2017 https://opcjanaprawo.pl Tue, 19 Nov 2019 04:34:41 +0000 Joomla! - Open Source Content Management pl-pl Od Redakcji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4830-od-redakcji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4830-od-redakcji Od Redakcji

Sytuacja geopolityczna na świecie ulega gwałtownemu przemeblowaniu, co jak się wydaje, staje się przyczyną coraz większej dezorientacji, w którą popada część naszej klasy politycznej. Może to jednak stanowić dobry punkt krytyczny, który umożliwi dokonanie zmiany sposobu myślenia. Schematyzm, którym do tej pory posługiwano się w budowaniu relacji zagranicznych, staje się coraz bardziej niewygodny. Potrzeba mądrej, pragmatycznej i dostosowanej do szybko zmieniających się układów polityki staje się wręcz palącą potrzebą.


Mija rok odkąd na zaproszenie naszej redakcji w Polsce zagościł chiński ekonomista Song Hongbing, który kreślił przed zaproszoną na jego wykłady publicznością kuszącą wizję współpracy gospodarczej Polski z Chinami. Rozpościerał przed nami wizję „sprawiedliwszego niż atlantycki” handlu prowadzonego za pomocą lądowego transportu międzykontynentalnego, potocznie nazywanego Jedwabnym Szlakiem. Wielu z nas – tych nieulegających emocjom i patrzących nieco bardziej pragmatycznie – zadawało sobie wtedy pytanie: Czy istnieją w Polsce elity zdolne osiągnąć maksimum korzyści z tej oferty? Czy znajdziemy w sobie, jako kraj nieporównywalnie mniej znaczący niż Chiny, odpowiedni potencjał potrzebny do osiągnięcia w tym układzie wysokich wyników handlowych?
Działo się to w czasie, gdy wydawało się, że jest ku temu koniunktura, a rządzący przychylnym okiem spoglądają w kierunku Azji. Przypomnijmy, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej polskie władze witały w naszym kraju przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga wraz z małżonką. Dla przypomnienia, podczas, tej wizyty prezydent Andrzej Duda deklarował szumnie, że jako kraj „chcemy być dla Chin centralnym partnerem w Europie Środkowej”. Czy w ślad za tą deklaracją poszły jakieś działania, i czy są one na tyle rozsądne, by mówić już o spójnej i korzystnej
koncepcji? Rocznica wizyty autora cyklu „Wojna o pieniądz” przypada akurat na czas gdy doszło do zapowiadanej rekonstrukcji rządu i u jego steru zasiadł ekonomista Mateusz Morawiecki. Uznaliśmy, że tym bardziej jest to najlepszy moment, by dokonać istotnego przeglądu kwestii współpracy polsko-azjatyckiej, jeszcze raz zastanowić się nad wszystkimi jej plusami i minusami. Zadajemy sobie więc dzisiaj pytanie: polityka azjatycka Polski, jest czy jej nie ma i przez jakie pisze się „P”?

Redakcja

]]>
[email protected] (opcjanaprawo) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 09:22:56 +0000
Między samostanowieniem a status quo https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4829-miedzy-samostanowieniem-a-status-quo https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4829-miedzy-samostanowieniem-a-status-quo Między samostanowieniem a status quo

Gdyby konsekwentnie dążyć do realizacji prawa narodów do samostanowienia, to cała mapa polityczna współczesnego świata uległaby głębokiej dekompozycji. Wynika to z faktu, że współcześnie nie ma w zasadzie terytoriów monoetnicznych. Aż w przypadku 9/10 niepodległych państw ich obszar nie pokrywa się z podziałami etniczno-kulturowymi. Wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy (poprzez przesiedlenia, deportacje, wypędzenia lub „czystki etniczne”, wymuszoną asymilację bądź prawne nieuznanie odrębności) z reguły prowadzą do zbrodni.

Niezależnie od wcześniejszych doświadczeń z Czeczenią, Abchazją czy Kosowem, obecna turecka, irańska i iracka interwencja w Kurdystanie czy spór między Madrytem a Katalonią podgrzewają znowu dyskusję wokół aspiracji narodów pozbawionych niepodległości i praw do terytorialnej suwerenności. Niepodległościowe roszczenia Palestyńczyków, Tybetańczyków, Ujgurów, Kaszmirów, Portorykańczyków, Zulusów czy Flamandów i Szkotów tylko pozornie nie pozostawiają wątpliwości. Wiele z tych przypadków ma charakter niekolonialny, a zatem kontrowersyjny i trudny do zakwalifikowania. Jak traktować aspiracje niepodległościowe narodów żyjących w osobliwych tyglach, przemieszanych ze sobą? Który naród ma wówczas prawo stanowienia o sobie kosztem innego narodu? Obawy, że mniejszościowe narody zechcą skorzystać z pełnego prawa do samostanowienia, czyli dokonać secesji, sprawiają, że odmawia im się nawet praw częściowych, na przykład do autonomii kulturalnej czy językowej. Tak postępują Bałtowie wobec ludności rosyjskojęzycznej czy Turcy i Arabowie wobec Kurdów. Wywołuje to rozmaite zarzewia konfliktów, nie likwiduje jednak ich podstawowej przyczyny. Rozpad Jugosławii pokazał złożoność i dramatyzm położenia Serbów w Chorwacji, Chorwatów w serbskiej Krajinie, a także Albańczyków w Kosowie.

Obecnie praktycznie nikomu nie zależy na popieraniu tendencji wolnościowych, a zatem na rozdrabnianiu dotychczasowych jednostek geopolitycznych, niezależnie od tego, czy są nimi Irak, Hiszpania czy potężne Chiny. Większą groźbą dla istniejącego świata byłoby przecież stworzenie sieci hybrydalnych tworów państwowych, skłonnych do atawistycznego wojowania ze sobą. Wszyscy, którzy znają powikłania bliskowschodniej sceny politycznej, zdają sobie sprawę z tego, że utworzenie niepodległego Kurdystanu raczej skomplikuje, a nie uładzi sytuację w regionie i wywoła nowe osie konfliktu. Droga do niepodległej Palestyny jest długa i złożona, zależy nie tylko od stanowiska Izraela, lecz i sąsiednich państw arabskich. Niewiele również można zrobić w sprawie wolnego Tybetu czy Xinjiangu.

Eskalacja dążeń niepodległościowych grozi wzrostem napięć w skali globalnej na tle pretensji granicznych, roszczeń gospodarczych, niekontrolowanego przepływu broni, aktów terrorystycznych, zorganizowanej przestępczości. Wszystko to pociągałoby za sobą interwencję mocarstw odpowiedzialnych za utrzymanie ładu międzynarodowego. Jest absolutnie pewne, że rosnąca nieskończenie liczba niepodległych politycznych jednostek terytorialnych nie może być podstawą globalnego bezpieczeństwa i rozwoju. Czy zatem koszty kreowania nowych państwowości nie przewyższają aby swoją ceną pożądanych rezultatów? Tym bardziej że nie istnieje żadne moralne przykazanie, które głosiłoby powinność bezwzględnego korzystania z prawa do samostanowienia. Brakuje też na ten temat jednoznacznej interpretacji prawnej. Jak poza tym zachować równowagę między prawem do samodzielności i do samostanowienia a jednoczesnym wyzbyciem się ślepych separatyzmów narodowych?

Rozpad struktur wielonarodowych (ZSRR, Jugosławii, Czecho-Słowacji) na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku przyniósł ważne pytania o granice dążeń niepodległościowych. Abstrakcyjne prawo do samostanowienia zderza się bowiem z obiektywną sytuacją, w której przemieszanie ras, narodowości i narodów uniemożliwia wręcz jego realizację. Wystarczy choćby przywołać przykład Afryki, w której zaledwie cztery słabe państwa − Swazi, Lesotho, Botswana i Somalia − są jednorodne pod względem ludnościowym (choć dzielą się na rody i lineaże). W dekadzie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku w imieniu tegoż prawa popełniono w Europie i w Afryce straszliwe zbrodnie, przypominające krwawe rzezie czasów średniowiecza. Ów „powrót do egzystencji plemiennej” stał się procesem wyniszczającym i godnym pożałowania.

Być może obecne dążenia separatystyczne w Europie są reakcją na procesy integracyjne, zachodzące w niej od kilkudziesięciu lat. Osławiony „ligizm” (od Ligi Północnej), prowadzący do eskalacji dążeń autonomizacyjnych regionów włoskich jest spektakularną demonstracją „nowej plemienności” w życiu społecznym i kulturze, określanej jako „trybalizacja świata”. W wystąpieniach odśrodkowych można również dostrzec przejaw pewnego kryzysu bądź „zużycia się” dotychczasowych form demokracji. W miejsce demokracji obywatelskiej pojawia się tendencja do „etnodemokracji”. Według francuskiego socjologa Michela Maffesolego, tradycyjną politykę opartą na klasie politycznej i partiach politycznych zastępuje ponowoczesna „kultura sentymentu”, odwołująca się do uczucia, przeżycia, idei małych wspólnot i odrzucająca instytucje polityczne ukształtowane w ostatnich dwóch stuleciach.

Zgodnie z art. 1 obu Międzynarodowych Praw Człowieka z 1966 roku prawo do samostanowienia należy do pierwotnych praw kolektywnych. Zapisano tam, że „wszystkie narody mają prawo do samostanowienia. Z mocy tego prawa swobodnie określają one swój status polityczny i swobodnie zapewniają swój rozwój gospodarczy, społeczny i kulturalny”. Zagwarantowanie prawa narodów do samostanowienia jest warunkiem niezbędnym dla przestrzegania praw człowieka, zarówno politycznych i obywatelskich, jak też gospodarczych, społecznych i kulturalnych. Samostanowienie narodowe poprzedza wszystkie inne prawa. Nie można więc mówić o jakichkolwiek prawach człowieka bez emancypacji i samoukonstytuowania się narodów, nawet gdy często dzieje się to na drodze walki zbrojnej i przy użyciu przemocy.

W świetle takich zapisów i mimo poparcia dla idei samostanowienia wspólnota międzynarodowa nie jest zainteresowana mnożeniem nowych państw, niezdolnych do samodzielnego i stabilnego bytu. To przesądza o tym, że czas tworzenia małych państw dobiegł końca. Obecnie nie trzeba nikogo przekonywać, że fragmentaryzacja sceny międzynarodowej groziłaby wzrostem poziomu niekontrolowalności zdarzeń i procesów, które i tak w dużej mierze mają charakter żywiołowy. Świat uległby niebezpiecznej anarchizacji, której mogłyby się przeciwstawić jedynie wielkie mocarstwa.

