczeństwo, należy rozbić wszelkie związki plemienne, regionalne. Przejąć finanse. Jak niektórzy twierdzą, obie te teorie wiążą się ze sobą i gojowska masoneria stała się albo partnerem, albo całkowitą poddanką bogatych i wpływowych multimiliarderskich żydowskich rodzin.

 

[...]

]]>
[email protected] (Józef Białek) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 10:25:14 +0000
Epitafium dla łacińskiej cywilizacji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4725-epitafium-dla-lacinskiej-cywilizacji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4725-epitafium-dla-lacinskiej-cywilizacji Epitafium dla łacińskiej cywilizacji

Historia cywilizacji łacińskiej jest długa, więc nic dziwnego, że w tym czasie zaszło wiele różnych wydarzeń, wśród których pewne mogą być uznane za rodzaj wojny domowej. Do takiego wniosku możemy dojść, jeśli wojnę domową zdefiniujemy jako konflikt, którego celem jest nadanie państwu jakiegoś kierunku, co do którego nie ma zgodności. Jeśli inne metody zawodzą, wtedy rozstrzyga siła. Skoro jednak celem wojny domowej jest tylko nadanie państwu określonego kierunku, to znaczy, że państwo ma nadal istnieć, bo w przeciwnym razie wojna domowa zostałaby pozbawiona sensu. „Domowy” charakter wojny zakłada zatem, że obydwie strony konfliktu są zainteresowane przetrwaniem państwa, a w związku z tym nie będą podejmowały działań skierowanych na jego unicestwienie. Można nawet powiedzieć, że przetrwanie państwa jest warunkiem brzegowym kontynuowania wojny domowej. Jeśli bowiem jej przeciąganie miałoby doprowadzić do zagłady państwa, strony wojujące konflikt zawieszają, a w każdym razie – w interesie każdej z nich powinny to zrobić.

 

Uwagi odnoszące się do państwa mają również zastosowanie w odniesieniu do wspólnoty wyższego rzędu, mianowicie – do cywilizacji. „Domowy” charakter wojny toczonej w obrębie cywilizacji oznacza, że żadna ze stron wojujących nie ma intencji jej zniszczenia, a tylko pragnie nadać jej pożądany w swoim mniemaniu impuls rozwojowy. Przykładem konfliktu, który możemy uznać za rodzaj wojny domowej w łonie cywilizacji łacińskiej, a który w swoim czasie nią wstrząsnął, był Renesans. Jak wiadomo, cywilizacja łacińska wspiera się na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej jako podstawie systemu prawnego.

Istotą greckiego stosunku do prawdy jest przekonanie, że prawda istnieje obiektywnie, to znaczy – niezależnie od tego, co ludzie na ten temat sądzą, niezależnie od tego, co uważa większość albo, dajmy na to, ireniści, którzy uważają, że prawda leży „pośrodku”. Tymczasem prawda leży tam, gdzie leży, więc powinnością człowieka rozumnego jest znalezienie tego miejsca i odkrycie prawdy. Kryterium rozstrzygające stanowiła empiria. Arystoteles definiował prawdę w sposób następujący: verum est adaequatio intellectus et rei. Rzeczywisty stan rzeczy był sprawdzianem prawdziwości sądów. Ale w jaki sposób poznać rzeczywisty stan rzeczy? Starożytni filozofowie, przynajmniej niektórzy, uważali, że narzędziem poznania jest rozum. Myśliciele chrześcijańscy, nie negując ani nie umniejszając roli rozumu, jako narzędzia poznawania rzeczywistego stanu rzeczy, dodali jeszcze jedno narzędzie poznania w postaci wiary. Co charakterystyczne – święty Augustyn uważał, że wiedza czerpana z Objawienia nie może być sprzeczna z wiedzą empiryczną. Wprawdzie nie było to intencją św. Augustyna, ale dokonane z czasem stopniowe odwrócenie tego poglądu, doprowadziło do zdominowania filozofii przez teologię. Filozofia stała się „służką” teologii (ancilla theologiae), w której ostatnie słowo należało do Rzymu, który przeświadczenie o własnej Racji czerpał z Autorytetu. Ponieważ każda „akcja” rodzi „reakcję”, to i ta dominacja doprowadziła do sprzeciwu w postaci podważenia Autorytetu jako podstawy Racji. Reformacja – bo taką formę ów sprzeciw przybrał – była rodzajem wojny domowej w łonie cywilizacji łacińskiej, bo żadnej ze stron wojujących – nawet jeśli konflikt przybierał charakter wojen religijnych – nie przyświecała intencja zniszczenia tej cywilizacji, a tylko ustalenia prawidłowych proporcji między dwoma narzędziami poznania: wiarą i empirią.

W rezultacie wahadło wychyliło się w przeciwną stronę. Dotychczasowy Autorytet został podważony, rolę Najwyższej Instancji zyskał zaś Rozum. Objawiło się to między innymi w rozszerzaniu oświaty – ale pod kierunkiem Państwa, które stopniowo, chociaż bez specjalnej ostentacji, zaczęło zajmować miejsce opróżnione przez Autorytet – bo natura nie znosi próżni, chociażby dlatego, że próżnia nie dostarcza Rozumowi ani żadnych inspiracji, ani nawet podniet. Państwo to co innego, toteż wahadło znów wychyliło się w stronę przeciwną, czego ilustracją była rewolucja we Francji, z próbami dekretowania Autorytetu w postaci Istoty Najwyższej przez parlamentarne głosowanie. To już był dzwonek alarmowy, wskazujący na niebezpieczeństwo przerodzenia się wojny domowej w łonie cywilizacji w wojnę przeciwko niej. Doszło do tego w połowie wieku XIX, kiedy to w „Manifeście Komunistycznym” spółka Marks & Engels (nie mylić ze spółką Marks & Spencer), zanegowała samą potrzebę Autorytetu, nawet zadekretowanego według francuskiej mody.

Nie było to specjalnie trudne, bo rzeczywiście – Autorytet wyłaniany w drodze głosowania w nikim nie wzbudza specjalnego respektu – co zilustrował w swoim czasie Wojciech Dzieduszycki anegdotą o starej gruszy. Miał w swojej posiadłości w Jezupolu bardzo starą figurę Matki Boskiej, przed którą nie tylko miejscowi chłopi-chrześcijanie zdejmowali nabożnie czapki, ale nawet pachciarz Dawidek schylał z szacunkiem głowę. Aliści pewnego razu stało się, że podczas burzy piorun uderzył w figurę i ją strzaskał. Dzieduszycki kazał wyciąć w sadzie starą gruszę, sprowadził rzeźbiarza i wkrótce na dawnym miejscu stanęła nowa figura Matki Boskiej. I znowu chłopi-chrześcijanie nabożnie zdejmowali przed nią czapki, ale Dawidek już się nie kłaniał. Wezwany do kancelarii i poddany indagacji wyjaśnił: jakże ja mam się jej kłaniać, skoro ja pamiętam, jak ona była gruszą?

 

[...]

]]>
[email protected] (Stanisław Michalkiewicz) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 10:15:57 +0000
Cywilizacyjne deliberacje https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4724-cywilizacyjne-deliberacje https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4724-cywilizacyjne-deliberacje Cywilizacyjne deliberacje

Z Magdaleną Ziętek-Wielomską, filozofem, prawnikiem, założycielką fundacji Instytut Badawczy Pro vita bona, wykładowcą Narodowej Akademii Informacyjnej w Warszawie, publicystką portalu www.konserwatyzm.pl oraz tygodnika Myśl Polska – rozmawia Dorota Niedźwiecka.

 

„Brońmy naszej cywilizacji” – słyszymy zachęty osób i grup, którym zależy na zachowaniu europejskiej tożsamości. Czego dokładnie chcą bronić?

 

Zanim wyjaśnimy, czego możemy bronić, warto przyjrzeć się temu, na kogo dokładnie wskazuje liczba mnoga. Środowisk, które stosują taką retorykę, jest wiele: środowiska katolickie, nacjonalistyczne i te w sposób autentyczny odwołujące się do treści neofaszystowskich. Czuję się upoważniona do mówienia w imieniu tych osób, którym bliska jest narodowa demokracja oraz pojęcie cywilizacji łacińskiej – stworzone przez prof. Feliksa Konecznego, a redefiniowane przez doc. Józefa Kosseckiego[RL1] . Cywilizacja łacińska to cywilizacja personalistyczna. I mocno podkreślamy, że nie jest ona tożsama z cywilizacją zachodnią, rozumianą jako wyrosłą z oświecenia, ani z czymś, co niektórzy określają „cywilizacją chrześcijańską”.

 

Jednak chrześcijaństwo jest cechą konstytutywną, określającą tożsamość Europy.

 

Jedną z cech. Cywilizacja łacińska definiuje się przez wiele czynników, a katolicyzm (ale nie protestantyzm i nie prawosławie) jest jednym z nich.

 

Skoro dookreśla ją religia katolicka, a nie religie chrześcijańskie, oznaczałoby to, że cywilizacja łacińska obejmuje część Europy, i to nie tak dużą część.

 

Koneczny wyklucza z cywilizacji łacińskiej protestantyzm luterański (należący zdecydowanie do cywilizacji bizantyjskiej, czyli stadnej, w której religia podlega państwu), a zalicza do niej protestantyzm anglosaski, anglikanizm i taki protestantyzm kalwiński, jaki jest w Holandii czy Stanach (ze względu na elementy decentralizacyjne wobec państwa). Kossecki postrzega tę klasyfikację inaczej: podkreślając w tych ostatnich prymat ekonomii nad etyką, wyklucza je z cywilizacji łacińskiej.

 

 

Czym różni się podejście prof. Konecznego od doc. Kosseckiego?

 

Metodologią. Koneczny był empirystą, posługiwał się metodą indukcyjną. Na podstawie obserwacji rzeczywistości współczesnej i historycznej pogrupował cywilizacje i je opisał. Natomiast Kossecki podszedł do badań w sposób dedukcyjny, aksjomatyczny. Stworzył wiele kryteriów, które można ze sobą kombinować, i w ten sposób opisać pewne typy cywilizacyjne, z których część już zaistniała i została opisana np. przez Konecznego, część zaistnieje, a części być może nigdy nie będzie. Metoda Kosseckiego jest bardziej diagnostyczna. Spośród kryteriów, którymi się posługiwał, najważniejsze są dwa: stosunek norm poznawczych do ideologicznych i stosunek norm etycznych do prawnych. W określonej cywilizacji może być tak, że poznanie prawdy jest nadrzędne wobec norm ideologicznych, może się z nimi pokrywać lub może być im podporządkowane. Etyka jest nadrzędna wobec prawa, pokrywa się z prawem lub jest podporządkowana prawu. Kossecki zdefiniował cywilizację łacińską jako tę, w której normy poznawcze dominują nad ideologicznymi oraz normy etyczne nad prawnymi. Jej cechą charakterystyczną jest dążenie do poznania obiektywnej prawdy i realizacji dobra przede wszystkim za pomocą etyki, czyli – można powiedzieć – zasad dobrowolnych, spontanicznych, a nie z przymusu prawnego. Dla cywilizacji bizantyjskiej, na przykład, charakterystyczny jest prymat ideologii nad poznaniem prawdy (jeśli państwo powie, że coś jest prawdą to uznaje się to za prawdę) i norm prawnych nad etycznymi.

 

W tym kontekście cywilizacja łacińska oznaczałaby bardzo ludzką cywilizację.

 

Tak. Idąc głębiej: jednym z jej filarów jest kultura grecka, która wytworzyła pojęcie prawdy poznawanej rozumowo (w starożytnej Grecji nastąpiło wyzwolenie od mitu przez filozofię) i kultura rzymska, która kojarzy się z systemem prawnym, w której normy prawne wynikały nie tyle z woli państwa, co z etyki. Te dwa elementy zostały uzupełnione o filar chrześcijaństwa w rozumieniu przedschizmowym – z przekonaniem, że istnieje nieśmiertelna dusza, że człowiek ma tę samą osobową naturę co Bóg, czyli jest wolny i rozumny, i z tej natury bytu osobowego wynika jego miejsce w porządku kosmicznym, powyżej roślin i zwierząt. To „chrześcijaństwo przedschizmowe” lub, jeśli ktoś woli: katolicyzm, samo się zlatynizowało, rozwijając – pod wpływem odkrytych w średniowieczu pism Arystotelesa – racjonalną naukową teologię. (Na marginesie: w XII-XIII wieku przedstawiciele chrześcijaństwa, judaizmu i islamu podjęli się wyjaśniania swoich religii za pomocą metodologii Arystotelesa i toczyli między sobą dyskusje na ten temat; chrześcijaństwo jako jedyne ostatecznie wykształciło racjonalistyczną teologię, pozostałe dwa wyznania nie weszły na tę ścieżkę).

 

 

Porządkując pojęcia, podkreśla pani, że chrześcijaństwo nie jest cywilizacją – lecz jej składową. A przecież słyszymy nieraz sformułowanie „cywilizacja chrześcijańska”. Czy to pojęcie pochodzi z innych koncepcji cywilizacyjnych niż te przez panią badane?

 

To jest przykład pomieszania pojęć. Pojęcie „cywilizacji chrześcijańskiej” zostało wymyślone przez protestantów, a potem przejęte przez katolików, którzy nie dostrzegali, że nie jesteśmy jedną cywilizacją. W założeniach – antropologicznych – katolicyzm, protestantyzm (i prawosławie) jednak zbyt się od siebie różnią, by takie ujednolicenie uzasadnić.

 

Zadanie dookreślenia europejskiej tożsamości komplikuje jeszcze bardziej pojęcie „cywilizacji zachodniej”.

 

Zachodniej, czyli oświeceniowej. Norman Davies, pisząc o niej, podkreślał że w oświeceniu dokonano przeciwstawienia „postępowego Zachodu” i „zacofanego, barbarzyńskiego Wschodu”, czego konsekwencje do dziś obserwujemy w mentalności na Sachodzie, bardzo silnie antagonizmującej te dwa obszary. Z Europy, dzielonej na Zachód i Wschód – świadomościowo wypada środek, co ma negatywne skutki dla Polski. Stajemy się wtedy – na poziomie postrzegania – linią frontu. To już nie jest tak, że możemy być stadium, które łączy jedno z drugim. Nie ma możliwości połączenia: jest „albo – albo”. I albo podporządkujemy się temu, co płynie z Zachodu, albo zostaniemy uznani za „dzikusów". A jeśli jesteśmy tak postrzegani, to także traktowani lub – co gorsze – sami tak traktujemy siebie.

 

Wracając do pierwszego pytania, czego więc dziś bronimy: cywilizacji łacińskiej, „cywilizacji” chrześcijańskiej czy cywilizacji zachodniej?

 

Życzyłabym sobie, byśmy budowali tę pierwszą. Ale w Europie tej cywilizacji już nie ma. Ci, którzy chcą dookreślać tożsamość Kontynentu, by w ten sposób czynić go silnym np. wobec islamu, sami już do cywilizacji łacińskiej nie należą.

 

Proszę wyjaśnić.

 

Jeśli ktoś odwołuje się tylko do „cywilizacji” chrześcijańskiej („Musimy bronić chrześcijaństwa przed islamem”), de facto sprowadza to wezwanie do wojny religijnej. Cywilizacja łacińska to coś dużo głębszego niż chrześcijaństwo. To także model edukacji, kładący nacisk na literaturę klasyczną, na to, żeby rozumieć świat i ludzi. Model pełen roztropności, pokory wobec skomplikowania rzeczywistości, unikania różnych jednostronności, uproszczeń. Kształcenie klasyczne miało na celu stworzenie pewnego typu człowieka, realizującego potrzebę rozumienia rzeczywistości, pomimo świadomości, że ludzki rozum ma swoje ograniczenia. Osobom, które mówią dziś o „cywilizacji” chrześcijańskiej, często brakuje tego zrozumienia, że rzeczywistość jest skomplikowana i nie da się wszystkiego sprowadzić tylko do prawd wiary religijnej.

