2018 https://opcjanaprawo.pl Mon, 09 Dec 2019 21:20:43 +0000 Joomla! - Open Source Content Management pl-pl Od Redakcji - Stulecie niepodległości https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4908-od-redakcji-stulecie-niepodleglosci https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4908-od-redakcji-stulecie-niepodleglosci Od Redakcji -  Stulecie niepodległości

Stulecie niepodległości Polski to wielkie symboliczne święto Polaków ku pokrzepieniu ich serc, warto jednak zwrócić uwagę właśnie na ten jego metaforyczny charakter. W minionym stuleciu suwerenność naszego Państwa nie istniała w sposób bezdyskusyjnie ciągły. W zasadzie sporna jest natura naszej niezawisłości w odniesieniu do większości przyjętego okresu. Także poprzedzająca ten czas smuta zaborów nie zawsze była całkowitą utratą wolności. Przybierała ona przecież różne formy, większej, ale także i mniejszej podległości.

Do dzisiaj środowiska historyków i komentatorów spierają się o to, czym w istocie były rozbiorowe twory, takie jak kadłubowe Księstwo Warszawskie, czy Królestwo Polskie – formami zależnej państwowości, czy całkowicie podległymi guberniami. Słownikowa definicja niepodległości to: niezależność od innych państw. Ciekawszą definicją niepodległości wydaje się pojmowanie jej jako niezależności państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych. W dzisiejszym świecie to ogólne ujęcie „jednostek politycznych” zagrażających niepodległości oraz to stwierdzenie o „formalnym i nieformalnym wpływie” nabierają szczególnego znaczenia. Choć niebezpieczeństwo politycznych wpływów, czy podbojów militarnych grożacych ze strony sąsiadujących państw, ciągle jest aktualne, w świecie gospodarczych i politycznych powiązań na globalną skalę, suwerenności wydają się bardziej zagrażać nieco inne polityczne siły niż ościenne kraje. Podbój odbywa się zarówno przez dobrowolne zrzeczenie się praw do samostanowienia na rzecz różnego rodzju midzynarodowych organizacji, co uzasadnia się zwykle budową wspólnego lepszego świata, jak i przez panowanie międzynarodowego kapitału, czy wreszcie poprzez masowy kolportaż ideologii liberalnej.
Komunałem jest stwierdzenie, że klasyczna definicja suwerenności państwa Bodina, według której suwerenne państwo nie uznaje nikogo wyższego od siebie oprócz Boga, w świecie tak wielkich zależności stała się przestarzała. Jej nieaktualność w XXI wieku jest wręcz rażąca. Można powiedzieć, że tylko wielkie światowe imperia mogą dzisiaj pozwolić sobie na komfort takiego rozumienia tych zagadnień. Oparcie na niej swojej polityki przez kraje mniej znaczące byłoby dzisiaj równoznaczne z ich samobójstwem. Przedmiotem poważnych rozważań geopolitycznych w takich państwach nie może być zatem całkowite zrzucenie jarzma, lecz raczej głębokie zastanowienie nad sposobem zarządzania w gąszczu przeciwnych i wykluczających się wzajemnie zależności. Kluczem do względnej suwerenności może być obecnie jedynie wytrwała praca dla osiągnięcia odpowiedniego statusu ekonomicznego i politycznego. Modlić się chyba należy o to, by nasze władze (mniejsza o to, której opcji) mogły to w końcu zrozumieć. Póki co post-sanacyjne, romantyczne rozumienie geopolityki przez rządzące elity nie wróży Polsce nic dobrego. Nie tylko dlatego, że opiera się ono na w dużej mierze na sentymentach, a nie na rozumie, lecz również dlatego, że zagrzebane po uszy w nadmiernym historyzmie operuje ono przestarzałymi geopolitycznymi kliszami.
Należy do nich wymieniona powyżej słownikowa definicja niepodległości, która wszelkie zagrożenie umiejscawia w bytach państwowych. Nasi teoretycy polityczni, podobnie jak i praktycy, do końca nie rozumieją znaczenia ekonomicznego podboju i inwazji ideologicznej. Za nami kolejny Marsz Niepodległości, niektórzy z nas z dumnie podniesionym czołami uczestniczyli w tej rekordowej w tym roku pod względem frekwencji imprezie. Warto jednak zastanowić się, czy nie maszerujemy obecnie wszyscy w innym, wręcz przeciwnym marszu. Polska, związana umowami międzynarodowymi, oraz dążeniami większości naszych środowisk politycznych, z roku na rok oddaje kolejny atrybut swojej suwerenności – tracąc majątek narodowy, tradycyjną i sprawdzoną w ciągu wieków obyczajowość, a wreszcie fizycznie swoich obywateli. Wskutek malejącego wskaźnika urodzeń, który wynika z liberalnych zasad moralnych oraz masowej emigracji, naród polski najzwyczajniej znika.