Pęd do samostanowienia i suwerenizacji za wszelką cenę jest anachronizmem w zderzeniu z postępującą współzależnością międzynarodową, integracją oraz internacjonalizacją rozmaitych dziedzin życia społecznego. Prowadzi też do dywersyfikacji względnie zrównoważonych podziałów geopolitycznych, do gwałtownego wzrostu dysproporcji między niewielką liczbą mocarstw realnie odpowiedzialnych za utrzymanie pokojowego ładu międzynarodowego a mnogością uczestników słabszych, stanowiących trwałe źródło destabilizacji i napięć.

Paradoks polega na tym, że w deklaracjach samostanowienie uznaje się za słuszną i sprawiedliwą tendencję stosunków międzynarodowych, natomiast w motywacjach rzeczywistych państw często warunkuje się ją ich interesami politycznymi i ekonomicznymi. Powściągliwość państw zachodnich wobec deklaracji niepodległościowych republik bałtyckich w 1990 roku dowodzi, jak łatwo troska o utrzymanie „globalnej równowagi” i integralności terytorialnej wielkiego mocarstwa przesłaniała racje oparte na samostanowieniu. Z kolei entuzjazm części państw zachodnich wobec uznania niepodległości Kosowa i jednoczesna niechęć wobec uznania Abchazji i Osetii Południowej pokazują, jak samostanowienie stało się funkcją „gry interesów” między Zachodem i Rosją. Najczęściej służy więc ono za pretekst do ukrycia rzeczywistych motywacji polityki. Jest atrakcyjną wartością, póki nie uderza we własne interesy. Dla rozmaitych nacji pretendujących do samodzielności samostanowienie jest kluczem otwierającym wejście do klubu samodzielnych jednostek politycznych, natomiast dla państw istniejących stanowi raczej blokadę przed niepożądanymi zmianami, tak wewnątrz, jak zewnątrz porządku ustrojowego. W warunkach ogromnej różnorodności wewnętrznej trudno się zresztą spodziewać, aby wielcy aktorzy, będący jednocześnie twórcami reguł zachowań międzynarodowych, wyrażali bez zastrzeżeń zgodę na podważanie własnej spójności i stabilności. Nie budzi większego zdziwienia fakt, że wśród tych państw są i takie, które same kiedyś skorzystały z dobrodziejstw zasady samostanowienia, lecz obecnie bronią się przed jej rozszerzającą interpretacją.

Opór przeciwko szeroko pojmowanemu samostanowieniu wynika również z faktu, że znaczna część współcześnie istniejących państw wciąż ma ustroje autorytarne, mało liczące się z aspiracjami bądź pragnieniami swojej ludności. Byłoby naiwnością oczekiwać od reżimów niedemokratycznych, aby uznając w pełni zasadę swobodnego wyboru ludności w odniesieniu do swojego statusu, podkopywały zajmowane przez siebie pozycje.

Z powyższych wywodów wynika, że granice prawa do samostanowienia wyznacza − po pierwsze, interes poszczególnych państw i systemu międzynarodowego jako całości, których najważniejsze wartości oparte są na stabilności i integralności.

Po drugie, prawo do samostanowienia jest pochodną słabości powszechnego prawa międzynarodowego. Nie stoi za nim skuteczne instrumentarium implementacyjne. Przyzwala ono jedynie ruchom wyzwoleńczym na użycie siły, gdy przeciwko temu prawu jakieś państwo zastosowało przemoc. Brakuje natomiast solidarnego działania państw na rzecz egzekwowania tego prawa w wymiarze wewnętrznym. Nikt nie występuje ze skargami na forum Komitetu Praw Człowieka ONZ na pogwałcenie art. 1. Międzynarodowych Paktów Praw Człowieka.

Po trzecie, już choćby z tych powodów trudno zgodzić się z opinią, jakoby zasada samostanowienia stała się imperatywną normą (iuris cogentis) prawa międzynarodowego. Panuje zgoda, że tylko narody zniewolone przez państwa kolonialne, rasistowskie czy okupacyjne mają – w myśl Karty Narodów Zjednoczonych – prawo do samostanowienia i międzynarodowego uznania. Ale nawet i w tym wypadku samostanowienie nie jest imperatywem.

Po czwarte, prawo do samostanowienia jest ograniczane przez inne normy, które obowiązują w odniesieniu do niektórych obszarów. Dotyczy to reguły uti possidetis (w prawie rzymskim środek ochrony posiadania nieruchomości; w prawie międzynarodowym podstawa regulowania kwestii terytorialnych), odnoszącej się do terytoriów, które albo były koloniami, albo jak w przypadku Bośni i Hercegowiny częściami państwa federalnego. Oznacza to, że ludności żyjącej w określonych granicach odmawia się prawa swobodnego wyboru państwa, do którego chciałaby ona należeć. W tych przypadkach − rzec można − geopolityka bierze górę nad prawem międzynarodowym. Zasadę tę najpełniej zastosowano w procesie dekolonizacji Afryki, gdzie stała się ona nadrzędna tak wobec tytułów historycznych (przykład Sahary Zachodniej), jak i wobec względów etnicznych (Katanga i Biafra). Odstępstwa dopuszczono jedynie w drodze porozumienia stron (powstanie Tanzanii w wyniku zjednoczenia Tanganiki z Zanzibarem i Pembą w 1964 roku oraz wskutek secesji Erytrei z Etiopii w 1993 roku). Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości podkreślił znaczenie zasady uti possidetis jako podstawowego składnika międzynarodowego porządku prawnego w Afryce. Na marginesie można dodać, że nie uzyskały uznania międzynarodowego zbrojne secesje, połączone przeważnie z obcą interwencją, których efektem było proklamowanie niepodległości Tureckiej Republiki Cypru Północnego, Górskiego Karabachu, Republiki Naddniestrzańskiej, Abchazji i Południowej Osetii. Tragiczne konsekwencje przyjętej interpretacji uti possidetis iuris widać było najbardziej na przykładzie Czeczenii w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku.

Po piąte, granice prawa do samostanowienia wynikają z zasady suwerenności i nieingerencji w sprawy wewnętrzne. Pierwsza z nich określa, że nie mają prawa do secesji grupy narodowe, etniczne czy jakiekolwiek mniejszości. W sensie podmiotowym prawo do samostanowienia przysługuje tylko dwóm klasom ludzi − narodom znajdującym się w zależności kolonialnej lub pod okupacją. Nie mają go natomiast grupy etniczne czy narodowe, które chciałyby swobodnie wybrać swój status międzynarodowy. Prawo do samostanowienia wkracza jednak w domenę suwerenności państwa przez to, że zobowiązuje jego władze do przyznania praw uczestnictwa w życiu publicznym grupom rasowym i etnicznym, żyjącym na jego terytorium. Natomiast druga z wymienionych zasad − nieingerencji w sprawy wewnętrzne − jest modyfikowana w tym sensie, że upoważnia każde państwo do podnoszenia kwestii samostanowienia w rokowaniach dwustronnych i wielostronnych, jeśli domagają się go jakiekolwiek upoważnione do tego podmioty.

[...]

Stanisław Bieleń

]]>
[email protected] (Stanisław Bieleń) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 09:19:47 +0000
Strategiczne wyzwania wobec Azji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4828-strategiczne-wyzwania-wobec-azji https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4828-strategiczne-wyzwania-wobec-azji Strategiczne wyzwania wobec Azji

To od naszej świadomej i przemyślanej strategii zależy, czy Nowy Jedwabny Szlak przyczyni się do wzrostu gospodarczego i większego usamodzielnienia Polski na arenie międzynarodowej, czy jedynie do tego, że zamienimy jednego suwerena na drugiego – mówi Stanisław Aleksander Niewiński, z Polskiego Centrum Informacji Strategicznych w rozmowie z Dorotą Niedźwiecką.

Jesteśmy pod wpływem gospodarczym Chin. Eksportujemy do nich 12,5 razy mniej, aniżeli importujemy. Otwarliśmy się na Nowy Jedwabny Szlak. Równocześnie uprawiamy politykę militarnie proamerykańską. Jak postrzega pan naszą współpracę z dwoma największymi mocarstwami, które konkurują przecież ze sobą o strefę wpływów?

Polityka współpracy z kilkoma ważnymi ośrodkami siły na arenie międzynarodowej to nic nowego i uważam ją za dobre rozwiązanie, chociaż wymagające dużego wyczucia dyplomatycznego. Gdyby szukać przykładu takiej polityki: co najmniej kilka państw w strefie Rimlandu, czyli sieci wysp i półwyspów, okalających Eurazję, leżących w strefach strategicznych, stosuje z dobrym skutkiem takie rozwiązania. Najlepszym przykładem łączenia współpracy z tymi dwoma rywalizującymi ze sobą mocarstwami: Chinami i USA jest Korea Południowa. W kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi postawiła przed wszystkim na sojusz wojskowy, który formalnie został zawarty jeszcze w 1953 r. Na terenie Korei Południowej stacjonuje 28,5 tys. żołnierzy i to Waszyngton gwarantuje Seulowi bezpieczeństwo. Natomiast przy współpracy z Chinami – Korea postawiła na aspekty ekonomiczne. Aż 25,1% (pierwsza lokata) eksportu Korei Południowej trafia do Chin. Chiny są także pierwszym partnerem Korei Południowej w dziedzinie importu – 21,4%. Przedsiębiorstwa południowokoreańskie zarabiają na kontaktach z ChRL. Co istotne, Korea potrafi w umiejętny sposób lawirować między tymi potężnymi państwami. Np. w sprawie Korei Północnej, która jest naturalnym przeciwnikiem Korei Południowej i sojusznikiem militarnym Chin. Korea Południowa zbliża się do tego z mocarstw, które gwarantuje zahamowanie atomowych i balistycznych ambicji KRLD. Z tego powodu w ostatnich miesiącach doszło do pogłębienia kooperacji Seulu z Waszyngtonem. Amerykanie zaimplementowali na terenie Korei Południowej elementy antybalistycznego systemu THAAD. Podsumowując: Korea Południowa uzależnia swoje zbliżanie wobec Stanów i wobec Chin od tego, co te mocarstwa dadzą jej w zamian.

Chociaż jest słabsza od Stanów i Chin, dyktuje warunki?