Powiedziała pani, że na końcu mamy już tylko wojnę religijną.

Tak, bo jedni wierzą w to, drudzy wierzą w tamto i nie ma już możliwości odpowiedzenia na pytanie: „Co jest lepsze dla człowieka?”. A w cywilizacji łacińskiej jest jeszcze miejsce – powiem o tym teraz – na koncepcję prawa natury, która zakłada, że po pierwsze istnieje pewien obiektywny porządek rzeczywistości, po drugie – rozum ludzki jest w stanie ten porządek pojąć i po trzecie – tylko wtedy gdy go będziemy rozumieć, jesteśmy w stanie żyć zgodnie ze swoją naturą. Bo jesteśmy bytami rozumnymi i wolnymi, więc bez rozumienia rzeczywistości nie jesteśmy de facto pełnymi osobami. Proces rozumienia jest, oczywiście, rozłożony w czasie, i im więcej mamy informacji o funkcjonowaniu świata, tym lepiej rozumiemy naturę naszą i otoczenia.

 

[...]

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 10:06:40 +0000
Cywilizacja jaśnie oświeconych https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4723-cywilizacja-jasnie-oswieconych https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4723-cywilizacja-jasnie-oswieconych Cywilizacja jaśnie oświeconych

Wiele uwagi poświęcono już fenomenowi, jakim był niezwykły rozkwit pewnej podrzędnej sekty, która pojawiła się jakby znikąd, na peryferiach wielkiego rzymskiego cesarstwa na początku naszej ery. Czynnikiem, który zagwarantował powodzenie rozprzestrzeniania się idei chrześcijańskich, na pewno była ich uniwersalność, umiarkowanie, głębia etyki, misyjność, ale również niezwykle precyzyjne i rozumne podejście do wiary i egzystencji człowieka, pozytywny stosunek do prawdy i jej poszukiwania („szukajcie a znajdziecie, pukajcie a otworzą wam”, „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”).

Nauczanie Chrystusa poraża swoja prostotą, logiką i racjonalnością. Niemal każda myśl, którą Mistrz powierzał swoim uczniom i słuchaczom, była odwołaniem się do ich logiki, podobieństw i zjawisk. Chrześcijaństwo dalece różniło się od wielu innych, sprzecznych wewnętrznie religii, a nawet filozofii, i w tym kontekście słowa brzmiące dla niektórych jak przechwałka: „Ja jestem dobrym pasterzem, wszyscy, którzy przyszli przede mną, to złodzieje i zbójcy”, nabierają znacznie głębszego znaczenia. Równie dobrze bowiem Jezus mógłby rzec: „wszyscy, którzy przyszli przede mną, to czczy i bezrozumni bajarze”.

 

Stare i nowe skarby

 

Niezwykle fortunne dla rozwoju naszej cywilizacji były czas i miejsce, w których nowa religia rozpoczęła swój podbój. Osiągnięcia myśli greckiej, konserwowane w Rzymie, zwłaszcza platońska i arystotelesowska dialektyka, stanowiły niezwykle sprzyjające ścisłej chrześcijańskiej logice podglebie.

Pojawienie się Chrystusa i jego uczniów doprowadziło, może nie po raz pierwszy w dziejach, ale na pewno w sposób najbardziej pełny, do pogodzenia rozumu z wiarą, idei i ducha z materią. Tym samym zaspokojone zostały duchowe potrzeby człowieka. Rzeczywistość osiągnęła swoją pełnię. Rozumowe podejście do traktowania racji przez pierwszy Kościół, w przeciwieństwie do pogańskich kultów, pozwoliło na to, by pierwsza wspólnota chrześcijańska i jej doktorzy dość szybko i bez trudu rozpoznali jako swoje co bardziej wartościowe i racjonalne argumenty Platona, a tym bardziej Arystotelesa, wydobywając tym samym niejako owe „rzeczy stare i nowe z dobrego skarbca”. Jest to swoistym fenomenem, tym bardziej gdy uzna się, z jak wrogiej temu pogańskiemu, greckiemu i rzymskiemu światu kultury wyrosło chrześcijaństwo. Mowa oczywiście o religii i wspólnocie żydowskiej, pałającej pogardą do pogan.

Chrystus wytykał Żydom wielokrotnie nie tylko bezduszność, ale także właśnie brak racjonalności i logiki. Początki judaizmu można uznać za budowane, przynajmniej częściowo, na bazie owego ratio, którym cechuje się religia chrześcijańska i sam Chrystus, między innymi właśnie z tego powodu, tak często się do nich odwoływał. W momencie pojawienia się na świecie konkurenta, religia żydów wyruszyła jednak w zgoła przeciwnym niż rozum kierunku. Odtąd jej dążenia pozbawione były większej troski o logiczne podstawy wiary, a jego późniejsze, średniowieczne próby zawrócenia z tej drogi – wysiłek pogodzenia religii z intelektem przez m.in. rabbiego Mosze ben Majmonidesa – spaliły na panewce.

Także geniusz przywoływanych tak często św. Augustyna czy św. Tomasza z Akwinu nie polega wyłącznie na ich wyjątkowych predyspozycjach, tylko na podstawach i metodologii, na gruncie której stanęli, przyjmując chrześcijaństwo za fundament. Było to wynikiem tego samego wysiłku i tej samej tradycyjnej logiki, której dążeniem było od początku poszanowanie dla prawdy, i stanowisko, że wiara i rozum nie stanowią dwóch przeciwnych i całkowicie odrębnych bytów. To spowodowało ogromny postęp cywilizacyjny.

Przejmowanie cywilizacyjnego prymatu przez szerzącą się katolicką ideę odbywało się w myśl ewangelicznej już wspomnianej zasady „wydobywania ze skarbca starych i nowych rzeczy”, czyli miało cechy filtrującej absorpcji. W związku z tym możemy dziś mówić o trzech filarach naszej cywilizacji. Z tym że jedna ze składowych jest również jej najważniejszym, swoistym filtrem. Każda próba usunięcia tego sita cofa nas co najmniej w czasy cywilizowanego pogaństwa.

Oczywiście, pozostałe dwa filary, tj. filozofia grecka, z całym jej pełnym sprzeczności wewnętrznych pluralizmem, ale i wielkimi osiągnięciami, czy postępowe w stosunku do reszty świata, ale jednocześnie jakże twarde prawo rzymskie, były nośnikami wielu pozytywnych wartości, jeszcze przed tym, gdy tak radykalny wpływ roztoczyła nad nimi filozofia wypływająca z nowej wiary. Bez katolickiego filtra nie stałyby się one jednak czynnikami zdolnymi dać podbudowę intelektualną i etyczną, stanowiącą tak dogodną glebę rozwoju, cywilizacji, której owoce (z dawno podciętego drzewa) mamy możliwość kosztować do dzisiaj.

 

 

Bunt

 

Zapoczątkowany w Renesansie i trwający do dzisiaj odwrót od cywilizacji łacińskiej jest próbą zburzenia głównie jej chrześcijańskiego segmentu, który stanowił dla wielu dumnych śmiałków zbyt ciasne ramy transcendencji. Negacja katolickiej cywilizacji stała się jednak ostatecznie również atakiem na filozofię Arystotelesa, która utworzyła z logiką chrześcijańską naturalny poznawczy monolit. Doprowadziło to, nie od razu, ale nieodwołalnie do naruszenia stabilnych fundamentów rozumu.

Nieznośnie zawsze ciążyła zależność od wiecznych praw, zwłaszcza tym ludziom, którzy łatwo ulegali pokusie emancypacji. Nie wystarczało nowym argonautom, że scholastyczna dialektyka wykazała jasno racjonalność Bożych przykazań, a chrześcijaństwo wprowadziło element umiarkowanego postępu, równowagi, kultury opartej na sprawiedliwości i miłosierdziu; budowało poczucie nienaruszalności i bezpieczeństwa; wprowadziło pierwszą w dziejach definicję osoby ludzkiej (Boecjusz); ustalała najbardziej zgodny z rzeczywistością stan kondycji człowieka, którą – tak jak nauczało Objawienie – definiowała jako dobrą z natury, lecz bezwzględnie podlegającą skażeniu grzechu i podatną na pokusy; czyniło rozróżnienie między wartościami niższymi i wyższymi, wypracowało racjonalne kategorie miłości i poświęcenia na rzecz innych; zachęcało do budowy społeczeństwa opartego na wzajemności i szacunku; zapobiegało poznawczej pysze i utracie zdrowego rozsądku.

Tak więc człowiek zapragnął stanu, w którym mógłby pozostać sam sobie panem, sterem i okrętem. Oparcie się wyłącznie na kartezjańskim ludzkim rozumie spowodowało, że pozostał on niepewny wobec bytu i absolutu, sam na sam z dylematami i kartami praw, które trzeba było wypełnić od początku. Odrzucił pewność wiary podpartej rozumem. Posypała się jego pewność co do zasadniczego konstruktu bytu, zbudzono potwora antagonizmu pomiędzy materią i ideą.
Łódź, którą płynęliśmy środkiem jeziora Genezaret, po tym gdy Chrystus uciszył burzę, rozchybotała się ponownie.

Mimo deklaracji, że emancypacja człowieka poprowadzi go do lepszej percepcji, „obowiązująca” prawda o absolucie, tak czy siak nieosiągalna dla człowieka poza sferą koncepcji i teorii, zależy odtąd często od tego, jaka właśnie panuje epoka, a wraz z nią filozoficzna moda. Bywa więc wybierana przez większość czy też silniejsze lobby.

 

Rozwód fide z ratio

 

Ostatecznymi nożycami, które przecięły związek wiary od racjonalizmem, był protestantyzm.

Luter miał, co rzecz jasna, jednoznaczny stosunek do Tomasza z Akwinu, ale i Arystotelesa, uważał za „niecne przedmurze papistów, oszczercę i komedianta”. Rozum traktował jako „szatańską zdzirę”, religię postrzegał jako wyodrębniony z rzeczywistości byt, kierujący się własnymi prawami („nie z tego świata”). To doprowadziło w dość krótkim czasie do wytworzenia się dysonansu pomiędzy światem poznawalnym, który podlegał racjonalnemu i empirycznemu badaniu, oraz pozaracjonalną, czysto fideistyczną religią. W sferze politycznej miało to swoje odzwierciedlenie w odseparowaniu funkcji państwa i religii chrześcijańskiej. Protestantyzm, zachowując wewnątrz siebie wąską teologiczną autonomię, pozostawał ugodowy i bierny w stosunku do świata zewnętrznego, co jednak szybko przekształciło się w pełną zależność od państwa. Religia luterańska została zdegradowana do roli podrzędnej sekty. Bywa że czasami podejmuje ona próby zerwania z takim stanem rzeczy, pragnąc swój status wynieść na poziom sekty państwowo-doradczej (jak np. w przypadku części współczesnego wspólnot amerykańskiego ewangelikalizmu). Są to najczęściej próby dość dziwaczne, gdyż zatomizowany Kościół protestancki nie ma odpowiednich do tego narzędzi w postaci pełnego depozytu wiary, magisterium i bogatego dorobku intelektualnego.

Pozbawiony rozumu protestantyzm przestał tym samym przejawiać w pełni cechy religii chrześcijańskiej, a marginalizacja „kościoła” reformatorów wytworzyła doskonałe środowisko do stopniowego eliminowania chrześcijańskiego filaru cywilizacyjnego na terenach, które obejmowała swoim bezpośrednim, czy pośrednim wpływem. Religia z wieku na wiek traciła swoje znaczenie jako racjonalnie uzasadniony autorytet etyczny i niezmienny wieczny wzorzec. Teizm szybko został zastąpiony deizmem, który bardziej pasował do obrazu emancypującego się człowieka, a potem nastąpiło coraz szybsze wypieranie Boga z przestrzeni intelektualnej przez panteizm, naturalizm, aż do czystego materializmu i ateizmu z jednej strony, lub pseudoplatońskiego idealizmu z drugiej.

Ponieważ protestantyzm postrzegał siebie jako religię wyzwolenia z pęt Watykanu, miłe mu były wszelkie formy tzw. wolnościowe. Przy czym wolności nie traktował od samego początku jako naturalnego przyrodzonego prawa, tylko jako literalny (w taki sposób w jaki traktował on strofy Biblii), rewolucyjny nakaz do kruszenia wszelkich kajdan. Nabrał on cech priorytetu, stał się swoistą nadcnotą. Paradoks tego rozumowania, polega na tym, że prawdziwa wolność jednostki – zwłaszcza w kwestii sumienia – często była przez protestantyzm gwałcona. Wskazują na to takie liczne przykłady, jak np. totalitarna, genewska wspólnota Kalwina czy prześladowanie katolików w Anglii, podczas i po rewolucji chwalebnej. Można to ująć w taki sposób, że luteranizm otwierał światu drogę do procesu wyzwalania się spod wpływu starych idei. Na pewno stał się on w tym czasie kolebką przyjazną dla wszelkich nowych prądów.

Jak mówi przysłowie: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, łono takich środowisk jak holenderska Republika Zjednoczonych Prowincji czy Anglia po chwalebnej rewolucji pozostawały otwarte dla wszelkiego rodzaju zuchwałych burzycieli trójnogiej budowli cywilizacyjnej. Byli to więc oprócz przeróżnych kacerzy i żydów (często też wyzwolonych ideologów, jak Spinoza), racjonaliści, panteiści, naturaliści, liberałowie, a nawet alchemicy, okultyści i zwykli hochsztaplerzy. Z jednej więc strony protestantyzm otworzył prawdziwą puszkę Pandory w postaci zalewu „wyzwalających” ideologii Oświecenia, z drugiej zaś dostarczył doskonałej pożywki dolewanej do bajor, w którym ta masa się kumulowała – stając na gruncie sekularyzacji i tolerancji światopoglądowej. W niedługim czasie z tej ideologicznej zupy wykluło się wiele nowych filozofii, czasami sprzecznych ze sobą, a dyskurs między nimi stopniowo zastąpił dyskurs z chrześcijaństwem, które to zostało sprowadzone do roli persona non grata, ciemnogrodu, nieuprawnionego dyskutanta bez prawa głosu, ze względu na zanegowanie przez tzw. mainstream scholastycznych podstaw intelektualnych, na korzyść czystego ludzkiego rozumu.

 

[...]

]]>
[email protected] (Wojciech Trojanowski) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 09:53:02 +0000
Globalny promotor zgorszenia https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4722-globalny-promotor-zgorszenia https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4722-globalny-promotor-zgorszenia Globalny promotor zgorszenia

Promocja homoseksualizmu i jego równouprawnienie na skalę globalną są wykorzystywane przez Stany Zjednoczone Ameryki do realizacji swoich strategicznych celów. Pod hasłami równości i godności hegemon działa wszystkimi dostępnymi narzędziami wpływu i nacisku.

 

Wola ludu a prawa homoseksualistów

Prawa mniejszości seksualnych uznawane są tam, gdzie panuje demokracja. W nie-demokracjach praktycznie nie istnieją. W liberalnej demokracji układ instytucji, oddzielenie mediów od władzy, odsunięcie kościołów od polityki, system prawny będący poza kontrolą społeczną, umożliwia sukces niewielkim grupom społecznym, nawet głęboko nieakceptowanym społecznie. Pod warunkiem, że posiadają wystarczające środki i poparcie, by przełamać obowiązujące tradycyjne poglądy.