 

 

przycisk

 

 

]]>
[email protected] (opcjanaprawo) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 18:53:31 +0000
Ukradziona niepodległość. Wolnomularska elita katolickiego narodu https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4907-ukradziona-niepodleglosc-wolnomularska-elita-katolickiego-narodu https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4907-ukradziona-niepodleglosc-wolnomularska-elita-katolickiego-narodu Ukradziona niepodległość.  Wolnomularska elita katolickiego narodu

Jędrzej Giertych to historyk i publicysta, któremu często zarzucano antymasońską obsesję, którą wyraził w swojej młodzieńczej syntezie Tragizm losów Polski (1936).

Jakkolwiek rzeczywiście rozprawa ta była, być może, przesadnie masono-centryczna, to z pewnością trafna jest obserwacja tego autora, którą zawarł w jednej ze swoich późniejszych książek, pisanych już na powojennej emigracji, że cechą konstytutywną polskiego ruchu niepodległościowego w drugiej połowie XVIII (reformatorzy epoki stanisławowskiej) i przez cały XIX wiek był fakt, że na czele polskich patriotów i katolików, walczących o Polskę, stali ludzie o światopoglądzie wolnomularskim. Zwykle zresztą nie byli to ludzie tylko o takim humanitarnym i emancypacyjnym światopoglądzie, lecz byli to czynni aktywiści wolnomularscy[1]. Wedle Giertycha, w XVIII i XIX stuleciu wolnomularze łatwo wykorzystywali naiwność polskich patriotów i stawali na czele ruchu patriotycznego, narodowego i katolickiego, aby wykorzystać go w swoim celu.

Zdecydowanym mankamentem tej Giertychowej tezy był brak dostatecznej analizy zjawiska, które tak zawzięcie krytykował z pozycji ortodoksyjnie endeckich i katolickich. Mówiąc konkretniej, dokonywał starannej deskrypcji problemu, pokazując fatalny wpływ, jaki środowiska wolnomularskie miały na interesujący nas fragment dziejów Polski, zbyt łatwo jednakże sprowadzając sprawę do kwestii spiskowej. Tym, czego w jego rozprawach brakuje, jest analiza przyczyny problemu. Jak to właściwie się stało, że od połowy XVIII stulecia milionowym rzeszom polskich katolików przewodzi garść wolnomularzy, gdy sama przynależność do wolnomularstwa podlegała najściślejszym możliwym sankcjom kanonicznym? W jaki sposób było możliwe, że przez półtora stulecia rząd dusz w katolickim narodzie sprawowali ekskomunikowani (z automatu, latae sententiae) wolnomularze bądź ludzie o wolnomularskim światopoglądzie, mniejsza o formalną przynależność do tej tajnej organizacji? Stąd tytuł niniejszego tekstu: Ukradziona niepodległość. Nie jest bowiem sztuką biadolić i rozdzielać szaty, że ludzie ekskomunikowani i wyznający niechrześcijański światopogląd przewodzili katolickiemu narodowi, lecz sztuką jest opowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się działo, a może (?) nadal tak się dzieje?

Jak to się stało, że od połowy XVIII stulecia milionowym rzeszom polskich katolików przewodzi garść wolnomularzy, gdy sama przynależność do wolnomularstwa podlegała najściślejszym możliwym sankcjom kanonicznym?