Korea Południowa jest silnym ekonomicznie i militarnie krajem, chociaż oczywiście zdecydowanie słabszym od USA i od Chin. Produkt krajowy brutto Korei Południowej czyni ją 15. gospodarką globu. Pod względem militarnym (ranking think-tanku Global Firepower) kraj ten znajduje się na 12. miejscu. Niezwykle ważne jest położenie geograficzne, ponieważ Półwysep Koreański stanowi istotny element dalekowschodniego Rimlandu. Posiadany potencjał ekonomiczny i militarny oraz strategiczne położenie geograficzne umożliwia jej ustawienie się jako ważny gracz. W ten sposób od kilkunastu lat Koreańczycy wygrywają dla siebie różne rzeczy zarówno u Amerykanów, jak i u Chińczyków.

Czy my mamy możliwość ustawić się podobnie jak ten gracz?

To jest dobre pytanie. Postawiłbym jednak sprawę w inny sposób. Jeśli chcemy być liczącym się graczem, to musimy grać na współpracę z kilkoma mocarstwami i w oparciu o to budować pozycję.

 

A jakie mamy karty przetargowe?

Położenie. Jesteśmy niemal na styku Europy z Azją. I równocześnie jesteśmy około dwudziestą, czyli stojącą stosunkowo wysoko, gospodarką świata. Jeśli Chińczycy chcą tworzyć projekt Balt & Road, musi on obejmować Polskę. Jeśli natomiast Amerykanie chcieliby go blokować, też będą musieli rozmawiać z Polską. Dobrą analogią – jeszcze lepszą niż Korea Południowa – są tu Filipiny, których położenie jest zarówno dla Chin, jak też dla Stanów Zjednoczonych kluczowe. Chińczycy, chcąc wyjść na Ocean Spokojny z flotą handlową czy wojenną, mogą to uczynić wówczas, gdy Filipiny są w strefie ich wpływów. Z kolei Amerykanie, gdyby chcieli blokować Chińczyków, również potrzebują mieć Filipiny po swojej stronie.

Filipiny z Rodrigo Duterte na czele zaczęły wykorzystywać ten fakt. W 2016 r. przywódca tego kraju zdecydował się na zbliżenie do Chin. Wynika to z kilku powodów. Chiny uważają Morze Południowochińskie za sferę swoich wyłącznych wpływów. Podporządkowują sobie ten m.in. poprzez sypanie sztucznych wysp oraz montowanie na ich terenie infrastruktury wojskowej. Wielu państwom się to nie podoba, np. właśnie Filipinom. Z tego powodu Manila złożyła prośbę o rozpatrzenie kwestii zasadności chińskich roszczeń w basenie tego morza do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Hadze. Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy uznał w lipcu 2016 r. chińskie roszczenia w basenie Morza Południowochińskiego za bezzasadne. Co prawda Filipiny wygrały w Hadze, ale Chiny nie uznały opinii trybunału. Zbyt zachowawczo – zdaniem Filipin – zareagowały na tę sytuację Stany Zjednoczone, które są sojusznikiem Filipin. Ograniczyły się one głównie do wygłoszenia opinii o konieczności uznania wyroku trybunału.

Relacje amerykańsko-filipińskie pogorszyły się zarówno wskutek tej sytuacji, jak też w wyniku amerykańskiej krytyki (kontrowersyjnej skądinąd) polityki antynarkotykowej prezydenta Rodrigo Duterte. W tej sytuacji Filipiny postanowiły dokonać detente w stosunkach z Pekinem. Jesienią 2016 r. Rodrigo Duterte udał się z wizytą do Chin. Efekt: do dziś Filipiny i Chiny podpisały wiele umów o charakterze gospodarczym, dotyczących m.in. współpracy w dziedzinie inwestycji, finansów, energetyki, rolnictwa, mediów, turystyki, walki z handlem narkotykami, a także w sprawie utrzymania bezpieczeństwa na morzach. W lipcu Chiny i Filipiny podpisały porozumienie w sprawie wspólnego wydobywania ropy naftowej z dna Morza Południowochińskiego. Z punktu widzenia Filipin ten fakt częściowo łagodzi skutki ekspansji ChRL w tym akwenie. Oba kraje kooperują również w dziedzinie wojskowej. Chiny podarowały Filipinom kilka tysięcy karabinów. Jak widzimy oba kraje mocno zacieśniły współpracę. Amerykanie, widząc niebezpieczne z perspektywy ich racji stanu zbliżenie na linii Pekin-Manila, postanowili ocieplić relacje z Filipinami. W ramach tego ocieplenia amerykańscy żołnierze pomagali Filipińczykom walczyć z ISIS o miasto Marawi.

[...]

Dorota Niedźwiecka

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 09:16:47 +0000
Uczmy się od Chin https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4827-uczmy-sie-od-chin https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4827-uczmy-sie-od-chin Uczmy się od Chin

Współczesne dzieje Polski i Chin rozpoczęły się tego samego dnia. 4 czerwca 1989 roku w Polsce odbyły się wybory kontraktowe, które otwierały opozycji drogę do władzy, a w Pekinie na Placu Tien’anmen (Niebiańskiego Spokoju) komuniści chińscy krwawo zdławili protesty prozachodnich studentów.

Od tego czasu Chiny osiągnęły sukces zapierający dech w piersiach. W ciągu 30 lat wydźwignęły się z pozycji jednego z najbiedniejszych państw świata na drugie miejsce w globalnej gospodarce i polityce. Z państwa-pariasa stały się wyzwaniem dla hegemonii USA. Wydobyły z nędzy ponad pół miliarda swoich obywateli, dając im pracę, mieszkania w miastach i coraz wyższe wynagrodzenia. Żadnemu innemu państwu nie udało się tego dokonać.

Jakie metody zastosowali Chińczycy, by osiągnąć wyznaczony sobie cel? Spróbujmy przedstawić je choćby w ogólnych zarysach.

Wejście w światowy porządek

Aby otworzyć się na świat, należało przystąpić do międzynarodowych organizacji. Pekin nie chciał zgodzić się na warunki oferowane przez USA, które w tym okresie zdominowały politykę światową. Proces ten, spowalniany przez wieloletnie, niejednokrotnie przedłużane negocjacje, trwał kilka dziesiątków lat. Chińczycy wiedzieli, że reguły gry stanowią o sukcesie bądź porażce. Nam tej świadomości zabrakło, tak przy włączaniu się do światowego systemu, jak i przy wchodzeniu do Unii Europejskiej.

Aby przystąpić do globalnej konkurencji, trzeba rozpoznać teren, rozgryźć reguły, zrozumieć działania najbardziej wpływowych aktorów. I Chińczycy to robią na wielu poziomach – od publicystyki (czego przykładem jest „Wojna o pieniądz” Song Hongbinga, wydana przez wydawnictwo Wektory) po analizy w centrach wojskowych, które zajmują się także rozszyfrowaniem specyfiki rządzenia za pomocą dolara. Czasami mamy dostęp do takich materiałów, np. analiza generała Qiao Liang, w której przedstawił on, w jaki sposób decyzje FED i globalna geopolityka Waszyngtonu są skoordynowane, jakie odnoszą korzyści z obecności dolara w świecie i jak je wzmacniają wzniecając kryzysy w różnych częściach świata. Jeszcze przed krachem chińskiej giełdy twierdził, że teraz przyszła kolej na Chiny. USA nie udało się bowiem wywołać kryzysu morskiego, konfliktów o wyspy czy wieże wiertnicze. Ruch Occupy Central w Hong Kongu też poniósł porażkę i nie powtórzył sukcesu kijowskiego Majdanu.

Chińczycy opanowali więc reguły globalnej gry, mechanizmy światowego pieniądza i gospodarki i wiedzą, jak się w tych ramach poruszać.

Władza suwerenna

Deng Xiaoping w grudniu 1978 r., przeprowadzając reformy i modernizację, wprowadził kraj na nową ścieżkę rozwoju. Późniejsi liderzy dokonywali kolejnych kroków, z których najważniejsze było wprowadzenie Chin do Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO). Partia zapewniła stabilność przejścia od gospodarki komunistycznej do bardzo specyficznej konstrukcji, gdzie państwowe kolosy odgrywają rolę liderów rynku, rozwoju technologii i ekspansji zagranicznej, prywatne przedsiębiorstwa zaś zagospodarowują pozostałą przestrzeń gospodarczą. A wszystko to w systemie jednopartyjnej władzy politycznej, która uchroniła struktury państwa przed rozdrobnieniem i dezorganizacją, jakiej uległo państwo polskie. Chinami wciąż bowiem – od 1 października 1949 r. – rządzi partia komunistyczna. To ogromna ogólnonarodowa organizacja – liczy 89 milionów członków, choć realna władza wykonawcza skupiona jest w siedmioosobowym Komitecie Politbiura.

Władza Chin opiera się na wielowiekowej tradycji, na merytokracji aparatu państwowego i partyjnego. To właśnie biurokracja kieruje państwem, to ona musi rozpoznać trendy, wyznaczyć strategię, a później nadzorować jej realizację. Zintegrowana władza, nazywana „autorytarną”, może zmusić przedsiębiorstwa do zachowywania się zgodnie z logiką i w interesie całej gospodarki, a nie tylko własnym. W przeciwieństwie do często chaotycznej i nieprzewidywalnej demokracji – Chiny są stabilne i przewidywalne.

Państwo liberalne, niesprawne przez system rozproszenia władzy („checks & balances”), jest niewydolne nawet w stabilnych warunkach, ale zapewnia różnym grupom elit równowagę sił. Ustrój taki wprowadzony w państwie słabym i podporządkowanym obcym wpływom, gwarantuje że kraj nie będzie się rozwijał. Jednym słowem będzie łatwym łupem dla wielkich tego świata. Chińska Partia Komunistyczna nie oddała władzy, utrzymała ośrodek dowodzenia, który potrafi rozeznać sytuację, zgromadzić wiedzę i zaplanować drogę rozwoju, a także zmobilizować do tego środki i zapewnić wsparcie w razie pojawieniu się przeszkód.