Liberalna demokracja to cały zestaw reguł gry, które muszą przyjąć kraje przyłączane do Zachodu (jak Polska ponad ćwierć wieku temu). A oprócz wielu instytucji, które nie są przedmiotem niniejszego artykułu, jest także wiele spraw, które ani z wolą ludu, ani z demokracją nam się nie kojarzą. Na przykład prawa homoseksualistów do zawierania związków, które określa się jako „małżeńskie”. Także prawa do adopcji dzieci. Co to ma wspólnego z demokracją, jeśli społeczeństwo tego nie chce? Nic, ale jest niezbędnym składnikiem „liberalnej demokracji”, czyli ustroju obowiązującego na całym Zachodzie, a wkrótce – na całym świecie. Staraniom globalnego hegemona – Stanów Zjednoczonych Ameryki, by stało się to jak najszybciej, poświęcony jest ten artykuł.

 

Zwycięstwo u siebie

Jeszcze w latach 70. Sąd Najwyższy stanu Minnesota odmowę udzielenia ślubu gejowskiej parze uzasadniał tak: instytucja małżeństwa jest związkiem kobiety i mężczyzny i jest tak stara jak Księga Rodzaju. Wtedy sodomia była przestępstwem w prawie każdym amerykańskim stanie, homoseksualiści nie mogli pracować w szczególnie wrażliwych instytucjach, a zjawisko było określane jako zboczenie seksualne. Jednak 40 lat później Sąd Najwyższy uczynił związek homoseksualny konstytucyjnym prawem. Co się stało? Otóż całkowicie zmieniono opinię Amerykanów. Dzisiaj aż 60% Amerykanów przyznaje się do akceptacji takich związków, gdy 20 lat temu było to zaledwie 27%. To efekt działalności aktywistów gejowskich, potężnego lobby, zasilanego ogromnymi pieniędzmi.

Na początku drogi, gdy społeczeństwo negatywnie oceniało takie zachowania, próby przeprowadzenia zmian poprzez sądy nie dawały rezultatu. Orzeczenie sądu na Hawajach, który w 1996 r. uznał, że odmowa udzielenia małżeństwa przedstawicielom jednej płci nie służy dobru publicznemu, wywołało powszechną reakcję. Odzew Amerykanów był natychmiastowy – Kongres USA uchwalił „Ustawę o ochronie małżeństwa” (Defense of Marriage Act), która definiowała małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny i pozwalała nie uznawać związków zawartych w innych stanach. Jej intencją było odzwierciedlenie i uhonorowanie zbiorowej oceny moralnej, moralności publicznej i wyrażenie moralnego potępienia dla homoseksualizmu. Ustawa przeszła ogromną większością, uniemożliwiającą prezydenckie veto – poparło ją 342 przeciwko 65 członków Izby Reprezentantów i 84 ze stu senatorów. Prezydent Clinton podpisał ustawę, a na Hawajach przeprowadzono referendum, w którym 69% mieszkańców opowiedziało się za zakazem takich związków. Jeszcze tego samego roku konserwatywne organizacje religijne wprowadziły zakaz w 11 konstytucjach stanowych, a do 2012 r. decyzję taką podjęło 30 stanów. Głos ludu zwyciężył nawet w bardzo liberalnej Kalifornii. W 2008 r. ogłoszono tam referendum, w którym 52,2% Kalifornijczyków wypowiedziało się za wprowadzeniem do konstytucji stanu zapisu „Tylko małżeństwo między mężczyzną i kobietą jest ważne i uznawane w Kalifornii”.

Po porażce w najbardziej liberalnym stanie działacze gejowscy uznali, że nie wystarczą siły prawników i sędziów. Należy przekształcić opinię społeczną, a do tego potrzebni są aktywiści i pieniądze dla nich, by wpływać na polityków, media, a poprzez nie na Amerykanów. Konkurujące ze sobą organizacje homoseksualistów zawiązały niejawne porozumienie o dość obojętnej nazwie „Marriage Research Consortium”. Stąd właśnie wyszła fundamentalna zmiana – całkowicie odwrócono przekaz propagandowy, kończąc z argumentami korzyści, jakie odniesie społeczeństwo, a przekonując, że związki homoseksualistów nie chcą rozbić instytucji rodziny, chcą być takimi samymi rodzinami jak wszystkie. To był przełom, znaleziono klucz do umysłów przeciętnego Amerykanina: oni są normalni, są tacy sami jak my, dlaczego odmawiać im rodzinnego szczęścia? Taką tezę masowo przedstawiały media, Hollywood, wsparte prywatnymi funduszami masowe kampanie reklamowe. I to zadziałało! Publiczne poparcie dla równouprawnienia związków szybko rosło, a gdy przekroczyło 50%, w 2012 r. gejowskie lobby wygrało referenda w czterech kluczowych stanach, i to po 31 wcześniejszych porażkach. W następnym roku Sąd Najwyższy USA obala część zapisów „Ustawy o obronie małżeństwa”, a sądy stanowe jeden po drugim unieważniają zapisy konstytucji stanów, likwidując lokalne zakazy takich związków.

Tę technikę wyeksportowano w świat przy okazji referendum w Irlandii w 2015 r., gdy lokalnych aktywistów przeszkolono na trzydniowym kursie w Nowym Jorku, a pracowników czołowej amerykańskiej organizacji lobbistycznej „Freedom to Marry” wysłano za ocean. Homoseksualni lobbyści w Irlandii odnieśli ogromne zwycięstwo – 62% głosujących w katolickim kraju zagłosowało, by małżeństwem mógł być związek osób bez względu na płeć.

Jak widać, zaawansowane techniki manipulacji społeczną świadomością (uzupełnione oczywiście o pieniądze i media) potrafią zmienić wzorce myślenia. Świadczy to o wpływach, jakie mają homoseksualiści w świecie pieniądza, mediach i w polityce.

Sądowy przewrót

Ostateczne zwycięstwo w sprawie zakazu związków homoseksualnych nastąpiło 26 czerwca 2015 r. W sprawie Obergefell v. Hodges Sąd Najwyższy uznał takie związki za legalne w całych Stanach. Decyzja przeszła większością jednego głosu (5:4), gdzie „za” głosowali liberalni sędziowie, republikanie zaś byli przeciw.

W wymiarze prawnym była to interpretacja rozszerzająca zakres 14. poprawki do konstytucji, która zapewnia obywatelom równą ochronę prawną. Jednak politycznie był to konstytucyjny zamach stanu. Mówi o tym wprost w swym zdaniu odrębnym sędzia Antonin Scalia. Ten katolik i konserwatysta nazwał wyrok „sądowym puczem”, ostrzegając: ta decyzja Sądu zagraża amerykańskiej demokracji. Dzisiejsze orzeczenie pokazuje, że moim władcą, a także władcą 320 milionów Amerykanów od oceanu do oceanu, jest dziewięciu prawników Sądu Najwyższego. Nieważne bowiem, co postanowi Naród (w stanach, które zakazały związków homoseksualnych) (…) to wybrane spośród patrycjuszy, wysoce niereprezentatywne ciało dziewięciu osób narusza prawo jeszcze bardziej fundamentalne niż „nie ma podatków bez ustawy” – narusza zasadę „nie ma zmian społecznych bez ustawy”.

Sędzia John Roberts w zdaniu odrębnym pisał: Decyzja większości nie jest wyrokiem sądowym, ale aktem woli. Prawo, które ogłasza nie ma podstawy ani w Konstytucji, nie ma też precedensu. Za kogo my się uważamy? Popularny ewangelicki pastor Franklin Graham prosił Boga o oszczędzenie Ameryce swego gniewu, a, przytaczając fragment Księgi Rodzaju (2,24): Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem, przypominał sędziom, że to nie oni ustanowili małżeństwo, a sam Bóg.

Jednak dla lewicy zwycięstwo wciąż nie jest pełne, w USA wciąż nie ma prawa federalnego, zabraniającego dyskryminacji homoseksualistów. Prezydent nadrabia te braki poprzez rozporządzenia, nie mają one jednak takiej siły jak ustawy federalne. Dlatego wiceprezydent Biden w ONZ narzekał, że w ponad 30 stanach możesz rano wziąć ślub, a potem zostać wyrzuconym z pracy. Dla niego słowa z Deklaracji Niepodległości, że wszyscy ludzie są stworzeni równymi są tak ważne, że dyskryminacja z powodu orientacji seksualnej czy płci jest przekleństwem, zaprzeczeniem naszych podstawowych wartości.

Amerykański przykład pokazuje, jak potężna i antydemokratyczna jest władza sędziów w liberalnej demokracji. Sędziowie to grupa mędrców, którzy dowolnie mogą interpretować Konstytucję. Daje im to potężną władzę, mogącą dokonać rewolucyjnych zmian wbrew woli narodu.

 

Sojusznik Obama przekształca państwo

Barak Obama został ogłoszony przez „Newsweek” „pierwszym gejowskim prezydentem USA”. Środowisko LGBTI wysoko ceni obecnego prezydenta USA, gdyż nie tylko jako pierwszy nawiązał do praw homoseksualistów w inauguracyjnym przemówieniu, ale także wiele zrobił w kraju i za granicą, by te prawa promować. Za jego rządów dokonano ogromnego postępu – aparat państwowy światowego suwerena, najbardziej wpływowa dyplomacja świata, największa armia na kuli ziemskiej pracują już na pełnych obrotach na rzecz równouprawnienia gejów i lesbijek.

Najwyraźniej rzuca się w oczy zaangażowanie symboliczne. Z okazji wyroku Sądu Najwyższego Biały Dom oświetlony został w nocy w kolorach gejowskiego symbolu – tęczowej flagi. Biały Dom, Departament Stanu, pierwsza dama w mediach społecznościowych (na Twitterze, YouTube, Facebooku) – zmieniły wtedy swoje zdjęcia profilowe, eksponując kolory tęczy. Setki tysięcy zwolenników „polubiły” takie działania, a media nadały im odpowiednie nagłośnienie. Ale Waszyngton nie ogranicza się jedynie do słów i symbolicznych gestów. Gruntownie przekształcono administrację państwową, by pozycja mniejszości seksualnych była bezdyskusyjna.

We wszystkich instytucjach federalnych rozszerzono zasady zakazujące dyskryminacji pracowników. Do kategorii chronionych ustalonych jeszcze przez prezydenta Nixona, 20 lat temu rozszerzonych o preferencje seksualne przez Billa Clintona, obecny prezydent dodał „tożsamość płciową” (gender identity). Te zasady narzucono także przedsiębiorstwom, które obsługują administrację państwową, a nawet ich podwykonawcom. Dlatego coraz więcej korporacji przyjmuje wewnętrzne reguły, chroniące homoseksualistów. Administracja Obamy finansowo zasila pomoc medyczną dla osób chorych na AIDS, dzięki czemu mają ułatwiony dostęp do służby zdrowia, nawet gdy nie są ubezpieczeni. W agencjach pracujących za granicą, utworzono organizację gejów i lesbijek (Gays and Lesbians in Foreign Affairs Agencies), która jest czymś w rodzaju związku zawodowego. Corocznie organizuje „Dzień Dumy Gejów i Lesbijek”, urządzany przez Departament Stanu z udziałem jego szefów.

Ostrej homoseksualnej transformacji została przede wszystkim poddana amerykańska armia. Już w 1994 r. przyjęto zasadę „nie mów, nie pytaj”, dyskretnie umożliwiającą homoseksualistom służbę. Dopóki nie eksponowano nietradycyjnych skłonności seksualnych – nie karano za nie. Jednak był to tylko niezbędny dla tak konserwatywnej instytucji okres przejściowy. W 2011 r. wkroczył sąd i uznał zakaz ujawniania się za niezgodny z Konstytucją. Prezydent Obama powiedział wtedy: Nasze wojsko nie będzie już dłużej pozbawione talentów i umiejętności patriotów amerykańskich tylko dlatego, że są akurat gejami czy lesbijkami.

Dowództwo sił zbrojnych rozpoczęło przekształcanie reguł wewnętrznych, by odmienne preferencje wkomponować w prace armii – siły zbrojne wprowadziły obchody homoseksualnych świąt, jak np. „Miesiąca Dumy LGBT”. Wtedy budynki rządowe, wojskowe i uczelnie oświetlane są w kolorach tęczy, a ściany pokrywają plakaty z radośnie obejmującymi się parami gejowskimi i lesbijkami. Ostentacyjnie w uroczystościach gejowskich wojska brał udział poczet sztandarowy ze „Stars and Stripes” i sztandarami różnych rodzajów sił zbrojnych. Przy takim nacisku na promowanie zasady „oni są tacy sami jak my”, zaczęły się mnożyć „ujawnienia” (coming-out), czyli ogłaszanie publiczne swoich skłonności seksualnych, powstają coraz nowe kluby gejowskie w armii i uczelniach wojskowych. Jak wiadomo, zakaz dyskryminacji jakiejś grupy jest w rzeczywistości nadaniem tej grupie specjalnych przywilejów, swojego rodzaju „nietykalności”, i zachęcaniem innych, by do takiego uprzywilejowanego klubu wstępowali.

Rozpoczęła się wspinaczka gejów po szczeblach kariery Pentagonu. Już rok po uchyleniu ograniczeń pani generał Tammy Smith – jawna lesbijka, otrzymała gwiazdkę generalską, którą wręczył (wręczyła) jej „żona” (mąż?) – pani Tracey Hepner. Wcześniejsza dyskryminacja wobec takiej pary polegała na tym, że nie mogły one publicznie demonstrować swoich skłonności. Dzisiaj już może, a nawet powinna. Gdyż jak twierdzi Eric Fanning, który w maju 2016 r. jako pierwszy jawnie przyznający się do homoseksualizmu został ministrem dowodzącym armią lądowa: Nasi krytycy mówią, że armia to nie miejsce na społeczne eksperymenty. Może mają rację, ale to nie eksperymenty – to są amerykańskie wartości. Śladem wartości sojusznika idzie już armia brytyjska, radośnie maszerująca przez Londyn z okazji „dnia homoseksualnej dumy”.

 

Zacofany świat i fala postępu

Przekształcenie państwa, dyplomacji, w końcu armii jest koniecznością, gdy chce się nieść kaganek postępu w świat, który niestety opiera się i broni przed postępem alla Americana. Związki jednopłciowe są ścigane prawnie w prawie 80 państwach świata, a w siedmiu z nich – zagrożone są karą śmierci.

 

LGBT HRW Criminalization Map 042315

Najwyższy poziom postępu, czyli pełne zrównanie związków homoseksualnych z małżeństwem osiągnięto, jak widać na mapie świata – głównie w basenie Atlantyku. Cała Ameryka Północna, większość krajów Południowej Ameryki, kilka krajów Europy (W. Brytania, Francja, Hiszpania, Beneluks, kraje skandynawskie). Poza tym Republika Południowej Afryki i Nowa Zelandia. Jednym słowem, liberalne demokracje Zachodu.

Na drugim stopniu w hierarchii homoseksualnego postępu stoją kraje, które dopuszczają takie związki i gwarantują im różne stopnie równouprawnienia z normalnymi rodzinami. To przede wszystkim środkowa część Europy od Niemiec aż po Włochy, a także Izrael i Australia. Jeśli chce się należeć do „zachodniej wspólnoty wartości”, to absolutnie niezbędne jest przyjęcie praw antydyskryminacyjnych, które zakazują różnicowania wg preferencji seksualnych.

Fala postępu nabrała rozmachu w ostatnich latach – coraz więcej państw zrównuje prawa mniejszości seksualnych z tradycyjnymi prawami rodzin. W awangardzie postępu jako pierwsza zaistniała Holandia, która już w 2000 roku przyjęła prawo zezwalające na takie związki, później Belgia (2003), Hiszpania (2005), Szwecja i Norwegia (2009). Dzisiaj grupa ta obejmuje 23 państwa.