Odsłona 1: Oświecenie stanisławowskie

Jeśli spojrzymy na elity przywódcze polskiego Oświecenia, czyli ludzi stojących na czele ruchu reformatorskiego, którego celem było wzmocnienie państwa i jego naprawa, mającego na celu ratunek I Rzeczypospolitej, to zobaczymy, że prawie wszyscy nosili charakterystyczne fartuszki z kielniami i innymi narzędziami murarskimi[2]. Aby nie było nieporozumień, od razu dodajmy, że stoimy na antypodach myślenia fobiami, wedle którego każdy wolnomularz jest wrogiem polskości i niepodległości Polski. Wprost przeciwnie, w epoce stanisławowskiej loże wolnomularskie autentycznie były partią ruchu, dążącą do naprawy chylącego się ku zagładzie państwa. Loże były wtenczas prawdziwymi kuźniami patriotyzmu, myśli państwowej i idei naprawy podupadającej państwowości. To właśnie tutaj zrodziła się idea gruntownej przebudowy Polski, wyjścia ze stanu szlacheckiej i postfeudalnej anarchii, wzmocnienia władzy królewskiej i usprawnienia Sejmu tak, aby Rzeczypospolita Szlachecka stała się sprawną i nowoczesną politycznie monarchią konstytucyjną, posiadającą stałą najemną armię, opartą o nowoczesny system ściągania podatków. Środowisko to stanowiło nadwiślański refleks tzw. absolutyzmu oświeconego, czyli idei zbudowania nowożytnego państwa poprzez naśladowanie wzorców Francji Ludwika XIV[3]. Nie było to zresztą ślepe naśladownictwo, gdyż francuska tradycja absolutystyczna powstała w opozycji do tzw. konstytucjonalizmu, czyli do idei monarchii umiarkowanej. Tymczasem polscy luminarze Oświecenia chcieli połączyć francuską ideę racjonalnego/nowoczesnego państwa z ideą monarchii konstytucyjnej, na wzór angielski i wzorując się na pismach Monteskiusza.

 

W epoce stanisławowskiej loże wolnomularskie autentycznie były partią ruchu, dążącą do naprawy chylącego się ku zagładzie państwa. Loże były wtenczas prawdziwymi kuźniami patriotyzmu, myśli państwowej i idei naprawy podupadającej państwowości.

Z tych postulatów stricte politycznych i ustrojowych nie będziemy polskim wolnomularzom czynić zarzutów. Rok 1772 i pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej oznaczał kompletne bankructwo staropolskiej filozofii politycznej, czyli tego, co moglibyśmy dziś nazwać mianem staropolskiego lub republikańskiego tradycjonalizmu. Tkwił on mentalnie w epoce saskiej anarchii, wierząc w znakomitość istniejących instytucji. Mało kto dziś pamięta, że warcholskie liberum veto wynikało z przekonania, że instytucje i prawa Rzeczypospolitej Szlacheckiej są tak doskonałe, że można je tylko zepsuć i dlatego należy dać prawo veta absolutnego pojedynczemu posłowi, gdyż wszelka zmiana jest potencjalnie zła, a król może wielu przekupić, więc „złotą wolność” czasami może uratować tylko jeden głos sprzeciwu/rozsądku[4].

 

[1]
                        [1] J. Giertych, Kulisy powstania styczniowego, Kurytyba 1965, s. 6-7.

[2]
                        [2] Zob. wyliczenie 139 znaczących osób-masonów z interesującej nas epoki: Kategoria: Polscy wolnomularze (I Rzeczpospolita), na stronie wikipedia.org

[3]
                        [3] F. Bluche, Le despotisme éclairé, Paris 2000, s. 308-21.

[4]
                        [4] Z. Ogonowski, Filozofia polityczna w Polsce XVII wieku i tradycje demokracji europejskiej, Warszawa 1992, s. 9-57.

 

(...)

Adam Wielomski

 

 

przycisk

]]>
[email protected] (Adam Wielomski) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 18:49:32 +0000
Od romantyzmu do zdroworozsądkowości https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4906-od-romantyzmu-do-zdroworozsadkowosci https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4906-od-romantyzmu-do-zdroworozsadkowosci Od romantyzmu do zdroworozsądkowości

O oczekiwaniach i rozczarowaniach drugiej Rzeczpospolitej oraz kierunkach w budowaniu samostanowiącej o sobie współczesnej Polski z Janem Engelgardem rozmawia Dorota Niedźwiecka


Tytuł aktualnego numeru „Opcji na prawo” brzmi: „Niewykorzystany dar niepodległości”. Czy Pana zdaniem – z perspektywy minionych 100 lat – wykorzystaliśmy czy nie wykorzystaliśmy ten dar?