Gospodarka – walczyć o wartość dodaną

Wzrost PKB Chin jest niewiarygodnie szybki i od długiego czasu – od 2000 roku Chiny rozwijają się z najwyższym na świecie średnim rocznym wzrostem PKB, aż 9,6%, podczas gdy strefa Euro osiąga 1,0%, a USA 1,9%. W dynamice wszyscy oczywiście ustępują Chinom, ale w wartościach realnych jest to wciąż biedny kraj – PKB na mieszkańca wynosi 8,1 tys. dolarów, gdy w USA – ponad 57 tysięcy. To ciągle przepaść, jednak już nie taka jak na początku drogi w 1989 r., gdy w Stanach na mieszkańca PKB wynosił 23 tysiące $, a w Chinach zaledwie 300 $.

Gospodarka chińska była centralnie sterowaną, pozbawioną prywatnej własności gospodarką komunistyczną, zdewastowaną przez wojny i rewolucje. Toteż zacząć trzeba było od fundamentów, na początku wprowadzając reformę rolnictwa, prywatyzując je i osiągając wysoką wydajność dzięki drobnej prywatnej własności. Był to pierwszy krok do sukcesu. Zapewniał dostatek żywności i uwolnił rzesze ludności wiejskiej do budowy przemysłu. To właśnie industrializacja była najważniejszym krokiem w rozwoju państwa. Podobnie jak Japonia, Tajwan, Korea Płd. – Chiny zastosowały strategię skoncentrowaną na rozwoju eksportu, chroniąc swoje rozwijające się gałęzie („infant industries”) taryfami importowymi, regulacjami i zamówieniami publicznymi. Etap ten rozpoczynała rozbudowa hutnictwa i przemysłu metalowego. Japonia od 1954, a Chiny od 1992 r. rozwinęły na wielką skalę produkcję stali i metali takich jak aluminium czy miedź.

Polityka przemysłowa jest kluczowa – pozwala konkurować na rynkach światowych i tworzy dużą ilość miejsc pracy. Chiny zbudowały swoją potęgę na eksporcie jako mechanizmie rozwoju, wykorzystującym tanią siłę roboczą i nakręcającym rozwój gospodarczy. Jego rola była ogromna – po wstąpieniu do WTO w 2001 r. eksport stanowił w 2006 r. 37% produktu narodowego. W późniejszych latach Chiny uniezależniły się jednak od światowego rynku, opierając rozwój na krajowym popycie. Dzisiaj eksport stanowi jedynie 20% PKB, nieznacznie więcej niż w gospodarce amerykańskiej (12,5%), nieporównywalnie zaś mniej niż w niemieckiej (46%), nie mówiąc już o polskiej (52%). Chiny nie miały też deficytu handlowego, wypracowując cały czas nadwyżki, zwiększały swoje bogactwo, akumulując kapitał, umożliwiający inwestycje tak w kraju, jak i za granicą. Dzięki temu stały się zasobnym krajem, który jest w stanie przetrwać największe kryzysy.

Historycznie patrząc – to nic nowego, to powtórzenie wzorców rozwoju Wielkiej Brytanii z czasów imperium, Niemiec z XIX wieku, opierających się na ideach Friedricha Lista, ekspansji Japonii ery Meiji czy w końcu Stanów Zjednoczonych z XIX i XX wieku. System oparty na protekcjonizmie wobec zagranicy, intensywnym ściąganiu zasobów i konkurencji wewnętrznej. Kraje te „zapomniały” o własnej historii i promują model, który blokuje pojawienie się nowych konkurentów, a w którym same nie mogłyby się rozwinąć. Polityka chińska sprzyja rozwojowi gospodarki własnego kraju, nie kierując się radami ani nie ulegając presji Zachodu.

Istotna jest także własność przemysłu, w halach montażowych stawianych w Azji Południowej, jak i w Polsce, trudno nauczyć się nowych technologii, które pozostają we władzy globalnych korporacji i nie generują realnego rozwoju gospodarczego. Po zamknięciu takich montowni pozostaje jedynie zdewastowany rynek pracy. Własność decyduje o miejscu akumulacji dochodów wypracowanych przez przedsiębiorstwo, a dominacja zagranicznego kapitału to drenowanie z kraju wypracowanych nadwyżek, osłabianie gospodarki z powodu wypływu dochodów i w efekcie – ubożenie kraju.

Strategia ta jest sprzeczna z tym, co zaleca Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i rozwinięte kraje Zachodu, czyli oddawanie międzynarodowej konkurencji kolejnych gałęzi własnej gospodarki – tak w przemyśle, jak i usługach, szczególnie finansowych. A wszystko to pod hasłami wolnego rynku.

Chińczycy zapobiegli takiemu scenariuszowi, wspierając własne państwowe i prywatne przedsiębiorstwa w dziedzinach umożliwiających rozwój kraju. Zasilając je tanimi kredytami, nie pozwalając wypchnąć ich z dochodowych gałęzi gospodarki. Chiński biznes działał w uprzywilejowanych warunkach w kraju, a konkurował na rynkach światowych. I tak „narodowi czempioni” wchodzili na rynki zagraniczne, a dzięki eksportowi stawali się potęgą światową. Jeśli tam sobie radzili, to znaczy, że były konkurencyjne, jeśli nie – zaprzestawano ich wpierania.

[...]

Andrzej Szczęśniak

]]>
[email protected] (Andrzej Szczęśniak) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 09:10:49 +0000
Co można ugrać na ekspansji chińskiej? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4826-co-mozna-ugrac-na-ekspansji-chinskiej https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4826-co-mozna-ugrac-na-ekspansji-chinskiej Co można ugrać na ekspansji chińskiej?

Przeżarte kolesiami, którzy dbają głównie o własny interes, polskie ministerstwo spraw zagranicznych pozostaje od dłuższego czasu pod obstrzałem nie tylko politycznej opozycji, ale reformatorskich sił w rządzącej partii. Już na lipcowym kongresie PiS w Przysusze szef partii Jarosław Kaczyński w publicznym wystąpieniu skrytykował opóźnienia w oczyszczaniu MSZ „ze złogów”, zalecając ministrowi Waszczykowskiemu aktywniejsze podejście do polityki kadrowej. Wydaje się, że dłużej nie można wstrzymywać nadciągającej „kuracji przeczyszczającej” dla polskiej dyplomacji wywodzącej się często z moskiewskich szkół. Dobiegają wszak końca zmiany w sądownictwie i cała energia ostrza reform będzie mogła zostać skierowana na postkomunistyczną skamielinę, jaką w dużej mierze pozostało ministerstwo spraw zagranicznych.

Polska nie miała dotąd szczęścia do ministrów spraw zagranicznych. Już w okresie międzywojennym (1918-1939) mieliśmy aż szesnastu ministrów kierujących polską dyplomacją. Rząd RP na Uchodźstwie (londyński) utrzymywał od 1939 do 1990 roku kolejnych piętnastu ministrów, a równolegle komunistyczne, podległe Moskwie władze na terenach nowej Polski mianowały w latach 1944-1989 czternastu ministrów spraw zagranicznych. Wśród nich jakimś bladym pozytywnym światłem wydaje się świecić Adam Rapacki, znany z planu utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej, który próbował plasować Polskę na jakiejś międzynarodowej scenie. Pozostali – mniej lub bardziej – tworzyli z Polski „bliską zagranicę” dla Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Pewnym przełomem było objęcie teki szefa MSZ w 1989 przez Krzysztofa Skubiszewskiego, który na tym stanowisku przetrwał do jesieni 1993 roku.

Skubiszewski próbował wypracować jakąś własną, polską doktrynę państwową. Nie było to proste zadanie, bo przez większość tego czasu od 1918 roku Polska nie była państwem do końca niepodległym, więc własna doktryna oddziaływania państwa na zagranicę nie mogła się łatwo wykształcić. Niemniej minister Skubiszewski – jakkolwiek współpracujący wcześniej jakoś z tajnymi służbami pod pseudonimem „Kosk” – doprowadził do wstąpienia Polski w 1991 roku do tzw. Hexagonale (Inicjatywa Adriatycka: Austria, Czechosłowacja, Jugosławia, Węgry, Włochy, Polska). Polska mogłaby tam odgrywać istotną rolę, gdyby umiała nakreślić koncepcję trwania tej organizacji w czasie rozpadu Jugosławii i Czechosłowacji. Niestety takiej myśli nasza dyplomacja nie umiała wtedy wyartykułować.

Nie umiała i do dziś nie umie, kolejnych bowiem jedenastu szefów dyplomacji polskiej (od 1993 do 2017) nie zapisało się żadnymi szczególnymi koncepcjami niezależnego pozycjonowania Polski na międzynarodowej arenie. Jedynym istotnym krokiem było przystąpienie do NATO, a potem Unii Europejskiej, nieco na wzór niegdysiejszych moskiewskich: Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Dziś krytyka tych decyzji z lat 1999 i 2004 traktowana jest powszechnie jako polityczna herezja do tego stopnia, że trudno w ogóle znaleźć opiniotwórcze środowiska, które byłyby w stanie na ten temat dyskutować. Współczesne polskie rządy (od lat 90.) przekonane były i są, że wiszenie u brukselskiej klamki jest lepsze niż wiszenie u klamki moskiewskiej, które było zalecane przez poprzednie władze od 1944 roku. Pewnym novum jest teza o wyższości podwieszenia się do klamki waszyngtońskiej zamiast brukselskiej (środowisko Antoniego Macierewicza), ale co do zasady „podwieszania się” nie stanowi ona żadnej koncepcyjnej rewolucji.

Dziś na horyzoncie Polska ma „czwartą klamkę”, do której mogłaby się „podwiesić”. Jest to klamka pekińska, wielu publicystów i analityków wskazuje ją jako alternatywę dla klamek moskiewskiej, brukselskiej i waszyngtońskiej. Chińska Republika Ludowa od kilku lat prowadzi aktywną politykę w Europie Środkowej, jednoznacznie proponując Polsce przyjęcie kierownictwa nad całą grupą mniejszych państw pozostających w obszarze zainteresowania Chin. Wyrazem tej inicjatywy jest utworzone w 2012 roku „Forum 16+1” zrzeszające Chiny oraz 16 państw Europy Środkowej i Wschodniej (Albanię, Bośnię i Hercegowinę, Bułgarię, Chorwację, Czarnogórę, Czechy, Estonię, Litwę, Łotwę, Macedonię, Polskę, Rumunię, Słowację, Słowenię, Serbię i Węgry).