Prawa te wprowadzane są w różny sposób, najczęściej przez parlamenty. Tak było w Grenlandii i Finlandii (2015), Nowej Zelandii, Urugwaju (2013). W Danii przyjęto je w 2012 r. (choć już od 1989 r. takie związki mogły się rejestrować). Koronowane głowy także ustępują pod naporem liberalnej nowoczesności. W lipcu 2013 Elżbieta II wyraziła swoją „królewską zgodę” na przepisy uchwalone dla Anglii i Walii przez parlament, a rok później przyjęła je także Szkocja. W niektórych krajach przeprowadza się ogólne referendum, takie jak w Irlandii, gdzie choć część Kościoła katolickiego się sprzeciwiała, to Diarmuid Martin, arcybiskup Dublina, ogłosił, że nie będzie swoich poglądów religijnych wciskał innym do gardła.

Jeśli politycy czy naród wciąż nie dojrzali do rewolucji społecznej, pozostaje droga przez sądy. Jak w Afryce Południowej, która nie chciała przystąpić do awangardy postępu, ale pomógł jej w tym Sąd Konstytucyjny, wykorzystując stworzoną pod dyktando Zachodu konstytucję. Parlament po takim orzeczeniu wprowadził jednak klauzulę sumienia dla wspólnot religijnych i urzędników państwowych, dzięki czemu równouprawnienie nie obejmuje plemienia Zulusów, gdyż ich król uznaje homoseksualizm za grzech.

W Hiszpanii, kraju katolickim, gdzie wprowadzono podobne prawo w 2005 r., podziały były bardzo ostre, manifestacje zaś zwolenników i przeciwników – ogromne, Kościół katolicki zdecydowanie protestował. W parlamencie wprowadzono jednopłciowe związki minimalną większością, a Trybunał Konstytucyjny nie pozwolił ich zmienić, odrzucając wszystkie protesty i zakazując sądom niższej rangi przeprowadzania rozpraw.

Rolę sędziów w obalaniu tradycyjnych wartości dobrze ilustruje Meksyk. Niektóre regiony (jak np. Mexico City) uznały prawa gejów, natomiast inne nie. Sąd Najwyższy dwukrotnie (2010 i 2015 r.) rozszerzał prawa, uznając te związki za obowiązujące w całym kraju. Ostatni sukces sądów to Kolumbia, którą Sąd Konstytucyjny w kwietniu 2016 r. wprowadził do grona liderów postępu.

W części krajów, których system polityczny jest na tyle otwarty, że umożliwia penetrację przez Zachód, przyjmuje się środki obronne. W Rosji, na Litwie, a także w Kazachstanie przyjęto ustawy, które zabraniają promowania nietradycyjnych zachowań w przestrzeni publicznej.

 

Coraz bardziej tęczowa promocja demokracji

Prezydent Obama we wrześniu 2011 r. na Sesji Generalnej ONZ ogłosił globalną „walkę o prawa gejów i lesbijek, wszędzie!”. Jednocześnie wydał instrukcję dla administracji, dyplomacji, wszystkich agencji, by chroniły prawa osób LGBT. Homoseksualiści w całej swej globalnej palecie barw tęczy mogą świętować sukces, każdy członek uciśnionych seksualnych mniejszości może się czuć objęty ochroną rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki. W grudniu w Genewie wszystkim członkom ONZ Hillary Clinton dobitnie wyjaśniła: Prawa gejów to prawa człowieka, a prawa człowieka to prawa gejów.

Stany Zjednoczone zajmują się szerzeniem demokracji na skalę globalną już od I wojny światowej. I to niezależnie, czy rządzą demokraci, czy republikanie. Nie jest to bowiem wynalazek amerykańskiej lewicy, ale fundamentalna metoda amerykańskiej dominacji nad światem. George W. Bush po inwazji na Irak stwierdzał: Polityką USA jest poszukiwanie i popieranie ruchów demokratycznych i instytucji w każdym narodzie i kulturze, w celu ostatecznego skończenia z tyranią na świecie. Jego sekretarz stanu – Condoleezza Rice, rozwijała tę tezę: Będziemy szerzyli wolność i demokrację na całym świecie. To jest globalna misja, którą prezydent Busha postawił przed Ameryką, i wielka misja dzisiejszej amerykańskiej dyplomacji.

W realizacji tej misji Ameryka stosuje cały szereg środków – politycznych, dyplomatycznych, gospodarczych. Podstawowe zadanie to piętnowanie przypadków naruszania praw człowieka, wspieranie organizacji, które walczą z tyranami na wszystkich szczeblach – od Białego Domu do poziomu ambasad. Używa do tego pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla krajów rozwijających się, naciska na sojuszników, by przyłączali się i finansowali prace, a z drugiej strony stosuje sankcje gospodarcze wobec państw nieprzestrzegających narzuconych wymogów. Zaangażowano ogromną liczbę amerykańskich instytucji rządowych oraz organizacji pozarządowych (NGO – nongovernmental organizations). Początkowo wysiłki administracji amerykańskiej były rozproszone, zadania zlecano wielu instytucjom rządowym, jednak teraz zadania zostały uporządkowane i zintegrowane. Dzięki temu USA skuteczniej naciskają na rządy, wspierają inicjatywy lokalne, zarządzają działalnością NGO.

Stany aktywnie promują prawa gejów na forum międzynarodowych organizacji. Najważniejsza z nich to Organizacja Narodów Zjednoczonych, gdzie trwa walka o definicję praw człowieka. USA i państwa Zachodu (w tym katolicka Polska) obstają przy uniwersalistycznej interpretacji, włączającej prawa homoseksualistów. Kraje takie jak Chiny, Rosja i praktycznie wszystkie nie-zachodnie państwa popierają interpretację, która dostosowuje pojęcie praw człowieka do kontekstu społeczno-kulturowego. Przegrywają one, gdyż głos Zachodu jest dominujący, a zasada uniwersalności praw człowieka umożliwia narzucanie wszystkim krajom jednego wzorca kulturowego, wykutego na Zachodzie.

Na tym forum Waszyngton organizuje różne inicjatywy i tworzą instytucje, specjalizujące się w sprawach mniejszości seksualnych (jak np. „U.N.’s LGBT Core Group”). Dzięki amerykańskim staraniom, wprowadzono do Rady Praw Człowieka ONZ pierwszego doradcę ds. orientacji seksualnej i gender.

 

Tęczowe ambasady i specjalny wysłannik

Bezpośrednio zaszczepianiem demokracji w innych państw zajmuje się Departament Stanu, czyli amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych. Jest w nim powołany specjalny departament demokracji, praw człowieka i pracy (Bureau for Democracy, Human Rights and Labor), który działa już od lat 90. Szefem tego biura jest Tom Malinowski, który wcześniej przez kilkanaście lat pracował w Human Rights Watch (wielkiej niezależnej organizacji pozarządowej). Jednym z jego zastępców jest Michael Kozak, więc można powiedzieć, że jesteśmy w swojskim towarzystwie. Zarządza ono organizacjami, działającymi na skalę globalną (United Nations Democracy Fund) czy regionalną (Broader Middle East and North Africa Infinitive’s Forum), prowadzi specjalny fundusz Global Equality Fund (GEF), do którego „zapraszani” są sojusznicy w walce o demokrację. Oni także muszą płacić na walkę na froncie wojny kulturowej. W funduszu to Chile i Urugwaj mogą zaistnieć jako donatorzy obok Niemiec, Francji czy Szwecji, pomagając $24 milionami dolarów organizacjom homoseksualnym w ponad 50 krajach. Ameryka zobowiązuje swoich sojuszników do usilnej pracy również u siebie. Najpierw trzeba zmienić nastawienia społeczne, i to na forum ONZ solennie obiecuje pani premier Norwegii, Erna Solberg, a pani prezydent Chile, Michelle Bachelet, przygotowuje ustawę o równouprawnieniu związków homoseksualnych z małżeństwami.

 

Ambasady amerykańskie stały się narzędziem bezpośredniej promocji homoseksualizmu. W czerwcu, Miesiącu Gejowskiej Dumy, odbywają się imprezy na całym świecie, które ambasady aktywnie wspierają, uczestnicząc w paradach, wywieszając tęczową flagę obok amerykańskiej. W 2011 r. ambasada USA w Pakistanie urządziła przyjęcie, „święto dumy homoseksualnej”, dla własnych pracowników, dyplomatów i lokalnych działaczy. Jednak pogorszyło to stosunki z władzami, a ze strony polityków padły oskarżenia, że poparcie i protekcja ze strony USA to najgorszy społeczny i kulturowy terroryzm wobec Pakistanu.

W 2013 r. na stanowiska ambasadorów zaczęto wysyłać zadeklarowanych homoseksualistów. Mianowano pięciu w krajach zachodnich, co nie wywołało sprzeciwu, i jednego w katolickiej Dominikanie. James “Wally” Brewster ze swoją żoną (mężem?) Bobem Satawake, wywoływali tam oburzenie, nawet ambasada Watykanu nie chciała ich razem zaprosić. Jednak gdy inne zachodnie państwa zagroziły bojkotem, Watykan ustąpił i gejowska para brylowała na przyjęciach państwa kościelnego.

Aby globalnym staraniom nadać odpowiedni priorytet, w kwietniu 2015 r. nominowano specjalnego wysłannika Departamentu Stanu do spraw mniejszości seksualnych – pierwszego na świecie dyplomatę o takiej specjalizacji. Został nim Randy Berry, ojciec dwojga dzieci, który robiąc „coming out”, zrobił ogromną karierę. Kilka lat wcześniej takie wyznanie, którego nie można było zataić przy „przeglądzie bezpieczeństwa”, skończyłoby się pożegnaniem z dyplomacją. Ale to już nie te czasy, teraz społeczności, korporacje i kultury kwitną, gdy realizują wartość różnorodności – twierdzi Randy.

Sekretarz Stanu John Kerry, mianując go, stwierdził, że jest to strategiczna konieczność, gdyż większa ochrona praw człowieka to większa stabilizacja i dobrobyt. Co charakterystyczne, republikańscy politycy nie chcieli komentować tego wydarzenia, choć liberalna prasa naśmiewała się z nich, że w tych sprawach byli zwykle bardzo wymowni.

Pełnomocnik jest globalnym apostołem nietradycyjnych orientacji seksualnych, dociera do różnych zakątków świata (w ciągu roku odwiedził 42 kraje), znajduje tam osoby, które z powodu swoich preferencji seksualnych nie są akceptowane społecznie, i wspiera je pieniędzmi, siłą amerykańskiej dyplomacji, chroni przed „represjami” i „wykluczeniem”. Zachęca też do „ujawniania się”, co ma oswajać społeczeństwo z homoseksualizmem jako „czymś normalnym”. Stąd coraz powszechniejsze „coming-outy” kolejnych polityków, artystów, osób publicznych. Media szeroko je nagłaśniają i mechanizm ten świetnie działa, gdyż odwołuje się do czułych strun w sercu człowieka, przyczyniając się do licznych konwersji i cudownych nawróceń na nowe seksualne skłonności. Berry opowiada publicznie historyjkę o pewnym szefie rządu (bez nazwiska rzecz jasna), który po usłyszeniu historii o ujawnieniu się pewnej lesbijki, zmienił swoje poglądy. Te ludzkie historie, osobiste dramaty, wciąż się powtarzają i są siłą co dzień zmieniająca ludzkie poglądy – zachwyca się wysłannik.

Jednak ta globalna promocja zgorszenia w bardziej konserwatywnych krajach raczej tworzy nowych męczenników niż przekształca opinię społeczną. Namawiając homoseksualistów do „większej widoczności”, Berry wie doskonale, do czego to prowadzi. Sam przyznaje, że ujawnienie się jest najważniejszą decyzją w życiu, która w wielu krajach świata prowadzi do agresji, a nawet daleko poważniejszych konsekwencji, nawet do egzekucji. Takie zachowanie wywołuje nasz szacunek i pomoc.

Amerykanie doskonale wiedzą, że w ten sposób prowokują radykałów do ekstremalnych zachowań. W Afryce tęczowa ofensywa amerykańska związana jest z „pomocą humanitarną”, dlatego chcąc zapobiec „promocji praw homoseksualistów”, w Ugandzie, Kenii, Nigerii, Liberii i Kamerunie wprowadzono karę śmierci za sodomię. Rauda Morcos, palestyńska działaczka lesbijska nazwała politykę amerykańską podejściem kolonialnym, które nie pomaga lokalnym społecznościom, wręcz pogarsza ich sytuację. Katolicki biskup Nigerii, Emmanuel Badejo określa to jako „imperializm kulturowy”. Jednak Waszyngton nie zaprzestaje swojej polityki, co stawia pod dużym znakiem zapytania szczerość jego intencji. Głoszone idee to godność i równość dla wszystkich, ale realnie kreuje się kolejne konflikty i cierpienia.

 

Brudne pieniądze pomocowe

Najważniejszym narzędziem globalnego wpływu jest agencja pomocy rozwojowej USAID. W swojej misji – „LGBT Vision for Action” – zobowiązuje się rozpowszechniać wolność i bezpieczeństwo ludzi o odmiennych preferencjach seksualnych na całym świecie. Słowo „pomoc” należy jednak wziąć w duży cudzysłów – środki oferowane przez USAID są uwarunkowane tak gospodarczo – pożyczki muszą być przeznaczone wyłącznie na zakup amerykańskich produktów, jak i politycznie – wymaga się dostosowania do amerykańskich standardów, obowiązujących wobec LGBT.

Schemat działania jest podobny: przeprowadza się badania sytuacji w jakimś kraju, z których wynika, że „mniejszości seksualne LBGT cierpią upokorzenia, są dyskryminowane”, ich preferencje seksualne są „stygmatyzowane”. Wtedy przystępuje się do działania, obejmującego szeroki wachlarz spraw: rodzinę (prawa do związków jednopłciowych), prawa pracy (by usunąć wszelkie nierówności, zakazy), ochronę zdrowia i edukację. Dzisiaj Agencja wydaje na te cele ponad miliard dolarów rocznie. Wspólny ze Szwecją program „LGBT Global Development Partnership” operuje dziesiątkami milionów dolarów rocznie, buduje (często od zera) lokalne organizacje aktywistów homoseksualnych, zapewniając im opiekę zdrowotną, wspierają ofiary przemocy, przeprowadza szkolenia i treningi (np. budowanie organizacji, wpływających na władze i instytucje kraju, w którym działają, posługiwanie się mediami do swoich celów). Korporacje płacą pieniądze, jeśli chcą korzystać z państwowej promocji biznesu. Pieniądze te z kolei wspierają fundacje, NGO, uniwersytety, a także małe przedsiębiorstwa, prowadzone przez przedstawicieli mniejszości seksualnych. Na celownik brane są także media, by nie były niechętne homoseksualizmowi, rządy i parlamenty, by zmieniały prawo.

Walka o prawa gejów nie omija także najważniejszych globalnych organizacji finansowych. Bank Światowy, w którym decydującą rolę gra Waszyngton, jest obok ONZ najważniejszym narzędziem globalnego wpływu. W zamian za pożyczki (określane jako „pomoc”) może zmusić do przyjęcia niekorzystnych warunków politycznych, a wśród nich uznania praw homoseksualistów. I potrafi je realnie egzekwować. Gdy Uganda wprowadziła radykalne prawo antygejowskie, Waszyngton odwołał wspólne manewry wojskowe, przerwał pomoc humanitarną i zastosował zakazy wjazdu do Stanów. W ślad za nim poszło kilka krajów zachodnich i Bank Światowy, który odciął pomoc dla szpitali, skazując chorych na brak leków i środków medycznych.