W atmosferze obchodów 100-lecia Niepodległości to pytanie może wydać się prowokacyjne. Tym niemniej jest ono jak najbardziej zasadne. W chwili obecnej mamy do czynienia z niesłychaną gloryfikacją II Rzeczypospolitej, trwa to nieprzerwanie od 1989 roku, kiedy postanowiono nawiązać bezpośrednio do tradycji tego państwa, jednocześnie postponując a wręcz przekreślając okres PRL-u (1944-1989). Jeśli tak, to obraz II RP musiał być wzorcowy, tak jakby to był jakiś niedościgły ideał. Jest to oczywisty fałsz historyczny – II RP była państwem słabym, nękanym wielkimi problemami społecznymi, konfliktami narodowościowymi, krajem biednym i niesłychanie zacofanym, krajem o niestabilnej sytuacji politycznej. Już w kilka lat po odzyskaniu Niepodległości wielu ludzi w Polsce było rozczarowanych, bo wyobrażali sobie, że samo odzyskanie wolności otwiera okres szczęśliwości. Tymczasem przyszedł wielki kryzys gospodarczy, który zubożył i tak biedne od czasów wojny światowej polskie społeczeństwo.

Dzisiaj wiele się o tym nie mówi...

Tak, bo dominuje obraz optymistyczny – zwycięstwo nad bolszewikami, armia polska, potem sukcesy gospodarcze, jak budowa portu w Gdyni czy centralnego Okręgu Przemysłowego (COP). Owszem, to były sukcesy, ale niewielkie. Jeśli np. porównamy industrializację Polski po 1945 roku to sukcesy gospodarcze II RP jawią się jako co najmniej wątłe.

A my zanegowaliśmy te oczywiste dokonania ze względu na to, że dokonano ich w PRL, tym samym nie tylko fałszując lecz także negując naszą tożsamość. Na marginesie: to także ważny element konstytuujący państwo. Bo silnego, samodzielnego państwa – podobnie jak silnej, stabilnej jednostki – nie da się zbudować, zaprzeczając jakiejkolwiek części jej przeszłości. Także wówczas, gdy ta przeszłość nie jest przyczyną do chluby. Chociaż akurat w tym wypadku była...

Industrializacja po 1945 r. była zdecydowanie większym dokonaniem, tylko, że teraz nie wypada o tym nawet wspominać. Przytoczę taki fakt – na jednym ze zjazdów ziemian polskich w latach 20. do Juliusza Zdanowskiego, polityka Narodowej Demokracji, podszedł jeden z delegatów i powiedział mniej więcej tak: „No i co z tej Niepodległości wyszło, co? Przecież wszyscy wiedzą, że za cara było lepiej”. Ów ziemianin miał na myśli, rzecz jasna, ogromną koniunkturę gospodarczą w Rosji na początku XX wieku, kiedy kraj ten rozwijał się w tempie 10 procent rocznie i korzystali z tego także Polacy. Tymczasem w Polsce w latach 20. szalał kryzys, zerwane były relacje handlowe z Rosją i Niemcami. Na takie dictum Zdanowski nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć.

Podsumowując: na płaszczyźnie gospodarczej nie był to okres korzystny. Jednak obok ekonomii istnieją inne, istotne elementy, pozwalające na bardziej pozytywną ocenę początków Polski niepodległej po 1918 r.   

Tak, trudno to wszystko oceniać tylko z perspektywy ekonomicznej. O Niepodległości Ojczyzny marzyło kilka pokoleń Polaków, wielu oddało za nią zdrowie i życie. W czasach niewoli powstał wyidealizowany obraz tej wyśnionej niepodległej Polski, który potem, w konfrontacji z rzeczywistością, musiał budzić negatywne emocje. Nasze oceny muszą też brać pod uwagę obiektywne warunki, w jakich przyszło funkcjonować nowemu państwu polskiemu. To z kolei sprawia, że potrzebujemy zadać pytanie: Czy można było tę niepodległość wykorzystać lepiej?

A czy można było?

Pewnie tak, ale chyba niewiele lepiej.

Polskę niepodległą w 1918 r. tworzyły osobowości (Józef Piłsudski – cokolwiek o nim nie mówić, Roman Dmowski, Ignacy Jan Paderewski, Józef Dowbor-Muśnicki etc.). Osobowości liderów są konieczne, by zyskać i utrzymać niepodległość i doprowadzać do rozkwitu kraju. Jak Pan ocenia ówczesnych przywódców? Jaki kierunek w tamtych czasach uważa Pan za najbardziej sprzyjający rozwojowi, pozwalający jeszcze bardziej wykorzystać dar niepodległości i dlaczego?