Inicjatywa „16+1” nie jest (na razie?) formalną organizacją międzynarodową. Ma mizerny budżet, z którego organizuje coroczne spotkania głów stowarzyszonych państw. Ale generuje ona coraz ciekawsze strategiczne i dalekosiężne pomysły. Jeden z ostatnich przykładów to warszawskie spotkanie ministrów transportu państw Europy Środkowo-Wschodniej i Chin w końcu października 2017. Dyskutowano na nim o planach politycznych, projektach infrastrukturalnych i wizjach rozwoju transportu w subregionach: Adriatyku, Bałtyku, Morza Czarnego i Grupy Wyszehradzkiej. Towarzyszące panele wymiany poglądów poświęcone były drogom wodnym oraz morskim portom. W czasie spotkania zainaugurowany został Sekretariat ds. Morskich „16+1″, funkcjonujący przy polskim Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Na zjeździe obecni byli przedstawiciele wielu portów naszego regionu (Ryga, Kłajpeda, Gdańsk, Gdynia, Szczecin/Świnoujście, Bar, Rjeka, Ploce, Zadar, Koper, Konstanca), a także linii kolejowych. Jak widać, koncepcja współpracy portów Międzymorza objęta została w ten sposób efektywnym chińskim patronatem, przy całkiem oficjalnej zgodzie Polski na koordynację tej inicjatywy.

 

Warto przypomnieć, że już w 2013 roku chińska firma China Merchants Holdings International wykupiła 23,5% udziałów w kontenerowym terminalu Doraleh w Dżibutti. Dżibutti to taki przesmyk od południa na Morze Czerwone, rzec by można: strażnik Suezu. W 2015 inna chińska firma shippingowa, COSCO wykupiła 67% udziałów zarządu portu Pireus w Grecji. To dzisiaj największy port przeładunkowy Morza Śródziemnego, położony stosunkowo niedaleko od prowadzących na Morze Czarne cieśnin Bosfor i Dardanele. Strażnik Bosforu? Jednocześnie w Algierii, niedaleko Gibraltaru, buduje się za chińskie pieniądze nowy terminal w małym porcie Cherchell. Budują go chińskie firmy: China Harbour Engineering Company i China State Construction Engineering Corporation. Cherchell ma przed rokiem 2050 osiągnąć zdolność przeładunkową 26-35 milionów ton. Czy to także strażnik Gibraltaru? Dla porównania: w 2015 roku Gdańsk razem z Gdynią przeładowały ok. 46 milionów ton towarów, ale rząd Polski planuje rozbudowę tych portów: w perspektywie do 2028 roku przeładunki w tych portach osiągnęłyby ok. 100 milionów ton.

Wskazując na chińskie zainteresowanie morzami otaczającymi Europę, warto również przypomnieć o chińsko-rosyjskich manewrach obu flot morskich, które odbyły się w końcu lipca br. na Bałtyku. Był to pierwszy pobyt chińskich wojskowych jednostek pływających na tym wewnętrznym morzu. Manewry te należy traktować jako element chińskiego wojskowo-ekonomicznego rozpoznania, zresztą takiego samego, jakie widzimy ze strony USA (incydenty rosyjsko-amerykańskie z połowy kwietnia 2016 związane z pobytem niszczyciela US Navy „Donald Cook” w pobliżu Kaliningradu).

[...]

Paweł Falicki

]]>
[email protected] (Paweł Falicki ) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 09:06:52 +0000
Postawić na Chiny https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4825-postawic-na-chiny https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4825-postawic-na-chiny Postawić na Chiny

W sytuacji, kiedy mamy do czynienia ze strategicznym partnerstwem niemiecko-rosyjskim i z wycofywaniem się wielu sił i środków amerykańskich z Europy, pojawienie się tutaj nowego gracza, nowej siły geostrategicznej byłoby bardzo korzystne dla państwa polskiego, ponieważ Chiny mogłyby stać się swego rodzaju balanserem między wpływami amerykańskimi a niemiecko-rosyjskimi – mówi w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem dr Leszek Sykulski, adiunkt w Katedrze Bezpieczeństwa Narodowego Wyższej Szkoły Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim. – Wejście w ścisłe relacje polityczne i gospodarcze z Chinami wzmacnia nasze bezpieczeństwo – podkreśla.

– Jaka jest obecna sytuacja geopolityczna Polski?

– Jest bardzo skomplikowana. Obecnie jest niekorzystna. Wynika to z kilku uwarunkowań. Po pierwsze, wynika to z międzynarodowego układu sił. Mamy do czynienia z geostrategicznym zwrotem USA. Zwrotem wykonywanym w stronę Azji Wschodniej i zachodniego Pacyfiku. Co za tym idzie, główny trzon zaangażowania Stanów Zjednoczonych zarówno politycznego, jak i militarnego przenosi się do Azji, co ma bezpośrednie znaczenie także dla nas i naszego bezpieczeństwa, jeśli chodzi o wysuniętą obecność USA na kontynencie euroazjatyckim. Główne interesy USA dzisiaj leżą w Azji Wschodniej. Cała ta obecna układanka geopolityczna, ten układ sił, który się kształtuje na świecie, tworzy się wokół tego nowego jądra geopolitycznego.

Drugim elementem – bardzo istotnym i kluczowym – jest to, co obserwujemy od dłuższego czasu, od pierwszych lat tego wieku, czyli strategiczny sojusz niemiecko-rosyjski. Trzeba jasno podkreślić, że mamy do czynienia z ewoluowaniem, ale cały czas w obrębie kształtowania tego partnerstwa. Niektórzy analitycy w Polsce często zapominają o tym. Patrzą na Niemcy przez pryzmat tego głównego trzonu gospodarczego i politycznego Unii Europejskiej i interpretują relacje niemiecko-rosyjskie chociażby przez pryzmat oficjalnych wypowiedzi, które padają z ust kanclerz Angeli Merkel, w Bundestagu czy niektórych think-tanków, takich jak Niemieckie Towarzystwo Polityki Zagranicznej. Natomiast pamiętajmy jedną rzecz – że w Polsce kultura strategiczna, odnosząca się do geopolityki jako takiej została przerwana. W okresie międzywojennym geopolityka była uprawiana na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wybitny prawnik prof. Konstanty Grzybowski prowadził wykłady z geopolityki. Jeden z bardziej wpływowych piłsudczyków płk Ignacy Matuszewski był także doskonałym geopolitykiem, człowiekiem, który znał doskonale prace klasyków, takich jak MacKinder, Mahan czy Haushofer, i tworzył nasze rodzime koncepcje. Ta kultura strategiczna została przerwana.

Po II wojnie światowej geopolityka była paradygmatem wyklętym. Stąd pewne niezrozumienie wśród wiodących analityków tych procesów geopolitycznych. W geopolityce decydują fakty. Najbardziej dobitnym faktem potwierdzającym istnienie strategicznego sojuszu niemiecko-rosyjskiego jest gazociąg na dnie Bałtyku. To pokazało kształtowanie się tego strategicznego sojuszu. To już nie tylko kwestia poligonu Mulino – na byłym rosyjskim poligonie artyleryjskim wspólny projekt cyberpoligonu, którego Rheinmetall rozpoczął budowę, ale właśnie Nord Stream. Ta układanka geopolityczna, która była akuszerem tej sytuacji, to jest oczywiście doktryna Giedroycia. Polska opowiedziała się w sposób bardzo jednostronny za interesami Ukrainy, kiedy weszła w buty adwokata Ukrainy, nie godząc się na drugą nitkę gazociągu Jamał. Odmowa poprowadzenia tej drugiej nitki doprowadziła do szukania alternatywy, która była nieopłacalna ekonomicznie, bo gazociąg na dnia Bałtyku w sensie czysto inżynierskim, technicznym jest ogromnym kosztem. Ale tutaj zwyciężyła geopolityka. Polska wybrała doktrynę Giedroycia, mówiącą o tym, że naszym strategicznym sojusznikiem i partnerem jest Ukraina i, upraszczając, bez Ukrainy Polska nie może obronić swojej niepodległości. Tylko pamiętajmy, że doktryna Mieroszewskiego-Giedroycia, koncepcja ULB to także doktryna włączająca w ten projekt Białoruś. A tymczasem stosunki Polski z Białorusią są fatalne.

Pomijając aspekt globalny walki o nowe przywództwo, USA koncentrują się na Azji, mamy wielki wyścig między Chińską Republiką Ludową a Stanami Zjednoczonymi, ale są także inne mocarstwa wzrastające, odbudowujące swoją potęgę, takie jak Federacja Rosyjska, Brazylia czy Indie, oraz starzy gracze na płycie euroazjatyckiej, tacy jak Turcja czy Iran. Walka między nimi prowadzi w istocie do czegoś, co w rosyjskiej geopolityce nazywane jest policentryzacją świata, czyli odejściem od dominacji jednego hegemona i od systemu bipolarnego – dwóch bloków polityczno-militarnych na rzecz podzielenia się strefą wpływów. Rosyjscy geopolitycy mówią często o powrocie do koncertu mocarstw, o nowym wymiarze Świętego Przymierza w Europie.

Trzecim elementem są bardzo złe stosunki Polski z sąsiadami. Białoruś jest kluczowym obszarem. Sięgnijmy do klasyków polskiej geostrategii, takich jak płk Roman Umiastowski, który w latach 20. pisał doskonałe prace, jeśli chodzi o charakterystykę uwarunkowań wojskowo-geograficznych bezpieczeństwa państwa polskiego i wskazywał, że Polesie jest tym kluczowym obszarem. Możemy je dookreślić Bramą Brzeską i Bramą Smoleńską. Od Brześcia do Warszawy jest niecałe 200 kilometrów. Z kolei Brama Smoleńska to był zawsze kluczowy element bezpieczeństwa Rosji. Tędy wiodły główne ekspansje w głąb państwa rosyjskiego czy sowieckiego. Te fatalne stosunki z Białorusią w imię jakichś wartości, a pamiętajmy, że geopolityka jest neutralna, jeśli chodzi o aksjologię, są niekorzystne. Stosunki z Litwą i Ukrainą są bardzo napięte. Jednostronne popieranie sił nacjonalistycznych na Ukrainie – moim zdaniem – zemści się na Polsce. Zemści się wtedy, gdy dojdzie do dalszej dezintegracji państwa ukraińskiego. To jest kolejny element bardzo niebezpieczny dla naszego położenia strategicznego.