Bank uzasadnia swoją aktywność korzyściami ekonomicznymi, potrafi nawet wyliczyć, jak kosztowna dla gospodarki jest homofobia. Dla Indii wyliczono, że jest to między 0,1% a 1,7% PKB. Tak duży (i dyskredytujący badania) rozrzut szacunków bierze się z oceny, ilu homoseksualistów liczy populacja. BŚ wyliczył, że jest to między 0,6% a 3,8% siły roboczej. Ten wyższy szacunek oznaczałby, że wśród 450 milionów pracowników jest 17 milionów gejów i lesbijek. To szacunki wzięte z powietrza, jak i założenie, że przyznanie praw dałoby im wszystkim pracę, dodatkowe dochody i wzrost PKB. Bank na takich podstawach ogłasza: globalne zyski są jasne: średnio każde prawo przyznane osobom LGBTI oznacza wzrost PKB na mieszkańca o 300 dolarów. Jak to możliwe? Urugwaj, światowy lider praw homoseksualistów, wylicza, że dzięki liberalnym prawom rocznie przyjeżdża do nich 250 tysięcy turystów spragnionych nietradycyjnej miłości. Jasne więc, dlaczego rośnie PKB.

Jak wygląda działalność instytucji finansowych w krajach aspirujących do włączenia się do Zachodu, możemy na żywo obserwować na Ukrainie. Widać całą paletę działań wobec kraju, którego społeczeństwo, a nawet elity rządzące są głęboko przeciwne takim „nowościom” obyczajowym. Wtedy uzależnia się udzielenie pożyczki, a nawet przelew środków udzielonego już kredytu, od wprowadzenia „równego traktowania”. Określa się to fachowo jako conditionality, a mówiąc wprost, jest to zwykły szantaż wobec kraju, któremu grozi bankructwo. Pod tym naciskiem w 2015 r. Ukraińcy ugięli się, przyjmując prawo, na podstawie którego parady dumy gejowskiej to konieczność, chociaż wywołują powszechne bijatyki i mobilizują radykałów. Pieniądze Zachodu, szczególnie z „funduszy pomocowych” to klej spajający elity kolonii z centralą. Rzadko zdarza się ktoś tak oporny jak Robert Mugabe, prezydent Zimbabwe, określający pożyczki uwarunkowane politycznie jako „brudne pieniądze pomocowe” i odmawiający ich przyjęcia.

 

Tęczowe obywatelskie społeczeństwo

Organizacje pozarządowe (NGO) to podstawowe oddziały w walce o demokrację, które prezydent Obama wynosi na piedestał demokracji, ex-cathedra potępiając państwa, które ograniczają ich działalność (m.in. Węgry Viktora Orbana). NGO finansowane są z Ameryki przez instytucje państwowe, quasi-państwowe lub prywatne (jak fundusze Sorosa), nic więc dziwnego, że prezydent mówi: przeciwstawianie się represjom poza swoimi granicami, promowanie otwartego społeczeństwa za granicą leży w amerykańskim interesie.

Waszyngton bezpośrednio kieruje działaniami NGO, zachęcając wolontariuszy do aktywności w dziedzinach, którymi jest zainteresowany. Koszty takiego narzędzia politycznego są niskie, a rezultaty imponujące (patrząc choćby na przejęcie kontroli nad Ukrainą). Współpraca zaczyna się od ustalania przez Departament Stanu czy raczej Radę Bezpieczeństwa Narodowego celów działania, później przychodzi faza finansowania konkretnych zadań, na koniec nagradza się najlepszych. Funduje się „liderom zmian społecznych” stypendia w Stanach, gdzie w nagrodę przebywają nawet po kilkanaście miesięcy, szkoląc się na uczelniach amerykańskich, z których wiele specjalizuje się w „dyplomacji obywatelskiej”. Działaczom LGBT współpracującym z Departamentem Stanu okazuje się uznanie i nagradza. W 2014 r. Sekretarz Stanu John Kerry osobiście dziękował rosyjskiej działaczce lesbijskiej Mashy Gessen, która, jak mówił sprawia wiele kłopotów Moskwie, ale tu w Stanach, wiemy, że jest wspaniałą osobą i czujemy się uhonorowani jej obecnością u nas.

W wielu organizacjach pracują byli lub przyszli politycy i urzędnicy amerykańscy, którzy zmieniają stanowiska w administracji państwowej na instytucje niezależne i obywatelskie, jednak cele ich działań się nie zmieniają. Promocja demokracji jest bowiem kluczowym strategicznym celem amerykańskiego państwa. I to celem podporządkowanym bezpieczeństwu narodowemu. Mówią o tym kolejne raporty i dyrektywy Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To ten organ państwowy jest najważniejszy przy analizach, wyznaczaniu priorytetów (w których krajach promować demokrację – np. Rosja czy Białoruś – a gdzie się od tego wstrzymywać – np. Arabia Saudyjska) i strategii ich realizacji. Decyduje również o budżecie i koordynacji działań.

Ben Rhodes, fachowiec od bezpieczeństwa narodowego, przekonuje działaczy NGO z całego świata: nasze wsparcie dla społeczeństwa obywatelskiego jest fundamentalne dla narodowych interesów, dla których pracujemy każdego dnia. Doktryna bezpieczeństwa narodowego w USA zawiera nie tylko sprawy tak oczywiste jak obrona kraju i systemu rządów, ale także rozwój, wspieranie, promocję globalnych interesów Stanów Zjednoczonych.

Osoby walczące o tak szczytne cele trzeba zabezpieczyć przed represjami, a oprócz interwencji dyplomatów w sprawach zagrożonych działaczy najskuteczniejsze są pieniądze. Waszyngton utworzył w 2011 r. specjalny fundusz, gwarantujący aktywistom w kłopotach bezpieczeństwo finansowe, o nazwie „Koło ratunkowe – Fundusz pomocy dla NGO w potrzebie” (Lifeline: Embattled CSOs Assistance Fund), wysokości kilku milionów dolarów, na który złożyły się także Czechy, Estonia, Litwa czy Norwegia. Dzięki tym pieniądzom ratunkową pomocą objęto przez ostatnie lata 879 organizacji w 97 krajach.

Organizacje NGO działają bezpośrednio na polu walki. W wielu krajach rozpoczynają od fundamentów budowanie lokalnego ruchu homoseksualistów. Poszukuje się osób i grup chętnych do udziału w takich zmaganiach, a znalazłszy nawet pojedyncze osoby, niekoniecznie nawet o odmiennej, nietradycyjnej orientacji seksualnej, otwiera się lokalne oddziały, tworząc ośrodki komunikacji i rozpowszechniania informacji, rozpoczynając lobbing wśród polityków, naciskając na tworzenie instytucji, takich jak rzecznik praw obywatelskich. Z takich dni jak „Parada gejowskiej dumy” czy „Międzynarodowy Dzień walki z homofobia, transfobią i bifobią” (gdyby ktoś nie wiedział, obchodzi się 17 maja) – czyni się święta, i to z udziałem ważnych polityków, wysokich urzędników czy ambasadorów obcych państw. Zachodnie NGO pozostają adwokatem młodych ruchów gejowskich za granicą, zapewniając im wsparcie postępowej opinii publicznej Zachodu. Po kilku latach pracy – slaby jeszcze, ale podhodowany nowy ruch zaczyna samoistne życie, choć na ciągłym zasilaniu, nagłaśnianiu i pod kuratelą „starszego brata” z Zachodu.

Kuratela ta polega także na wystawianiu cenzurek. Jedna z najbardziej znanych organizacji – Freedom House, nazywa się „niezależną” i „pozarządową”, choć jest finansowana głównie z amerykańskich źródeł rządowych. Uważa się za „katalizator” zmian demokratycznych w świecie, przyznając wprost, że walczy o przywództwo USA w pełnej wigoru opozycji wobec dyktatorów i opresji. Organizacja zbiera informacje na temat praw i wolności człowieka z całego świata. Co roku przygotowuje raporty o wszystkich krajach, przyznaje im rankingi „demokratyzacji”, które są rozpowszechniane w mediach. Prowadzi się także negatywne kampanie przeciwko tym państwom, którzy zaniedbują się we wdrażaniu demokracji.

Interesy jako wartości

Rozpowszechnianie amerykańskich wartości na świecie służy interesom USA. Jak to świetnie ujął John McCain: Dla Ameryki nasze interesy są naszymi wartościami, a nasze wartości są naszymi interesami.

 Globalne starcie Ameryki w obronie seksualnie uciśnionych pod sztandarami praw człowieka, godności i równego traktowania to próba postawienia się w roli moralnego przywódcy świata. Stany Zjednoczone po inwazji na Irak, Guantanamo, globalnej wojnie z terrorem mają problem wizerunkowy, co utrudnia osiąganie własnych interesów gospodarczych i politycznych bez użycia siły militarnej. Dlatego Obama próbuje odzyskać pozycję USA jako moralnego kompasu światowej społeczności. Kraje „moralne” mogą przecież wywoływać wojny czy bombardować inne państwa. Któż ośmieliłby się je potępić?

 

 

Andrzej Szcześniak

]]>
[email protected] (Andrzej Szczęśniak) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 09:42:46 +0000
Homoseksualistom nie zależy na ?miłości? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4721-homoseksualistom-nie-zalezy-na-milosci https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4721-homoseksualistom-nie-zalezy-na-milosci Homoseksualistom nie zależy na ?miłości?

„Homofob w Polsce” głosił pełen miłości – nagłówek mainstreamowej gazety, którym został przywitany dr Paul Cameron podczas jego kolejnej wizyty w naszym kraju w październiku tego roku. Miłość lewicowej redakcji Adama Michnika wydaje się być tak wysokiej próby, jak uczucia homoseksualne, z charakterem których zderzył się naukowiec w swoich badaniach.

Wrocławskie spotkanie z doktorem Cameronem, odbyło się 13 października br. patronowała mu Opcja na Prawo.

Paul Cameron określa homoseksualizm uzależnieniem podobnym do narkotyków, z którego niewielu udaje się wydobyć. Z homoseksualizmu leczy się z powodzeniem ok. 20% podejmujących taką walkę. Lepiej więc zapobiegać homoseksualizmowi niż leczyć skutki jego rozpowszechniania się w społeczeństwie.

Czy homoseksualizm się rozpowszechnia?

Według tezy będącej w powszechnym obiegu homoseksualiści tacy się urodzili. Nawet w środowiskach naukowych utrzymuje się narrację, że orientację i upodobania seksualne nabywa się we wczesnych latach życia, że nie da się i nie powinno się nawet tego próbować zmienić.

Naukowiec jednak wskazuje, że już w starożytności możemy znaleźć ostrzeżenia przed rozpowszechnianiem się homoseksualizmu. Didache napisane ok. 150 r. n.e. wyraźnie nakazuje: „nie będziecie deprawować swoich chłopców”, a więc byli dorośli mężczyźni, który przenosili swój styl życia na młode pokolenie.

Arystofanes na długo przed Chrystusem odnosił się do takich tendencji wśród Greków.

Temu, że homoseksualizm jest nabywany wyłącznie genetycznie, zaprzeczają też sami przedstawiciele środowisk homoseksualnych, strasząc na swoich internetowych stronach czy podczas swoich gejowskich parad, że „idą po nasze dzieci”… Skoro tak, widać, zauważają, że mechanizm pozyskiwania nowych konsumentów homoseksualnego stylu życia podlega marketingowym regułom.

 

 WOT4000aaaaa

Sześć lat po wybuchu epidemii HIV i fakcie przekazania przez rząd amerykański organizacjom gejowskim ogromnych pieniędzy na ograniczenie epidemii, w bostońskiej gazecie środowiska homoseksualnego (a Boston jest siedzibą największego uniwersytetu technologicznego na świecie Massachusetts Institute of Technology) opublikowano oświadczenie, w którym czołowy działacz stwierdził, że choć teraz homoseksualiści umierają, to i tak „dorwą waszych synów”.

Będziemy sodomizować waszych synów, godła waszej wątłej męskości, waszych płytkich marzeń i wulgarnych kłamstw. Będziemy uwodzić ich w salach, akademikach, salach gimnastycznych, w szatniach, na stadionach, w seminariach, grupach młodzieżowych, kinowych toaletach, w wojskowych barakach, na postojach ciężarówek, w męskich klubach, w izbach parlamentu, wszędzie, gdzie mężczyźni przebywają z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi sługami i będą wypełniać nasze rozkazy. Będą przekształceni na nasz obraz. Będą nas pożądać i adorować.

„Boston Gay Community News”, 15-21 lutego 1987

Homoseksualistom nie zależy na „miłości”, ale na rozpowszechnianiu swojego stylu życia i wciąganiu do swojego środowiska młodzieży.

Dr Cameron słusznie podkreśla, że homoseksualna kampania propagandowa jest silnie emocjonalna, pozbawiona racjonalizmu i kontaktu z rzeczywistością. Pod obrazy wywołujące w zwykłym człowieku uzasadnione współczucie podkładane są treści mające się odwoływać do tych samych emocji. Emocjonalna ocena relacji homoseksualnych musi zakryć rzeczywistość, a ta jawi się mało ciekawie. Homoseksualizmowi nadaje się wrażliwą, ciepłą i miłosną twarz, w rzeczywistości jest brutalny i brudny.

Żadne państwo świecie, nie znalazło skutecznej metody powstrzymania epidemii HIV, wśród homoseksualnych mężczyzn – naukowiec cytuje wypowiedź szefa chińskiego programu prewencji AIDS i wydany ostatnio przez ChRL raport (właśnie mija 35. rocznica początku epidemii AIDS). Homoseksualizm konserwuje epidemię, w środowiskach heteresoeksualnych odnotowuje się spadek zachorowań. Skuteczna kampania wśród prostytutek czy par heteroseksulnych powstrzymała rozwój choroby. Inaczej jednak jest w środowisku gejowskim.

W nawiązaniu do stwierdzenia dr. Camerona możemy przeczytać raport informujący o drastycznym wzroście zachorowań na AIDS w Polsce, wydany w 2015 roku przez NIK. Raport powstał w oparciu o analizę Krajowego Programu Zapobiegania Zakażeniom HIV i Zwalczania AIDS, koordynowanego przez Krajowe Centrum ds. AIDS. Z danych epidemiologicznych wynika, że co roku przybywa 13 proc. nowych zakażonych wirusem HIV, a wirus rozprzestrzenia się głównie w grupie młodych i dojrzałych mężczyzn, około 90 proc. zakażonych to mężczyźni w wieku 20-49 lat. Na bazie badań rozwoju AIDS szacowano dotychczas zasięg środowiska gejowskiego.

Przyczyną jest wg Camerona struktura psychologicznego uzależnienia od homoseksualizmu, podobna do narkotykowej. Uzależniony bez skrupułów moralnych podąża za swoim nałogiem. Podobnie do narkomana, musi pociągnąć za sobą na dno cały świat. Narkoman potrafi okraść własną matkę, a homoseksualista zarazić swoich „kochanków” i wciągnąć w proceder młodych chłopców, nawet dzieci. Jednak wśród narkomanów kampania „czystych strzykawek” poskutkowała, ograniczając AIDS, w przeciwieństwie do środowisk homoseksualnych.

Platon swojego czasu mówił o gejach, że tylko wykorzystują się nawzajem i nie budują żadnych więzi konstruktywnych społecznie.