Jeżeli sobie przeanalizujemy klasyków rosyjskiej strategii i geopolityki, np. to, co przygotowywało jeszcze w latach 90. Centrum Korginiana, środowisko skupione wokół Aleksandra Dugina, środowisko powiązane z rosyjskimi siłowikami, z przedstawicielami resortów siłowych i przeanalizujemy sobie główne koncepcje rosyjskie odnoszące się do Europy Środkowo-Wschodniej, do pomostu bałtycko-czarnomorskiego, to zobaczymy, że jednym ze stałych wariantów strategicznych jest dekompozycja państwa ukraińskiego i stworzenie jakiejś formy quasi-państwowości na zachodniej Ukrainie. To by był jeden z elementów nacisku na Polskę. Celem Rosji nigdy nie było wchłonięcie całej Ukrainy – rosyjska gospodarka dzisiaj nie byłaby w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za białoruską gospodarkę czy tym bardziej ukraińską. Rosji nie jest potrzebnych kilkanaście milionów nacjonalistów ukraińskich. To jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w kontekście zmiany struktury etnicznej państwa polskiego, która następuje od kilku ostatnich lat. Zaburzenie homogeniczności etnicznej państwa polskiego musi się odbić nie tylko na bezpieczeństwie wewnętrznym, ale również na zdolnościach nacisku.

Reasumując, uważam, że Polska dzisiaj nie ma żadnej strategii, jeśli chodzi o prowadzenie polityki zagranicznej. Pewnego rodzaju atrapą ma stać się koncepcja Trójmorza, czyli wariant Międzymorza z wyłączeniem Ukrainy. Ta koncepcja jeszcze dwa lata temu była prezentowana jako możliwe otwarcie na głębszą współpracę z Chinami. Obecnie mamy do czynienia z silnym zwrotem w stronę USA. W naturalny sposób wyklucza to opcję silnej współpracy z Chinami, co zresztą widać po oficjalnych decyzjach czynników rządowych. Wystarczy odwołać się do ponad 200-stronicowej analizy przygotowanej przez Akademię Sztuki Wojennej, która konkluzje dla decydentów kwituje sformułowaniem, że bliższa współpraca z Chinami nie jest korzystna dla państwa polskiego. Można to też było zauważyć w wypowiedziach obecnego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza.

[...]

Tomasz Cukiernik

]]>
[email protected] (Tomasz Cukiernik) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 08:53:14 +0000
Chiny na demograficznym zakręcie https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4824-chiny-na-demograficznym-zakrecie https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4824-chiny-na-demograficznym-zakrecie Chiny na demograficznym zakręcie

Czy niska demografia Chin stanie im na drodze do gospodarczej hegemonii? I w przypadku jakich rozwiązań Polska ma szansę na zastępowalność pokoleń, umożliwiającą stały rozwój ekonomiczny? O aspekcie demograficznym rozwoju Polski i Chin z Mateuszem Łakomym, specjalistą demografii politycznej i geopolitycznej, rozmawia Dorota Niedźwiecka.

„Chiny mają tak niski przyrost naturalny, że zanim staną się hegemonem, ich społeczeństwo będzie zbyt stare, by z tego skorzystać” – usłyszałam podczas konferencji zorganizowanej niedawno w Warszawie przez NAI. Biorąc pod uwagę, że Chiny planują ugruntować pozycję ekonomicznego hegemona już w ciągu najbliższych 30 lat, oznacza to, że demografia jest u nich na katastrofalnym poziomie.

– W Chinach wskaźnik dzietności wynosi 1,62 podczas gdy średnia Unii – 1,58. To wynik serii chińskich polityk zmniejszenia dzietności, które rozpoczęli w latach 60. XX w. Wtedy dzietność wynosiła sześcioro dzieci na jedną kobietę. Do ograniczenia dzietności używano różnych środków: kontrolowanie potencjalnych matek, czy używają środków antykoncepcyjnych, często wykonywane przez inspekcje aktywistek z zakładów pracy, pozyskiwanie przez rodziców „certyfikatów jednego dziecka”, które – w przypadku gdy rodzice mieli tylko jedno dziecko – pozwalały na uczęszczanie do lepszej szkoły, dostęp do lepszych szpitali, lepsze mieszkania i korzyści finansowe. To narzędzia m.in. słynnej „polityki jednego dziecka”, obowiązującej w latach 1979-2016.

Jest dużo pytań wobec tego, jak silny był jej wpływ na spadek dzietności w Chinach. Równocześnie przecież w innych krajach azjatyckich również wprowadzono zdecydowane polityki zmniejszające dzietność poprzez udostępnienie środków kontroli urodzin, bez wprowadzania obostrzenia „jednego dziecka”. Jednocześnie też upowszechniła się edukacja kobiet, zwiększyła partycypacja kobiet w rynku pracy. I w wyniku tych zmian, w tym samym czasie dzietność w wówczas rozwijających się krajach azjatyckich, np. w Korei Południowej, na Tajwanie, spadała nawet szybciej niż w Chinach. O ile chcielibyśmy sobie coś ciekawostkowo powiedzieć, to o ile kraje Europy środkowo-wschodniej jako region są krajami o drugiej najniższej dzietności na świecie. To krajami o najniższej dzietności na świecie są rozwiniętej kraje Dalekiego Wschodu – rozumiane jako grupa. Na Tajwanie czy w Singapurze dzietność spadała już w niektórych okresach do blisko 1,0.

Co zaskakujące, zjawisko obniżenia dzietności w znacznym stopniu zaczyna dotykać także te kraje azjatyckie, w których dominuje islam, a więc religia, w której z wysoką dzietnością wiąże się prestiż.

Rzeczywiście w krajach Azji południowo-wschodniej, gdzie islam jest religią dominującą (celowo nie chcę tutaj wiązać konkretnie tej dzienności z samą religią), np. Bangladeszu, Indonezji czy Malezji dzietność, która jeszcze w latach 60. osiągała 5,5-6,5, obecnie wynosi ok. 2,5-3. Podobna liczba jest charakterystyczna dla krajów Afryki północnej: Egiptu i Algierii. Za wyjątkiem Iraku i Izraela dzietność też stosunkowo szybko spada na Bliskim Wschodzie.


Dzietność w krajach z dominującą religią islamską w Azji i Afryce północnej spada – co do zasady – w miarę rozwoju ekonomicznego i są to procesy podobne do doświadczeń krajów Zachodu, spadek ten następuje tylko wolniej i nie aż tak głęboko – choć jeszcze nie wiadomo, jakie będą ostatecznie najniższe wskaźniki. W krajach o dominującej religii muzułmańskiej również w niektórych kręgach są zauważalne elementy sekularyzacyjne, które mają wpływ na osłabienie dzietności – tu wiodącym przykładem jest Turcja, nawet mimo ostatniego ożywienia religijnego. Ci ludzie wreszcie też oglądają zachodnie seriale, co wpływa na aspiracje – ludzie zaczynają kojarzyć, że można żyć z mniejszą liczbą dzieci w rozluźnionych układach rodzinnych, kobiety mogą się realizować nie tylko jako matki, ale też w pracy poza domem.

To dotyczy krajów szybko rozwijających się. Natomiast w krajach słabiej rozwiniętych Np. w Afganistanie czy w afrykańskich krajach saharyjskich: Mali, Czadzie, Nigrze dzietność nadal utrzymuje się w okolicy 6 dzieci.

Wróćmy do Chin. Brak zastępowalności pokoleń, a co za tym idzie – także zastępowalności pracowników w prężnie rozwijających się branżach. Ogromna, sięgająca 20-40% w zależności od prowincji, przewaga populacji mężczyzn nad populacją kobiet, wynikająca m.in. z aborcji selektywnej, prowadzi do wzrostu przestępczości, niezadowolenia społecznego i pogłębia kryzys demograficzny. Na jakie jeszcze wyzwania demograficzne napotykają obecnie Chiny?

Istnieje duża dysproporcja demograficzna między wschodem a zachodem w strukturze wieku. W miastach wschodnich jest duża koncentracja potencjalnie rebeliancko nastawionych młodych ludzi, którzy napłynęli za pracą z interioru. Jeśli zostaną bez środków do życia, wzrost ekonomiczny nagle zwolni i rząd chiński nie będzie w stanie na wschodnim wybrzeżu wytwarzać tyle miejsc pracy, ile potrzeba, może dojść to poważnych zaburzeń społecznych. To problem, nad którym debatują chińscy politycy. I pytanie otwarte, na które nikt nie zna odpowiedzi.

 

A patrząc pod kątem składowych potencjału całkowitego Chin?

Chiny muszą zwiększać produktywność i uniezależniać się od eksportu. Ich uzależnienie od eksportu już spada – już zeszły poniżej 20% udziału eksportu w PKB. Dla porównania, PKB Niemiec czy nawet Polski zależy od eksportu w blisko 50%. W tym momencie Chiny chcą też doprowadzić do podwyższenia konsumpcji wewnętrznej. Aby podwyższyć konsumpcję, trzeba stworzyć system emerytalny, który zapewni obywatelom opiekę państwa na starość, a co za tym idzie, doprowadzi do tego, że Chińczycy nie będą gromadzili każdego juana po to, by zabezpieczyć sobie starość, i zaczną wydawać. Podobną rolę odgrywa zabezpieczenie społeczne. To też może pomóc w zwiększeniu dzietności – warunki socjalne powodują, że dziś przeciętna Chinka na wschodzie nie może pozwolić sobie na to, by przestać pracować i poświęcić czas na urodzenie i wychowanie dzieci. To jest jeden z zasadniczych powodów, dla których w wielkich chińskich miastach dzietność jest rekordowo niska, często głęboko poniżej 1,0. Stworzenie systemu emerytalnego jest jednak bardzo kosztowne: jest on największą pozycją wydatków budżetowych w krajach rozwiniętych. Chiny, biorąc pod uwagę konieczność zabezpieczenia systemu emerytalnego, zabezpieczenia społecznego, musiałyby bardzo mocno podnieść swój potencjał ruchu, czyli zapewniający wewnętrzne funkcjonowanie kraju kosztem potencjału dyspozycyjnego służącego do działań na zewnątrz.

To jest trudne, bo w przypadku nacisku Stanów Zjednoczonych mogą być zmuszone, by uzyskać wysoki potencjał dyspozycyjny: finansować wojsko, instytucje międzynarodowe, udzielać kredytów i pożyczek krajom partnerskim w Afryce i Azji. I to powoduje, że potencjał całkowity, który w tym czasie ich gospodarka i ich ludzie są w stanie stworzyć, może okazać się niewystarczający.

 

O ekonomicznej hegemonii Chin mówi się często w sposób pewny. Jednak, jak widać, istnieje wiele czynników, które mogą sprawić, że Chiny pomimo wysokiej pozycji, na której są teraz, zatrzymają się w rozwoju.

Może tak być. Może nastąpić wewnętrzne pęknięcie. Na to liczy część amerykańskich analitykow. George Friedman w swych prognozach na XXI wiek już 10 lat temu stwierdził, że Chinom się nie uda. Może też być jednak tak, że olbrzymi intelektualny kapitał Chin, ich pragmatyczne podejście i wiedza, jak zarządzać państwem, przezwyciężą te trudności. I wtedy możemy mieć do czynienia ze zmianą światowego układu sił.

Chińczycy mają np. efektywny zwyczaj testowania niektórych swoich rozwiązań. Niekiedy nawet na prowincjach o liczbie ludności odpowiadającej Wielkiej Brytanii czy Francji. Tym 60 czy 80 milionom wprowadzają novum i sprawdzają, czy to działa, czy nie. Traktują swoje państwo niemal jak firmę – czego nie praktykuje się w Europie czy stanach Zjednoczonych – i dzięki temu mogą przejść przez wspomniane kryzysy obronną ręką.

 

[...]

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 08:50:38 +0000
Azja to przyszłość https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4823-azja-to-przyszlosc https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4823-azja-to-przyszlosc Azja to przyszłość

Rozmowa z Grzegorzem Modlibowskim, pomysłodawcą i współorganizatorem konferencji „Jaka Polska w wieku Azji?”

Agnieszka Piwar: 14 października 2017 roku na Politechnice Warszawskiej odbyła się nietypowa konferencja. Nietypowa, bo dotyczyła przyszłości naszego państwa, ale nie uczestniczyli w niej przedstawiciele elity rządzącej ani nawet opozycji. Czy rozmawianie o ważnych dla Polski sprawach bez udziału polityków ma sens?

Grzegorz Modlibowski: Moim zdaniem ma. Żyjemy w demokracji, która zakłada, że politycy są wykonawcami woli Narodu i są przezeń wybierani. Abstrahując teraz od całościowej oceny takiego systemu, to jest on faktem. Więc to niejako na Naród, na nas spada obowiązek interesowania się losami Ojczyzny. Jeśli ten system traktujemy serio, to nikogo nie powinny dziwić inicjatywy oddolne w sprawach tak ważnych, jak przyszłość Kraju.

Na marginesie, to nie jestem do końca pewien, czy teza o braku udziału polityków jest prawdziwa. Faktycznie tylko jeden bilet na konferencję sprzedaliśmy politykowi i czynnemu urzędnikowi, więc udział tej grupy na auli Politechniki Warszawskiej marginalny. Nie wiemy natomiast, kto oglądał naszą transmisję w internecie, a tylko w ciągu dwóch konferencyjnych dni odnotowaliśmy ponad 18 tysięcy wyświetleń. Jest niemała szansa, że w tym gronie są również politycy.

Politycy jednak mają w naszym systemie cele i priorytety ustawione w perspektywie kilkuletnich kadencji. Tymczasem ty, ja, my wszyscy jako obywatele, zamierzamy tu żyć po – daj nam, Boże – kilkadziesiąt lat i jeszcze co nieco pozostawić po sobie dzieciom. To moim zdaniem kluczowa wartość, jaką do systemu wnoszą właśnie takie inicjatywy jak nasza. Mamy inną, lepszą moim zdaniem perspektywę od chorego na bieżączkę systemu politycznego.

Apolityczność daje nam też swobodę w kreowaniu programu i zapraszaniu gości. Dzięki temu na przykład jeden z prelegentów przedstawiał wizję współpracy ze Wschodem, a inny – z Zachodem. Czy wyobrażasz sobie, by do takich otwartych, merytorycznych dyskusji dochodziło podczas partyjnych konferencji? Podczas partyjnych eventów króluje jednomyślność, ale przede wszystkim, jak wspomniałem, i co najgorsze: krótkowzroczność.

Kim są organizatorzy konferencji?

NAI Warszawa to kanał internetowy, który założyliśmy wraz z nieżyjącym już wybitnym cybernetykiem, docentem Józefem Kosseckim. Wcześniej śp. „Docent” tworzył po całej Polsce kółka sympatyków nauki o cywilizacjach, cybernetyki społecznej i dojeżdżał do nich z regularnymi wykładami. Część z nich była nagrywana i dostępna w necie, a część nie. NAI Warszawa to był po prostu taki jeszcze jeden „klub”, ale od początku zaczęliśmy testować nową formułę. Jej dwa najważniejsze założenia były bardzo proste. Po pierwsze: unikamy pojedynczych „strzałów” i stawiamy na cykle, z których ludzie będą mogli przestudiować całość zagadnienia. Drugie: koncentrujemy się na internetowym wideo i cała nasza działalność jest dedykowana internautom.

Dlaczego akurat cybernetyka, nauka o cywilizacjach i wojna informacyjna?
To bardzo proste. Są to w dzisiejszych czasach – epoce informacyjnej – dziedziny kluczowe dla zachowania autonomii, czy osiągnięcia przewagi nad otoczeniem. Jednocześnie nasze społeczeństwo często nie wie nawet, że takie dziedziny istnieją.

Naszą misją jest edukacja elity, dostarczenie wiedzy przydatnej do podejmowania ważnych decyzji.

Na naszym kanale dostępne są takie cykle, jak: Nauka o cywilizacjach, Społeczne procesy poznawcze,

 

Do czego taka wiedza może się przydać?
Popatrzmy na wszechobecny w Europie, i nie tylko, kryzys imigracyjny. Wiele krajów ma problemy demograficzne i jednocześnie stoi przed dylematem: czy wpuszczać? I jeśli tak, to kogo wpuszczać? Tymczasem na podstawie wzorców i reguł odkrytych przez Konecznego i Kosseckiego można dostarczać naukowego wsparcia dla takich decyzji i tworzyć np. testy odpowiadające na pytania o różnice w normach społecznych pomiędzy daną kulturą a indywidualnym normotypem kandydata. Z tego, co mi wiadomo, to wyłącznie cybernetyka i nauka o cywilizacjach dysponują teoretyczną podbudową do tego, by takie testy dzisiaj tworzyć. Kto wie, gdyby nie towarzysz Berman, który wyrzucił między innymi profesora Konecznego z programów nauczania, takie testy czy inne narzędzia już by w Polsce istniały?

Do kogo docieracie? Czy macie sprecyzowanego (wymarzonego) odbiorcę treści, które przekazujecie?
Tak. Nasz program dedykujemy osobom chcącym podejmować się ważnych społecznie ról kierowniczych. Jak widać, jest to grupa bardzo szeroka i obejmuje także np. coraz więcej przedstawicieli biznesu. Bardzo mnie to cieszy, gdyż biznesmeni z reguły nie ideologizują, tylko się interesują, czy coś działa, czy nie. A my dajemy wiele racjonalnych narzędzi.

[...]

Agnieszka Piwar

]]>
[email protected] (Agnieszka Piwar) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 08:39:09 +0000
Z deszczu pod rynnę [z napisem made in China]? felieton fantastyczno-naukowy https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4822-z-deszczu-pod-rynne-z-napisem-made-in-china-felieton-fantastyczno-naukowy https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4822-z-deszczu-pod-rynne-z-napisem-made-in-china-felieton-fantastyczno-naukowy Z deszczu pod rynnę [z napisem made in China]? felieton fantastyczno-naukowy

Dr Jacek Bartosiak twierdzi w swoich prelekcjach, że Polska, poprzez położenie geograficzne, ma w nadchodzących zmaganiach o zmianę architektury bezpieczeństwa rolę kluczową. Jeśli rzeczywiście tak jest, w najbliższych latach nasz naród i państwo zostaną poddane oddziaływaniu wszystkich sił, które w zmaganiach ponad naszymi głowami realizują swoje istotne interesy – gospodarcze i polityczne.

Z całą pewnością budowa Nowego Jedwabnego Szlaku oznaczani nieuchronną zmianę w układzie władzy i powiązań ekonomicznych. Z punktu widzenia każdego establishmentu, każda zmiana jest zmianą na gorsze. Tym establishmentem są zasadniczo trzej „gracze”: Rosjanie, Niemcy i decydenci Stanów Zjednoczonych. Wszyscy trzej mają swoje działające układy oraz formalne i nieformalne grupy nacisku. Słowem, interes się kręci. Ale teraz do stołu dosiadają Chińczycy, kładąc przed sobą wór pieniędzy. Co zrobią?

Przede wszystkim, jakiekolwiek mieliby plany, muszą mieć na miejscu silną i skuteczną tzw. agenturę wpływu. To brzmi groźnie i spiskowo, więc na razie nazwijmy to jako „lobby dbające o dobro swoich inwestycji”. Ich obecność ekonomiczna siłą rzeczy przekształci się w obecność polityczną i wojskową. Patrzmy na Afrykę, bo podobna sekwencja etapów chińskiej obecności na czarnym lądzie zostanie odegrana w Europie Wschodniej. Ale co innego jest istotą problemu. Istotny jest sposób, w jaki Chińczycy będą podporządkowywać terytorium i decydentów RP swoim celom gospodarczym i politycznym. Przyjrzyjmy się możliwościom.

Chińczycy swoje lobby mogą zbudować od zera, oddolną pracą swoich imigrantów, którzy budując własne prosperity i relacje biznesowo-polityczne staną się głównym nurtem życia ekonomicznego. A są już w połowie drogi do tego, gdyby ktoś nie zauważył. Widać to w sferze importu z Chin. Jeszcze dekadę temu, gdy ja sam zaczynałem pracę w tej branży, na targi jechało się do Kantonu, a kontenery z towarem płynęły na statkach europejskich armatorów. Ale od kilku lat targi branżowe chińskich producentów odbywają się już w Polsce. Zadanie domowe: zobaczmy ile kontenerowców-gigantów przysyła aktualnie chiński armator COSCO do Gdańska. Największym skokiem w tym procesie jest Aliexpress, czyli platforma chińskich sklepów internetowych. Na aktualnym etapie rząd chiński dotuje przesyłkę sprzedawanych tam towarów. Następnym etapem – moim zdaniem – będzie uruchomienie centrów dystrybucyjnych, w których buforowanie towarów umożliwi dostawę do klienta trwającą nie miesiąc, ale 24 godziny.