 

 WOT4013bbbb

Badanie amerykańskiego rządu potwierdza tę tezę

Badanie zostało opublikowane ok. miesiąca temu, czyli we wrześniu 2016 roku. Jest to badanie rządowe, udostępnione na rządowych stronach internetowych, przeprowadzane na ogromnej grupie dzieci w ciągu dwudziestu pięciu lat. Próbka z dwudziestu trzech stanów składała się z około stu trzydziestu ośmiu tysięcy uczniów oraz próbka czterdziestu czterech tysięcy uczniów z dziewiętnastu różnych okręgów szkolnych. Badanie wykazało, że w ostatnim roku pewna liczba uczniów padła ofiarą gwałtu, ujawniło też grupę dzieci palących, zażywających narkotyki, posiadających broń na terenie placówek szkolnych i wdających się bójki. Odkryto w nim prawidłowość, że dzieci, które przyznały, że są homo- lub biseksualne, znacznie częściej padały ofiarą tego typu zachowań albo były ich sprawcami. Jako remedium na te zaskakujące wyniki postanowiono wprowadzić do szkół zajęcia antydyskryminacyjne mające pomóc grupie homo- i biseksualnych uczniów poczuć się akceptowanymi społecznie, ponieważ grupa psychologów i psychiatrów właśnie w tym upatrywała źródła problemów podopiecznych.

– Rząd amerykański zaczął zachęcać wszystkie szkoły do wdrożenia programów, w których uczono dzieci, że homoseksualizm jest czymś normalnym i jest tak samo dobry i zdrowy jak heteroseksualizm. Organizowano bale dla uczniów homo- i heteroseksualnych, mieszane kluby, zapraszano czołowych działaczy homoseksualnych z prelekcjami – mówi doktor Cameron. Skutkiem wprowadzonych programów były wyniki, z które rząd uważa za pozytywne.

W latach 2001-2009 40,5% uczniów nie rozpoczęło współżycia płciowego. W 2015 było to ok. 46% w szkołach, a w przypadku 23 stanów 47%, w okręgach szkolnych dużych miast 44%. Wydaje się to dobrą zmianą po latach seksualnej propagandy. Zwiększyła się liczba uczniów, którzy nie współżyją seksualnie. Niektórzy uważają, że w rzeczywistości ten wzrost USA zawdzięcza kampaniom ruchów „czystych serc”, które się nasiliły wśród młodzieży szkolnej w ostatnich latach. Jednak drugi wynik badań amerykańskiego rządu już nie cieszy, w ogóle i został całkowicie przemilczany. Liczba heteroseksualnych uczniów spadła o 5%. W poprzedniej dekadzie ok. 5% uczniów twierdziło, że są homo- lub biseksualni, w ostatnim roku było to bliżej 9%. Liczba uczniów homoseksualnych wzrosła o ok. 70%. W poprzedniej dekadzie 2,5 procenta uczniów nie potrafiło określić swojej orientacji. Liczba tych zagubionych uczniów w 2015 roku wzrosła do 4%. To wzrost o ok. 60%. Uczniów pytano w tym badaniu również o rzeczywistą aktywność seksualną. Dekadę temu 53% przyznało, że współżyło z osobami płci przeciwnej, co w ubiegłym roku spadło do ok. 46%. Spadek o ok. 12,13%. Co wzrosło?

W poprzedniej dekadzie 5,8% przyznało się odbycia stosunków homoseksualnych, w ubiegłym roku było to już ok. 7%. Badanie wykazało również, że proporcjonalnie nie zmniejszyła się ilość ryzykownych zachowań w tej grupie.

Działania „antydyskryminacyjne”, propagujące homoseksualizm jako pełnowartościowy styl życia, zwiększyły grupę zorientowanych homo- i biseksualnie uczniów i udowadniają, że homoseksualizm niekoniecznie ma genetyczne podłoże. Zwiększenie liczby homoseksualistów nie pomogło rozwiązać również ich problemów związanych z samą istotą homoseksualizmu.

Badania te pokrywają się dokładnie z tymi, które przeprowadziła prorodzinna organizacja Mass Resistance w stanie Massachusetts (http://massresistance.org), z których wynika, że wskutek działań prohomeseksualnych w szkołach dwukrotnie wzrosła liczba homoseksualnych uczniów w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Badanie google news – jaki odsetek seksualnej przemocy dziecięcej stanowi przemoc homoseksualna?

Krytycy zarzucają „naczelnemu homofobowi”, że jego metodologia badań jest pobawiona naukowości. „Badania w gogle news? Śmieszne, nie ma żadnej reprezentatywnej grupy”. Paul Cameron jednak nie ukrywa, że badania, przez niego przeprowadzone w świecie mediów, mają tylko wydobyć skalę problemu i muszą być zestawione z profesjonalnymi badaniami prowadzonymi w tej dziedzinie, których dotychczas nikt w środowiskach naukowych na poważnie nie przeprowadził.

Z zebranych danych, zawartych w artykułach prasowych przez współpracowników dr. Camerona, wypływają ciekawe informacje.

Sprawdzaliśmy wszystkie przypadki przemocy dziecięcej opisane w mediach w ciągu lat 2011-2016 pod kątem płci sprawcy i ofiary.

W przypadku USA 17 psychologów, psychiatrów, doradców psychologicznych molestowało chłopców, a dwóch – dziewczynki, choć oczywiście nie wiadomo, jak wielu ich z całej zawodowej grupy zostało przyłapanych na molestowaniu dzieci. Wynik stanowi 89% przemocy homoseksualnej w tym przypadku. Poza Stanami np. w Polsce mieliśmy 6 mężczyzn molestujących 46 chłopców. Wygląda to tak, jakby grupa psychologów i psychiatrów stanowiła najbardziej homoseksualną część społeczeństwa. Porównajmy ją z inną grupą zawodową. Oto lekarze, którzy również zostali w mediach opisani jako sprawcy molestowania dzieci. Około 48% sprawców dopuściło się molestowania homoseksualnego. W grupie nauczycieli ok. 30% molestujących to homoseksualiści.

Najważniejsze spostrzeżenia dotyczą jednak korelacji przemocy z przywilejami nadanymi środowiskom homoseksualnym różnych krajów. Tam, gdzie geje posiadali więcej praw, np. do małżeństw i adopcji, następował wzrost przemocy homoseksualnej dokonywanej na dzieciach.


Podobne badania przeprowadzili Chińczycy.

W Chinach i w Rosji społeczeństwo jest negatywnie nastawione do akceptowania w przestrzeni publicznej zachowań homoseksualnych.

W Wielkiej Brytanii i Kanadzie blisko 80% społeczeństwa jest za przyznaniem pełnych praw homoseksualistom.

W Chinach 5% sprawców molestowania dzieci dopuściło się molestowania homoseksualnego, w Rosji 20 %, w USA 33%, w Wielkiej Brytanii 54%.

Badania przeprowadzone przez analizę materiałów prasowych odnalezionych w google news przez współpracowników Paula Camerona wykazały odpowiednio:

W Chinach 5% sprawców molestowania dopuściło się molestowania homoseksualnego dzieci, w Rosji 24 %, w USA, w Wielkiej Brytanii aż do 80%.

Wyniki swojego rekonesansu w świecie mediów dr Cameron zestawia też z wynikami badań przeprowadzonymi przez dwóch homoseksualistów w środowisku homoseksualnym, gdzie tysiącom homoseksualistów stawiano pytanie o to, czy byli molestowani w dzieciństwie.

W przypadku tych, którzy przed 90. rokiem mieli poniżej 17 lat, 23% powiedziało, że tak. W latach 90. wynik ten wzrósł do 27%, a po 1999 r. – do 29%.

– Gdy spojrzymy na państwa rozwijające się, gdzie nie przyznano homoseksualistom szczególnych praw – mówi Paul Cameron – to wychodziło 10%, a w tych państwach, gdzie homoseksualistom przyznano prawa, było to 25%-29%. To geje przeprowadzili to badanie – zaznacza.

Im większa akceptacja dla homoseksualizmu, tym więcej dzieci pada ofiarą seksualnych przestępstw homoseksualnych, wynika z powyższych badań.

– Czy to jest ruch, który nie byłby zainteresowany waszymi synami? On chce się rozwijać. Homoseksualiści chcą rosnąć w siłę kosztem waszych synów – zakończył wrocławskie spotkanie dr Paul Cameron.

 

 

]]>
[email protected] (Magdalena Trojanowska) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 08:57:39 +0000
Skończmy z aborcyjnym szaleństwem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4720-skonczmy-z-aborcyjnym-szalenstwem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4720-skonczmy-z-aborcyjnym-szalenstwem Skończmy z aborcyjnym szaleństwem

Argumenty przeciwko zaostrzaniu ustawy aborcyjnej są od lat takie same. Wciąż przekonuje się Polaków, że w jej efekcie dojdzie jedynie do rozrostu „podziemia aborcyjnego”. To zaś spowoduje, że tysiące kobiet będzie umierać w wyniku nieudanych zabiegów, gdyż te, które nie chcą urodzić „płodu”, i tak go, w ten czy w inny sposób, „spędzą”.

 

Chociaż pierwsze podejście projektu komitetu „Stop Aborcji” zakończyło się porażką, to należy wierzyć, że to nie koniec boju o wprowadzenie całkowitej obrony życia poczętego w naszym kraju.


Średniowiecze, ciemnogród, katofaszyzm, piekło kobiet – to tylko drobna część określeń i epitetów, którymi obrzuca się wszystkich, którzy nie godzą się na zabijanie w Polsce nienarodzonych dzieci. Zwycięstwa wyborcze Andrzeja Dudy i PiS dawały nadzieję, że w końcu uda się wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Szansa na to była tym większa, że 23 września Sejm zdecydował, że projekt komitetu „Stop Aborcji”, przewidujący całkowitą ochronę życia, zostanie skierowany do pracy w komisji, a odrzucił propozycję komitetu „Ratujmy kobiety”, który liberalizuje prawo aborcyjne.
Wydawało się, że przesądza to sprawę i że już niedługo obudzimy się w kraju, w którym nikt nie będzie mógł, powołując się na „kompromis aborcyjny”, zabijać nienarodzonych dzieci. Rzeczywistość jednak raz jeszcze zweryfikowała optymistyczne wizje, którymi karmili się obrońcy życia. Okazało się, że PiS ponownie, jak było to podczas poprzednich rządów tej partii, oszukało to środowisko (a przy tym rzesze swoich wyborców) i zamiast, tak jak się zobowiązywało, chronić życie ludzkie od samego początku, wybrało drogę pośrednią. Zamiast zdecydowanego poparcia dla projektu premier Beata Szydło zapewniła, że jej partia przygotuje swój plan na poprawę warunków życia kobiet, które „zdecydują się” urodzić dziecko chore lub poczęte w wyniku przestępstwa. Z szeregów tej partii słychać było też liczne głosy usprawiedliwienia – że PiS nie chce „karać kobiet”. Choć autorzy projektu byli gotowi w ostateczności zrezygnować z tego zapisu, to nie wystarczyło to, by go uratować. Większość posłów partii rządzącej zagłosowała przeciwko niemu i został on odrzucony.

 

Chociaż autorzy projektu zapowiedzieli, że będą dalej działać na rzecz prawnego zakazu aborcji w Polsce, pałeczka jest teraz po stronie PiS. Wiele wskazuje na to, że jedynym pozytywem może okazać się zakaz przerywania ciąży ze względów eugenicznych, czyli wtedy, gdy dziecko jest chore. Jeśli to się potwierdzi i zostanie to prawnie zapisane, to niewątpliwie można mówić o sukcesie, ale jest to i tak stanowczo za mało, jeśli przypominamy sobie, jak wiele o ochronie życia poczętego mówili przed wyborami przedstawiciele partii rządzącej i że w innych „przypadkach” nienarodzone dzieci w Polsce będą wciąż likwidowane.

Aborcjoniści wszystkich krajów łączcie się


Polski medialno-celebrycko-polityczny front walczących o zliberalizowanie ustawy aborcyjnej jest potężny w strefie kształtowania opinii i ma duże zagraniczne koneksje i wsparcie. Międzynarodowe lobby promujące na świecie aborcję jako środek kontroli narodzin nie szczędzi środków, by nagłaśniać w Polsce różnego rodzaju akcje uderzające w chrześcijańską moralność i etykę. Głównym sposobem wpływania na społeczeństwo jest jego zastraszanie i manipulowanie przekazem Kościoła katolickiego i środowisk pro-life w tej sprawie.

 

Podczas jednej z konferencji promujących projekt liberalizujący ustawę aborcyjną, szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Krystyna Kacpura, zaznaczyła, że „głębsze podziemie” aborcyjne oznacza oprócz zwiększenia niebezpieczeństwa dla kobiet, także to, że będą w nim rosły ceny „usług”. – Tak zwana sprawiedliwość reprodukcyjna będzie zależna od sytuacji finansowej kobiety i znowu najbardziej ucierpią kobiety najbiedniejsze – przekonuje Kacpura.
– Prawo, które mamy jest nieskuteczne. Trzeba zerwać z obłudą, że Polki nie dokonują aborcji. Dokonują – bogatsze za granicą, a biedniejsze w koszmarnych warunkach. Jeżeli chcemy, żeby aborcji było mniej, to potrzeba rzetelnej edukacji i dostępu do antykoncepcji – podkreśliła z kolei Barbara Nowacka z Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy kobiety”. Prof. Monika Płatek przekonywała zaś, że aby ludzie w sposób „odpowiedzialny” decydowali się na rodzicielstwo, potrzebują wiedzy, właściwej opieki prenatalnej oraz możliwości „bezpiecznego i legalnego” przerwania ciąży. – Jeśli zależy nam na tym, żeby aborcja była ostatecznością, musimy zrobić wszystko, co jest w mocy edukacji, zdrowia, polityki społecznej, aby zadbać o informację, wsparcie, dobrą edukację, dobrą medycynę prenatalną – dodała prof. Płatek. Przekonywała również, że człowiek musi sam decydować o swojej płodności, odbieranie mu tego poprzez zapisy prawne powoduje, że zabierana mu jest godność. – A wprowadzając w to prawo karne, tak naprawdę doprowadzamy do sytuacji, w której to ideologia i polityka decyduje o tym, o czym ma decydować jednostka, która żyje w państwie demokratycznym – zaznaczyła.


Na przykładzie tych wypowiedzi widzimy, że osoby te nie mają zamiaru dyskutować merytorycznie z argumentami przedstawianymi przez stronę pro-life, z nauką Kościoła. W ich przekazie chodzi jedynie o jak najmocniejsze uderzenie w przeciwników, o ich wyszydzenie i wyśmianie, ukazanie, jak bardzo są groźni zarówno dla społeczeństwa, systemu demokratycznego, jak i przede wszystkim dla kobiet. Użycie przez nich sformułowań „sprawiedliwość reprodukcyjna”, podobnie jak „kontrola narodzin” czy „prawo kobiety do aborcji jako jedno z praw człowieka”, „świadome macierzyństwo” – to wyrosła z marksizmu nowomowa – to przejaw myślenia zwolenników aborcji zarówno o ludzkiej seksualności, jak i samej istocie człowieczeństwa.

Projekt „Sto aborcji” wzbudził w tym środowisku dodatkowe pokłady nienawiści do wszystkiego, co kojarzy się z płodnością, potomstwem, małżeństwem i chrześcijaństwem. Ledwie 100-tysięczne „czarne marsze” w całej Polsce – pełne agresywnych i prostackich haseł – bez potężnego wsparcia medialnego, nacisków z zagranicy i krajowej opozycji wyglądałyby jedynie groteskowo. Z mainstreamowych mediów mogliśmy się jednak dowiedzieć, że to kobiety, w domyśle – wszystkie, postanowiły zaprotestować przeciwko dominacji katofaszystowskich mężczyzn, takich też polityków i rządu, za którymi kryją się, w rzeczywistości odpowiedzialni za całą awanturę, biskupi.

[...]