Może się więc niedługo okazać, że w całym łańcuchu producent->fracht->hurtownik->detalista->końcowy klient, tylko ten ostatni nie będzie miał skośnych oczu… i zatęsknimy za dawnymi dobrymi czasami, gdy Polak był w kraju u siebie, mimo że traciliśmy cukrownie, banki i inne atrybuty gospodarczej niezależności.

Taki przykry scenariusz zrealizuje się prawie na pewno, bo Chińczycy – od prostego obywatela po głównych decydentów KPCh – to mistrzowie tworzenia gospodarczej prosperity za pomocą mrówczej, pełnej wyrzeczeń pracy. Bez gruntownych zmian w mentalności. Na tym polu, nie mamy szans z nimi konkurować. Jest tak choćby przez to, że obywatele Chin mają zapewnioną możność korzystania z owoców swojej pracy. Więcej opowiadam pani Dorocie Niedźwieckiej w wywiadzie [poniżej?].

To „prawie” to miejsce na gorącą wojnę między Chinami i Stanami Zjednoczonymi – taką, jaką opisuje Jacek Bartosiak. To także miejsce na próby obezwładnienia Polski jako państwa i Polaków jako narodu – a w kwestii jedności narodowej i bezpieczeństwa publicznego jest u nas bardzo dobrze. Od zaburzenia tego stanu była niebezpiecznie blisko nieudana na szczęście próba wciśnięcia Polsce na siłę niezweryfikowanych tzw. uciekinierów ze stref wojennych. Mam nadzieję, że do zaistnienia skrajnych wydarzeń, takich jak podzielenie i zaszczucie na siebie części społeczeństwa (wojna domowa) nigdy nie dojdzie.

Zagrożenie powyższymi nieszczęściami to miejsce na decyzję Chińczyków, aby osiągnąć ich cele poprzez zbudowanie, odbudowanie polskiej podmiotowości i siły. A przecież Chińczycy potrzebują bezpiecznej i potrafiącej się obronić platformy do inwestycji długoterminowych, prawda? Gdyby rzeczywiście miało do tego dojść, to może za sto lat nasi potomkowie, siedząc przy stole z Chińczykami i naszymi braćmi w historycznych potrzebach Węgrami i co drugi toast będą wznosić uroczystymi słowami „Polak, Chińczyk, dwa bratanki”.

Tajpej, 19 listopada 2017

Piotr Plebaniak

]]>
[email protected] (Piotr Plebaniak) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 08:36:28 +0000
Chiński sposób myślenia - wywiad z Piotrem Plebaniakiem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4821-chinski-sposob-myslenia-wywiad-z-piotrem-plebaniakiem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2017/item/4821-chinski-sposob-myslenia-wywiad-z-piotrem-plebaniakiem Chiński sposób myślenia - wywiad z Piotrem Plebaniakiem

„Na krótki dystans jako Polska możemy zyskać ekonomicznie, na dłuższy dystans będziemy przyczółkiem ekspansji Chin na Europę. A to mało pozytywne” – przestrzegał pan na jednym z ostatnich wykładów przed skutkami kolejnych działań ekonomicznych Chin, np. budową Nowego Jedwabnego Szlaku. Wielu ekonomistów wręcz przeciwnie: jest wobec tego nastawiona optymistycznie. Skąd u pana taka interpretacja?

Wynika to ze znajomości chińskiego sposobu myślenia i nabytej umiejętności oddzielenia emocji od myślenia pragmatycznego. A Chińczycy to bardzo pragmatyczny naród. Jego decydenci dobierają sposób działania tak, by w najbardziej zoptymalizowany sposób osiągnąć swoje cele. A celem ich współpracy z Polską nie jest ani zapewnienie nam dobrobytu ani zbudowanie relacji partnerskich i podarowanie nam podmiotowości. To tylko głośno reklamowane środki do osiągnięcia ich celu – przejęcia przez Chiny światowego prymatu gospodarczego. Swoim kapitałem Chiny najprawdopodobniej umożliwią nam wydostanie się z uzależnienia ekonomicznego od Zachodu. Jeśli więc uwolnimy się od gospodarczego neokolonializmu (np. drenażu kapitału), to zyskamy wolność tylko na tyle, na ile pozwoli nam na to decyzja Pekinu i tylko na zasadzie przygodnej zbieżności interesów. Gdy karty polecą na stół, może się okazać, że odzyskana podmiotowość była tylko narzędziem osiągnięcia pewnego etapu chińskiej ekspansji. A ponieważ znacznie bardziej niż teraz będziemy uzależnieni od chińskiego kapitału, z łatwością będą nam mogli naszą podmiotowość zabrać, by realizować kolejne kroki w drodze do swojego celu.

Opowiada pan o tym tak, jakby Chiny miały opracowany na szeroką skalę plan strategiczny.

Na pewno taki plan mają i go realizują. Mogę jedynie spekulować, jakie są jego wytyczne, jakie elementy konieczne. Jakie są jego warianty… i co może wpłynąć na ich uruchomienie. A to ostatnie dlatego, że każdy dobry plan jest elastyczny, a więc możliwa jest jego modyfikacja w obliczu nowych zdarzeń i okoliczności.

Od 15 lat zajmuje się pan myślą chińską i strategiami skutecznego działania w tej mentalności. Prześledźmy więc te mechanizmy, o których pan mówi, krok po kroku.

Rozmawiamy o planach zdobycia przez Chiny władzy ekonomicznej, za którą będzie szła władza polityczna, a więc siłą rzeczy także militarna. Musimy więc odwołać się do tzw. głębi historycznej, która kształtuje logikę decyzji podejmowanych w Pekinie oraz aspiracje geopolityczne decydentów. Fundamentem w sferze geopolityki jest dla Chińczyków m.in. powstały w VI w. p.n.e. traktat „Sztuka wojny”. Traktat ten jest wtórnym opracowaniem idei pochodzących z bardziej pierwotnego źródła – „Księgi przemian”. Księga ta to w swojej najbardziej pierwotnej formie zbiór aforyzmów, które instruują, jak dostroić swoje zamiary i działania do rytmu wszechświata. Przywołuję to nie jako dygresję i ciekawostkę kulturoznawczą. To historyczne i filozoficzne dziedzictwo determinuje sposób, w jaki Chińczycy patrzą na świat. A zrozumienie tego jest niezbędne do rozumienia myśli strategicznej decydentów Jedwabnego Szlaku.

Kluczowe koncepcje samej „Księgi przemian” formowały się jeszcze w czasach neolitycznych. Ich symbolem rozpoznawczym jest czarno-biały symbol Yin i Yang, znany większości z nas z mniej szlachetnych miejsc, takich jak salony chińskiego masażu lub tak nobliwych jak flaga Korei Południowej. Symbol dwóch sił oscylujących i transformujących swoją tożsamość jedna w drugą to kosmologiczna podstawa tego, jak Chińczycy postrzegają związki przyczynowo-skutkowe wszechświata i wszelkich ludzkich interakcji. Wedle wykładni księgi każde zjawisko oscyluje od swojego największego do najmniejszego nasilenia – osiąga apogeum, aby nieuchronnie przesilić się i transformować w przeciwieństwo. Dwie kontrastujące kropki wskazują, że nawet w swoim maksimum zjawisko ma w sobie zaczątek nieuchronnego przesilenia. Może to być arogancja triumfującego zwycięzcy, niosąca mu zgubę w następnej bitwie. Sam zwycięski generał, choć jego czyn chwilowo utrwali potęgę imperium, może już skrycie dokonać przewrotu i wywołać tym upadek całego państwa.

 

I idąc dalej: koncepcja wuwei, która w taoizmie nazywa się doktryną niedziałania, polega na tym, by dostosowywać swój rytm działania do tych pulsacji przemian: natężenia i osłabienia. W kontekście zarządzania konfliktem – na czym koncentruje się „Sztuka wojny” – decydent powinien tak dostroić działania i pokierować przeciwnikiem, by moment decydującej rozgrywki, niekoniecznie zbrojnej, nastąpił w chwili, gdy stosunek sił jest dla niego najkorzystniejszy.

Mówi pan o „rozgrywce niezbrojnej”. Jak pan je rozumie?

W filozofii i cywilizacji chińskiej wykształciło się zupełnie inne rozumienie wojny, a szerzej – konfliktu. Jeden z historyków amerykańskich, John Keegan definiuje wojnę jako „kolektywne zabijanie dla kolektywnych celów”. Na Zachodzie kulturowe uwarunkowania sprawiły, że scenariusz konfliktu przybiera formę ostentacyjnej konfrontacji – np. zdobycie stolicy wroga czy inny spektakularny wyczyn, jak decydująca bitwa potężnych armii. Kształt prawa międzynarodowego dawniej i dziś jest wypadkową rozmaitych procesów występujących w Europie: prawne rozgraniczenie wojny i pokoju, konwencje o traktowaniu jeńców… to wszystko wpływa na nas i na postępki rządów i generałów dowodzących – czy jesteśmy tego świadomi, czy nie.

Na chińskich decydentów wpływa zupełnie inny agregat uwarunkowań. Dla nich starcie frontalne, „rycerskie” jest objawem tego, że konflikt wymknął się spod kontroli. Podobnie myślimy i na Zachodzie, ale Chińczycy uzasadniają sprawę inaczej. Absolutną podstawą jest dla nich prowadzenie konfliktu skrycie i wygranie go, zanim konieczne będzie użycie wojska. Albo – najlepiej – zanim przeciwnik zorientuje się, co jest na rzeczy i zbuduje adekwatną do zagrożenia kontrsiłę. Taka wojna współcześnie nazywana jest wojną hybrydową, a jej głównym elementem jest tzw. wojna informacyjna – obiektem oddziaływania są społeczeństwa nieświadome celów wywieranego na nie wpływu.

Traktat „Sztuka wojny” wprost definiuje zwycięstwo jako zdolność do dyrygowania ruchami przeciwnika z taką swobodą jak własnymi. W tak rozumianym konflikcie nie potrzeba rytualnie upokarzać przegranego, by przypieczętować i oznajmić wszem i wobec swoje zwycięstwo czy potęgę. Zamiast pokazowej eskalacji użytej siły Chińczycy raczej będą próbowali ją zminimalizować. Co najciekawsze, będą moderować użytą siłę, jak i ograniczać osiągnięte zdobycze.

 

[...]

Dorota Niedźwiecka

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 4/149, grudzień 2017 r. Thu, 25 Jan 2018 08:32:09 +0000