]]>
[email protected] (Aleksander Kłos) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 01:59:46 +0000
Raport z Fabryki Ludzi https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4719-raport-z-fabryki-ludzi https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4719-raport-z-fabryki-ludzi Raport z Fabryki Ludzi

Gdy w pomieszczeniach Dechomagu, niemieckiej gałęzi IBM, w latach 1933-1938 słychać było trzask i stukot klawiszy pierwszych maszyn obliczeniowych, człowiek oznaczał tyle, ile zdołano opisać zestawem cyfr, którymi żonglowano, aby skatalogować i przypisać mu jakąś wartość. „26 organizacji badawczych, działających na terenie całej Rzeszy, których zadaniem było sprawdzenie każdej rodziny po kolei” („The New York Times” z 22 czerwca 1938 roku) przerzucało amerykańskie karty perforowane, skrzętnie dokonując analizy środowiska, linii genetycznych, zawodów, zdolności i listy przebytych chorób każdego mieszkańca Niemiec. Korzystanie z amerykańskich technologii nie było przypadkiem, jak i przypadkiem nie były mrzonki o „czystej aryjskiej rasie”. To właśnie w Ameryce w 1910 r. powstał ERO (Eugenics Record Office), zbierający identyczne dane o obywatelach amerykańskich po drugiej stronie oceanu.

Margaret Sanger i jej organizacja American Birth Control League Liga Kontroli Urodzin, która później zmieniła swoją nazwę na Planned Parenthood (Świadome Rodzicielstwo), propagująca aborcyjną eugenikę była inicjatorką projektu Negro Project. Margaret czynnie i słownie popierała rasistowską działalność Ku Klux Klanu, odnajdywała głęboką wewnętrzną tożsamość w działalności niemieckich Instytutów Eugeniczno-Genetycznych. W latach trzydziestych odbyła z Dawidem Rockefellerem kilka wizyt do Niemiec, aby wspomóc ich działalność. Projekt niemiecki wspierała i słowem i czynem.

Same idee eugeniczne rozpalały umysły intelektualnych elit końca XIX i początku XX wieku. Szeroko otworzono drzwi pracom nad ulepszeniem społeczeństwa i „jego genów”, odkąd Galton powołał do istnienia pojęcie eugeniki, a Darwin odebrał istocie ludzkiej metafizyczną tożsamość oraz godność istoty wyższej. Odtąd nic nie stało na przeszkodzie, aby człowieka określał jedynie statystyczny numer, przypisujący go do określonej części zasobów ludzkich.

Skoro nie ma Boga i człowiek w pełni odpowiada sam za kształt swojej przyszłości, im lepszy społeczny projekt tym większy przyszłościowy sukces. Z prometejskim zniczem w rękach ludzkich samozwańczych elit, które nadały sobie przywilej zarządzania życiem niższych bytów, powstawały zarówno polityczne, jak i społeczne projekty szczęśliwych i wspaniale zorganizowanych społeczeństw, „pozbawionych chwastów”.

Pomysły takie powstały jeszcze wcześniej, przed rozkwitem eugeniki. Takie instrumentalne potraktowanie człowieka jest cechą całej nowej cywilizacji od czasów Oświecenia. To w rewolucji francuskiej po raz pierwszy dokonano czystek o charakterze ideologicznym w imię projektu społecznego. Amerykańska sterylizacja, niemiecki nazim, utopijny marksitowski komunizm były tylko konsekwentnym intelektualnym ciągiem raz wytyczonych kierunków. Człowiek z jednej strony zastępujący obalonego Boga, a z drugiej zredukowany do przedmiotu mającego licencję na życie, wydaną przez wąskie grono „zarządców”, stał się przedmiotem umieszczonym w systemie podległym orzecznictwu dowolnego, aktualnie dominującego elitarnego grona.

Władza to siła, która może być rewolucyjnym żywiołem lub totalitarnym porządkiem wprowadzonym przez rewolucję albo przez manipulację. Początek dwudziestego wieku postulował inne drogi wprowadzenia społecznych utopii. Francuski lamarkizm w dziedzinie eugeniki i brytyjski fabianizm w dziedzinie socjalistycznych utopii proponowały łagodniejszą i dłuższą drogę, z wykorzystaniem agitacji i stymulujących czynników pozytywnych, ku docelowym osiągnięciom społecznym. Rzecz w tym, że wybór metod nie odnosił się do istoty założonego celu, a tym od czasu rewolucji francuskiej stała się dekonstrukcja dotychczas funkcjonującej osoby ludzkiej i konstrukcja jednostki odpowiedniej do założeń politycznego modelu.

Człowiek podporządkowany miłosiernemu Stwórcy ma swoją godność i wartość respektowaną społecznie. Człowiek, który jest bez Ojca, ma tylko taką wartość, jaką nadała mu „ewolucja”. Uszkodzony egzemplarz należy usunąć, tak jak zepsute owoce z pojemnika, by zachować świeżość innych. To całkowicie konsekwentne i logiczne.

 

Prawa człowieka

Postchrześcijańska era nadal odwołuje się do wartości społecznych wypracowanych w chrześcijańskiej erze. Przerażająca dehumanizacja okresu wojny stała się przyczyną ogłoszenia w 1948 roku listy praw człowieka zbliżonych w istocie do bezpiecznych, chrześcijańskich podwalin. Im dalej jednak od wojny i jej okrucieństw, i im większa warstwa kurzu pokrywa wspomnienia, tym bardziej powracają ideologiczne chimery, a wraz z odrzuceniem chrześcijańskiego światła oświecającego rozum wspólnota ludzka pogrąża się ponownie w mrokach.

Prawa człowieka przechodzą proces redefinicji, a w ich centrum umieszcza się wolności seksualne i reprodukcyjne, które są częścią polityki nowego, biopolitycznego zarządzania biologiczną masą.

Ideologiczne projekty eugeniczne nie umarły wraz z klęską Niemiec. W latach 30-70. XX wieku w Ameryce i Szwecji przeprowadzono masową sterylizację. „Segregacja” objęła dziesiątki tysięcy osób w obu krajach. Obserwowana jest tendencja przekształcania projektów rasowych w populacyjne projekty zarządzania środowiskiem. Pojawi się pojęcie biopolityki (zarządzania życiem w ramach prowadzonej polityki środowiskowej, ekonomicznej i gospodarczej).

Ze względu na ochronę środowiska i wyczerpywalnych zasobów złóż i pierwiastków rozrodczość ludzka musi znaleźć się pod kontrolą. To człowiek teraz podporządkowuje sobie i staje się odpowiedzialny za ewolucję. W Austrii w 1958 roku powstaje Światowa Unia Ochrony Życia, której biopolityczne idee znajdują odzwierciedlenie w Programie Ochrony Środowiska Narodów Zjednoczonych (UNEP), określonym podczas Konferencji Narodów Zjednoczonych na temat Środowiska Człowieka w Sztokholmie w 1972 roku (zasada 16 – polityka demograficzna, nienaruszająca podstawowych praw człowieka, według uznania rządów powinna być prowadzona w tych regionach, w których tempo wzrostu liczby ludności lub nadmiernej koncentracji ludności mogą mieć niekorzystny wpływ na środowisko naturalne człowieka i utrudniać rozwój). Nowo utworzony na podstawie rezolucji ZO 2997(XXVII) z 15 grudnia 1972 r. Program Narodów Zjednoczonych do spraw Środowiska (UNEP), rozpoczął funkcjonowanie w styczniu 1973 r., a jego główną siedzibę usytuowano w Nairobi (Kenia). Nadzór nad wykorzystaniem złóż, sprawowaniem polityki powinny mieć organizacje międzynarodowe.

W 1972 roku w Meadows Klub Rzymski na podstawie procesów modelacyjnych i symulacji komputerowych wyznaczył demograficzne granice wzrostu ekonomicznego i postulował zaangażowanie polityki w sterowanie interwencją w tym zakresie (BP31). W 1977 r. w swojej książce Aussenpolitik zwischen Macht und Recht Dietrich Gunst pisze o polityce „zorientowanej na życie”, która ma rozwiązać problemy środowiskowe i gospodarcze oraz powołać ekologicznie zorientowany porządek świata.

W Kairze w 1994 roku państwa podpisały pakt o ograniczaniu populacji drogą popularyzacji praw reprodukcyjnych.

W 2014 roku wypłynął skandal z szczepionkami podawanymi masowo kenijskim dziewczętom. Ogromna liczba 2,3 mln dziewcząt i młodych kobiet otrzymała szczepionkę wymuszoną przez UNICEF i WHO, która zawierała sterylizujący i poronny antygen HGC. LifeSiteNews pisze: „zdobyliśmy raport ONZ ze spotkania w sierpniu 1992 w siedzibie światowej w Genewie, w którym uczestniczyło 10 naukowców z „Australii, Europy, Indii i USA” oraz „10 zwolenników zdrowia kobiet” z całego świata, w celu omówienia wykorzystania „szczepionek regulujących płodność” (www.lifesitenews.com/news/a-mass-sterilization-exercise-kenyan-doctors-find-anti-fertility-agent-in-u). Podobne programy, jak ten kenijski, przeprowadzono w ciągu poprzednich lat niemal w całej Afryce. Fundacja Bill & Melinda Gates Foundation jest głównym inicjatorem i sponsorem depopulacji poprzez szczepionki, do których to celów otwarcie Gatesowi się przyznają (Bill Gates na zamkniętej konferencji TED 2010 w Long Beach w Kalifornii).

Poza intencjami łupienia złóż naturalnych biednych afrykańskich krajów, nietrudno powiązać projekty środowiskowe i wpisane w nie plany populacyjne, z rasowymi intencjami eugenicznymi redukcji i eliminacji czarnej rasy. Na kontynencie, gdzie jest stały brak wody, a jej dostatek byłby podstawowym sposobem zapobiegania epidemiom, ogromne pieniądze wydaje się na szczepionki, które sterylizują kobiety i powodują wzrost śmiertelności wśród dzieci (Int.J. Epidemiology 33.2. 381, podał: „w krajach o niskim dochodzie i wysokiej śmiertelności podawane ostatnio szczepionki mogą być związane ze wzrostem śmiertelności niemowląt”).

Worldwatch Institute monitoruje zdrowie ludzi, populację, zasoby wodne, różnorodność biologiczną, procesy zarządzania i bezpieczeństwa ekologicznego. Całkowicie otwarcie plany ograniczania populacji do 6 mld deklaruje przewodniczący Worldwatch Institute 2011-2014 Robert Engelman „Cele te mogą zostać szybciej i skuteczniej zrealizowane, gdy kobiety zbliżą się prawnej i ekonomicznej równości, a także w obszarze zachowań seksualnych i rozrodczych zrównają się z mężczyznami!” Na drodze „zapewnienia wszystkim kobietom i ich partnerom dostępu do pełnej wolności i korzystania z usług zdrowia reprodukcyjnego (aborcja, in vitro, antykoncepcja) i planowania rodziny, tak że najwyższa możliwa ilość urodzeń wynika z intencji rodziców” (Worldwatch Report #183: Population, Climate Change, and Women’s Lives – An End to Population Growth: Why Family Planning Is Key to a Sustainable Future, Solutions, May-June, 2011, Vol. 2, No. 3, pp. 32-41. On-line version April 13, 2011).

Postępy w dziedzinie psychologii zarządzania ludzkimi masami ułatwiają zadanie sterowania społeczeństwami. Pojawiają się populistyczne slogany mające oddziaływać na wyobraźnie społeczną, następuje, kolejne przedefinowanie pojęć i złamanie etycznego oporu i imię nowej „doskonałości”.

Głównym sloganem, niezmiennie używanym od czasu rewolucji francuskiej, jest „wolność”. „Wolność wyboru”, „wolna miłość”, „wyzwolenie z więzów małżeńskich związków”, „wyzwolenie z jarzma reprodukcji” itp. Wolni, ale raczej wyalienowani, by ułatwić proces sukcesywnej „obróbki”.

Stare nowe upiory

Wraz z rozwojem technologii i nauk genetycznych powracają stare i powstają nowe genetyczne wątki. Filozof berliński Volter Gerhardt sugeruje, że biopolityka powinna zawierać trzy główne działania: „ekologiczne zabezpieczenie życia”, „biologiczne zwiększenie zysków przynoszone przez życie”, „medyczną ochronę rozwoju życia”. Ten ostatni element ma obejmować „kwestie, w których człowiek czyni z siebie przedmiot własnych ustaleń dokonanych w ramach nauki o życiu”, czyli prostszymi słowy filozof populistycznie posługuje się pojęciem wolności i wyboru, w ramach którego człowiek sam ma decydować o swoim (bądź np. własnego poczętego dziecka) życiu lub nieżyciu, albo wybrać reprodukcyjną koncepcję (np. biseksualizm, surogactwo), w której będzie się realizować. Jednak teoria ta, odwołując się do woli jednostki, ustala zewnętrzne źródła, czyli politykę zarządzania życiem (np. wszystkie zewnętrzne organizacje, o których wspomniałam, będą prowadzić nadzór nad populacją w danym regionie globu), bo przecież w jej ramach ma być realizowana owa wolność. Słusznie więc Thomas Lemke w Biopolityce stawia pytanie retoryczne: „Jednak decydujące pytanie, na które ani Gerhard, ani inni przedstawiciele politycystycznego ujęcia biopolityki nie dają odpowiedzi, to kwestia owego my, które jest wykorzystywane w roli adresata. Kto decyduje o kształcie biopolityki oraz niezależnie ustala, jak prowadzić własne życie?”

I dalej, pisze Lemke: „Dotyczy to przede wszystkim kwestii początku życia i jego końca. Począwszy od stosowania technologii reprodukcyjnych, jak choćby sztucznego zapłodnienia (nakaz życia), przez zasadniczą depenalizację przerwania ciąży (zgoda lub niezgoda na życie) aż po opiekę nad umierającymi w ramach opieki paliatywnej (zgoda na swoją śmierć) lub świadomie zadaną śmierć poprzez własną eutanazję (zadawanie sobie śmierci), we wszystkich tych przypadkach chodzi o decyzje, za które mają odpowiadać same jednostki (…), nie oznacza to jednak zwykłego poszerzenia własnej autonomii, a raczej świadczy o wykształceniu nowej formy kontroli społecznej, w której tylko ta decyzja odnośnie do ciała może zostać uznana za racjonalną, rozsądną i odpowiedzialną, która pozostaje w zgodzie z oczekiwaniami i normami społecznymi”, „w przypadku urodzenia się dziecka fizycznie lub umysłowo niepełnosprawnego to rodzice będą przypisywać sobie ewentualnie winę za zaistniałe konsekwencje”.

„Narastający problem to eksplozja demograficzna, która zmusi ludzi do ostrego ograniczenia dzietności. Gdy nie będzie można mieć więcej niż dwójki dzieci, rodzice będą chcieli mieć pewność, że dzieci są doskonałe. W przyszłości rodzice nie będą mieli prawa obciążać społeczeństwa ułomnym lub umysłowo chorym dzieckiem. Tak samo jak każde dziecko ma prawo do solidnego wykształcenia i właściwego odżywiania, tak ma prawo do zdrowego dziedzictwa” – opisał ten proces wewnętrznego przymusu kierującego intencjami rodziców, a wypływającego z zewnętrznego wpływu sterowanej opinii publicznej Bentley Glass, prezes Amerykańskiego Stowarzyszenia Rozwoju Nauki, podczas swojego przemówienia w grudniu 1970 roku.

Rozwój technologii biologicznych (DNA, transplantologia, technologie reprodukcyjne, nanotechnologia) powoduje rozkwit nowych koncepcji ciała zrywających z jego integralnością. Dominik Schrage (2003) wyodrębnia dwie koncepcje życia – jednorazowe przeżycie jest przemijające i wymaga jednorazowej obecności, oraz życie w nieograniczony sposób optymalizowane, zapamiętywane, kopiowane i aranżowane. Ciało człowieka coraz bardziej uznane jest za program molekularny, który można odczytać i napisać na nowo.

 

Klonowanie

Już w 1993 roku klonowanie zwierząt trafiło na rynek produkcyjny. Robiły to firmy W.R. Grace & Co. Grenada, Genmark, Alta Genetics „Klonowałem najczystszej rasy cielęta, które szły do rzeźni” – mówił Stee Willadsen, W 1997 r sklonowano pierwszą partię rezusów. Ian Willmut, który sklonował pierwszą owcę Dolly, wyznaje, że nie potrafi wytyczyć granic, kiedy ma do czynienia z niuansami badań nad klonowaniem ludzi (Clone – The Road to Dolly, Gina Kolata). Pierwszy hybrydowy ludzki klon został utworzony w listopadzie 1998 roku przez Advanced Cell Technology. Jądro pobrane z komórki ludzkiej nogi dodano do jaja krowiego, z którego usunięto własne jądro. Komórki hybrydowe hodowano i rozwinęły się embrion. Zarodek został zniszczony po 12 dniach.

W styczniu 2008 roku, dr Andrew French i Samuel Wood pracujący dla firmy biotechnologicznej Stemagen ogłosili, że udało się stworzyć pierwsze pięć dojrzałych ludzkich embrionów. Zarodki zostały opracowane wyłącznie w stadium blastocysty, po czym je zniszczono.

W 2013 roku grupa naukowców kierowana przez Shoukhrata Mitalipov opublikowała pierwszy raport z klonowania zarodkowych komórek macierzystych, a rok później wynik został potwierdzony przez zespól Roberta Lanza z Advanced Cell Technology. Obecnie badania nad klonowaniem koncentrują się na hodowli własnych narządów do transplantacji oraz medycynie reprodukcyjnej.

Amerykańskie Stowarzyszenie Nauk Zaawansowanych (American Association for the Advancement of Science – AAAS) potępiło technologię klonowania w celach reprodukcyjnych, jednak akceptuje i zachęca do badań nad klonowaniem w celach transplantacyjnych. Zakłada, że powinno się stworzyć prawne procedury ochronne i organy nadzorowania tego rodzaju działań.

Na Farmie Crestview Genetics w Aiken w Południowej Karolinie, klonowane są rasy koni sprzedawane później po ustalonej cenie 80 000 dol. „Dwukrotnie zamożne osoby pytały mnie, czy mogę sklonować ludzi, powiedziałem, mogę, ale nie zrobię tego” – twierdzi właściciel Adolfo Cambiaso w artykule dla vanityfair.com (www.vanityfair.com/news/2015/07/polo-horse-cloning-adolfo-cambiaso), tym niemniej zaznacza, że „ gdzieś, w jakimś ciemnym zakątku świata, naukowcy próbują”.

 

Produkcja ludzi według oznaczonych cech

Obecnie istnieją dwa rodzaje genetycznej ingerencji w ciało człowieka. Jeden: somatyczna terapia genowa, związany z likwidowaniem chorób polega na naprawie uszkodzonych genów, czyli wymianie genów w określonych narządach. Te zmiany nie podlegają dziedziczeniu. Drugi rodzaj ingerencji to to ta w komórki linii płciowej, zmieniająca genetyczne wyposażenie płodu, a więc każdej komórki organizmu – a tym samym dziedziczona jest przez wszystkie komórki potomne.

Gregory Stock, szef programu Medycyna-Technika-Społeczeństwo w School of Medicine na University of California w Los Angeles napisał książkę Redesigning humans: our invitable genetic future (Projekt nowego człowieka: nasza nieunikniona genetyczna przyszłość). Utrzymuje, że niedługo będziemy projektować rasy ludzkie jak dzisiaj pudle i dogi. Homo sapiens przyspieszy ewolucję. Stock opisuje nową technologię sztucznych chromosomów, które są doczepiane embrionowi jako dodatkowa para stanowiąca rusztowanie, do którego można doczepić kompleksy genowe oraz ich sekwencje kontrolujące. Stock opisują taką metodę jako bezpieczne projektowanie dodatkowych cech ludzi, z których ewentualnie w kolejnych pokoleniach będzie można się wycofać przez ich dezaktywację.

Transhumanizm

Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych (DARPA) prowadzi projekt Metaboliccally Dominant Soldier (Żołnierz z Przewagą Metaboliczną). Prowadzący go Joe Blelitzki mówi: „Żołnierz z przewagą metaboliczną będzie miał niewyczerpaną siłę i wytrzymałość. Coś w rodzaju króliczka z reklam baterii Energizera – a on ciągle działa i działa”. (Radykalna Ewolucja Joel Gerrau). Firma General Dynamics podpisała kontrakt sięgający 3 mld. dol, na rozwój i produkcję systemów przekształcających żołnierzy piechoty w cyberwojowników działających jako element sieci. Żołnierz będzie nosił bieliznę wyposażoną w czujniki monitorujące istotne parametry życiowe, a poza zestawem zewnętrznych urządzeń będzie wyposażony w zamontowany w czaszce nadajnik i odbiornik. Naukowcy myślą o komunikowaniu się człowieka z samochodem, taśmą produkcyjną w fabryce, środowiskiem czy bronią, jak również o nowych rodzajach sztuki walki, dyscyplinach sportowych, przełamywania barier językowych. „Być może już całkiem niedługo podczas egzaminu na studia będzie trzeba blokować neuronowe implanty kandydatów, aby nie korzystali z Internetu” – mówi Rodney Allen Brook, prezes i dyrektor techniczny iRobot. „Staramy się implementować w roboty właściwości układów biologicznych, których nigdy nie miały (…) nasz cel to robot galareta (…) Nastąpi integracja ludzi i maszyn. Weźmiemy to, co najlepsze ze świata maszyn, a jednocześnie będziemy mieli do dyspozycji nasze biologiczne dziedzictwo, które ubogaci istotne możliwości maszyny…” – twierdzi Brook w Flash of Machines, How Robots Will Change Us.

Program DARPA Engineered Tissue Constructs (Sztuczne Wytwory Tkankowe) przewiduje wytwarzanie w razie potrzeby dowolnie przystosowanych narządów i kończyn, przy czym ma się to odbywać wewnątrz ciała, a nie poprzez transplantację.

Sterowanie decyzjami o rozmnażaniu, projektowanie ludzi, zarządzanie kapitałem ludzkim przywodzi na myśl pytanie „Czy wizja jasnego i jednoznacznego zerwania pomiędzy projektami eugenicznymi z przeszłości i aktualnymi projektami genetyki człowieka nie usuwa z pola widzenia istniejącej ciągłości?” – pisze Thomas Lemke. Prof. Lene Koch twierdzi: „zmieniły się raczej formy interwencji i argumentacyjne wzory uzasadnień”.

Cyferki wybite przez klawiatury pierwszych maszyn obliczeniowych IBM, oznaczające wszystko, co chciano powiedzieć o człowieku, dzisiaj zmieniły się w sekwencje znaków przemykających przez ekrany naszych monitorów, z których mozolnie ludzkość ponownie układa wzór na wieżę Babel. Prawdziwy zarządca ewolucji – elitarnie wykształcony człowiek-bóg – zredukował jednak siebie samego i wszystkich pozostałych do ewolucyjnej zupy, ludzkiej biomasy, której biotechnologiczna, transuhamaniczna przyszłość będzie podlegała ścisłej dystrybucji i reglamentacji. Wszystko to z odczuciem własnej wolności, wyświechtanym przez stulecia sloganem, dającym pewność bezpieczeństwa, i poczuciem boskości, przekonaniem, że jest się samego siebie panem.

 

]]>
[email protected] (Magdalena Trojanowska) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 01:48:22 +0000
Eutanazja, następny proszę https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4718-eutanazja-nastepny-prosze https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2016/item/4718-eutanazja-nastepny-prosze Eutanazja, następny proszę

Szaleństwo eutanazji zatacza coraz szersze kręgi. Nie chodzi tylko o zmiany prawne, w których na czoło wysuwają się kraje Beneluksu, ale i rosnącą akceptację dla tego procederu wśród wielu państw, które formalnie ją odrzucają.

To, że prawo dotyczące eutanazji będzie krok po kroku liberalizowane, a możliwość zabijania w ten sposób ludzi będzie poszerzana na kolejne grupy – to już nie ostrzeżenia konserwatystów i Kościoła katolickiego, ale fakt. Bez znaczenia jest w tej kwestii, czy mówimy o eutanazji, gdy lekarz podaje pacjentowi śmiertelną dawkę leku lub wywołuje śmierć w inny sposób, czy o wspomaganym samobójstwie, gdy zapewnia on niezbędne środki pacjentowi, a ten samemu odbiera sobie życie. Efekt jest bowiem ten sam – zabójstwo.

Na naszych oczach, przede wszystkim w Belgii i Holandii, rozgrywa się tragedia narodów, dla których coraz mniejsze znaczenie ma godność ludzka, a coraz większe stworzenie takich warunków, w których eutanazja będzie zabiegiem takim samym jak choćby wizyta u dentysty. Wszystkie zmiany zachodzą krok po kroku, miarowo, w atmosferze „kompromisu”, opierania się na „ekspertach” i dbania o „cierpiącego pacjenta”, dla którego taka forma śmierci przedstawiana jest jako wybawienie. „Dobra śmierć” – eufemizm, który króluje w przekazie i jest jednym z najbardziej manipulatorskich – otumania społeczeństwo, które zatraca się w fałszywym współczuciu – gdzie pomoc bliźniemu, okazywanie miłości, poświęcenia, zastępowane jest przez czysty, higieniczny zabieg.

 

Uśmiercanie dzieci

Nie ma się więc co dziwić, że w takiej atmosferze przełamywane są kolejne bariery – zgodnego z prawem zabicia pacjenta. 17 września lekarze „pomogli” w Belgii umrzeć nieuleczalnie choremu 17-latkowi. To pierwszy przypadek legalnej eutanazji nieletniego od chwili wejścia w życie ustawy sprzed dwóch lat, która umożliwia taką śmierć nieuleczalnie chorym dzieciom i cierpiącym z powodu silnego bólu, bez perspektyw na polepszenie stanu zdrowia, które wyrażą taką decyzję w sposób świadomy. Aby doszło do „zabiegu”, musi być na niego wyrażona zgoda rodziców i kilku ekspertów. Przewodniczący krajowego ośrodka kontroli Wim Distelmans, który na łamach gazety „Het Nieuwsblad” poinformował o eutanazji dziecka, nie podał szczegółów jego choroby, ale zaznaczył, że nikomu nie wolno „odbierać prawa do godnej śmierci”.

Śmierć ta została – jak można to było przewidzieć – ze zrozumieniem przyjęta przez większość lewicowo-liberalnych środowisk i mediów w Europie Zachodniej, a także w Polsce. Z oburzeniem na to bestialstwo zareagowali przedstawiciele Kościoła i obrońcy praw pacjenta. Emerytowany prezes Papieskiej Akademii Życia, kardynał Elio Sgreccia, powiedział w rozmowie z Radiem Watykańskim, że „takie postępowanie odbiera dzieciom ich prawo do życia” i że to zwłaszcza nieletni potrzebują wsparcia moralnego, psychologicznego i duchowego. Przypadek ten potępiła też Konferencja Biskupów Włoch, która zaznaczyła, że życie jest „święte i zawsze musi być przyjmowane”.

Do sprawy odniósł się również m.in. przewodniczący zarządu Niemieckiej Fundacji Ochrony Pacjenta Eugen Brysch, który zwrócił uwagę, że w sprawie „uśmiercania na żądanie” nie wypowiedzieli się najważniejsi przedstawiciele Unii Europejskiej. – Nikt nie zadał sobie trudu, aby w związku z taką licencją na śmierć zastanowić się nad standardem praw człowieka w Belgii – powiedział. W tym wypadku nie ma się jednak co dziwić, że nie spotkało się to z krytyką unijnych liderów, gdyż sami są oni rzecznikami lewicowej rewolucji. Nie mogą i nie chcą więc krytykować tego, w co sami tak mocno wierzą.

 

„Śmierć jak każda inna”

Mają też zapewne powody do radości, gdyż z roku na rok w szaleńczym tempie zwiększa się liczba przypadków eutanazji w Belgii i Holandii. W pierwszym z tych krajów w zeszłym roku dokonano 2021 „zabiegów”, przy czym w 2002 roku, gdy „wspomagane samobójstwo” stało się legalne – były 24 takie przypadki. Pięć lat później liczba ta sięgnęła już prawie pół tysiąca, by podwoić się w 2011 roku. Podczas prezentacji zeszłorocznych wyników profesor Wim Distelmans, przewodniczący komisji ds. eutanazji, powiedział, że „nie znamy liczby przypadków eutanazji nieudokumentowanej, co nie pozwala nam ocenić rzeczywistych rozmiarów zjawiska”.

Słowa te są tylko potwierdzeniem wcześniejszych analiz świadczących o tym, jak bardzo legalizacja eutanazji wpłynęła na jej akceptację w społeczeństwie i poluzowanie barier etycznych. Faktem jest też to, że jej uprawomocnienie nie doprowadziło do wyeliminowania „nieudokumentowanych” przypadków – a najprawdopodobniej, przy braku zainteresowania państwa tym procederem, jedynie zwiększyło liczbę zabójstw przede wszystkim osób starszych, bezbronnych. Głównym motywem eutanazji jest bowiem chęć „przyspieszenia” ich śmierci – czego motywacją są albo kwestie finansowe, m.in. dążenie do przyspieszenia uzyskania spadku, albo znużenie opieką nad starszą osobą, chorym dorosłym lub dzieckiem. Motywem jest też niemożliwość zniesienia cierpienia bliskiej osoby, poczucie bezsensu i bezcelowości życia w takim stanie. Wiele z tych sytuacji rzeczywiście jest tragicznych i wymaga męczeńskiego poświęcenia – jednak nawet w takich momentach rozwiązaniem nie może być zabicie osoby cierpiącej, bez względu na to, czy sama wyraziła taką chęć, czy podjęła za nią decyzję jej rodzina, czy lekarze.

Nie trzeba być bowiem bacznym obserwatorem światopoglądowych zmian w kwestii akceptacji eutanazji, by zauważyć, że podobnie jak jest w sprawie dopuszczalności aborcji, także i w tym przypadku na pierwszym etapie jej przyjmowania sankcjonuje się stosowanie jej tylko w najbardziej drastycznych przypadkach, by z biegiem czasu, stopniowo rozszerzać ją na kolejne grupy. To rozszerzanie nie ma końca – w efekcie dążeniem ostatecznym w przypadku eutanazji jest wytworzenie sytuacji prawnej, w której każdy może w dowolnym momencie swojego życia zdecydować się na taki krok, a państwo musi umożliwić mu jego realizację. W przypadku osób, które same nie mogą podjąć takiej decyzji – gdyż są np. w śpiączce – normą ma być kończenie takiego życia, które wedle lewicowych kanonów „nie przedstawia większej wartości”.

Onkolog z katolickiego uniwersytetu w Leuven, Benoît Beuselinck podkreśla, że eutanazja stała się w Belgii „śmiercią jak każda inna”. Jego zdaniem doświadczenie tego kraju potwierdza teorię równi pochyłej, co oznacza, że gdy tylko naruszona zostanie jasna zasada mówiącą, że „lekarz nie może bezpośrednio i dobrowolnie zabić chorego”, wtedy ujawniają się „coraz liczniejsze wskazania, utrudniające, a nawet uniemożliwiające wytyczenie” wyraźnych granic eutanazji. To zaś powoduje, że uciekają się do niej np. osoby tracące wzrok, chore na Alzheimera w fazie początkowej, zmęczone życiem, przestępcy seksualni, ludzie w podeszłym wieku i samotni.

[...]

]]>
[email protected] (Aleksander Kłos) Nr 4/145, październik 2016 r. Sat, 10 Dec 2016 01:38:52 +0000