W Polsce po 1918 roku były tylko dwa wielkie obozy polityczne, które się liczyły, pozostałe ruchy były z małymi wyjątkami tłem dla tych wielkich. Chodzi oczywiście o Narodową Demokrację (ND) i obóz Józefa Piłsudskiego. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że to Narodowa Demokracja miała całościowy i spójny program rozwoju Polaki, a obóz Józefa Piłsudskiego był sprawniejszy w technologii władzy – i w końcu ją zdobył. Problem z programem Narodowej Demokracji polegał na tym, że w realiach tamtej Polski, z 1/3 mniejszości narodowych, z zacofanymi Kresami Wschodnimi, z silną opozycją – endecja nie była w stanie go wprowadzić w życie. Wystarczy podać taki przykład – Narodowa Demokracja była po wyborach 1919 roku największym ugrupowaniem politycznym w Sejmie i Senacie, a mimo to nie była w stanie nigdy stworzyć rządu, który można by nazwać bez żadnej wątpliwości rządem Narodowej Demokracji. To było bardzo frustrujące, bo politycy tej formacji mieli tego świadomość. Tylko że ten program miałby szanse w Polsce bardziej etnograficznej, Polsce skupionej wokół Wielkopolski, Śląska i Pomorza, Polsce, o jakiej marzył Roman Dmowski. Po 1918 roku przeważyła u nas idea budowy „Wielkiej Polski” (terytorialnie), ale ta Polska nie miała szans na bycie „wielką”, i na tym polegała tragedia. Paradoks polegał też na tym, że to sam Dmowski, niejako wbrew sobie – przyczynił się do powstania Polski, która słabość miała wmontowaną wręcz genetycznie. 

 

(...)

Z Janem Engelgardem rozmawia Dorota Niedźwiecka

 

 

przycisk

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 18:37:40 +0000
Wycieczka do podległości https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4905-wycieczka-do-podleglosci https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4905-wycieczka-do-podleglosci Wycieczka do podległości

Analizując współczesne atrybuty niepodległości kraju o potencjale takim jak nasz, środowiska patriotyczne i prawicowe w Polsce popełniają kardynalne błędy, wypływające z romantycznego braku zainteresowania realiami.

Wpisujący się w nasz etos przesadny pęd do wybudowania Polski utopijnej, pełniącej misję mesjasza pośród narodów, rzutuje na odrzucenie wszelkiego rodzaju rozsądku. W religii narodowo-mesjanistycznej wykuwanej z mozołem w ostatnich stuleciach, historia, której zadaniem była (tylko i aż) wiedza i pamięć, urosła do roli rytualnej. Stan ten powoduje, że nasi obecnie rządzący politycy, kompletnie tracą orientację w zderzeniu z nowoczesnym, brutalnym, globalizującym się światem. Zapatrzeni w przeszłość, nie tylko nie rozumieją współczesnych zagrożeń i wyzwań, ale także kierują się dawno nieaktualnymi schematami myślowymi. Wielu prawicowców zarzuca komunizmowi, że zasiał w umysłach Polaków propagandę marksizmu – owo heglowskie ukąszenie, rzadko dostrzega się jednak inny aspekt Żelaznej Kurtyny. Wychodząca z kazamatów opozycja straciła orientację, co do procesów politycznych, które mają miejsce w Europie i Stanach Zjednoczonych. Skoncentrowana na działaniach przeciwko marksizmowi, pozbawiona została nie tylko krytycznego, ale i analitycznego myślenia o Zachodzie i ideologii liberalnej.

Globalizm z założenia przeciwko ukochanemu modelowi państwa

Myśląc o ojczyźnie suwerennej, przeciętny Kowalski, afiszujący się orzełkiem w klapie, wyobraża sobie model wielkiej Polski, regionalnego, silnego politycznie i moralnie mocarstwa od morza do morza, niezależnego od Niemiec, Rosji i jakiegokolwiek innego państwa.

Pomijając utopijność wizji całkowitej autarkii, wyobrażenie takie posiada jedną drobną skazę. Polega ona na tym, że obecnie nie ma już świata, w którym byt taki mógłby zaistnieć a potem się utrzymać, nie posiadając przy tym politycznego i gospodarczego potencjału na skalę imperialną, nie dysponując też odpowiednią ilością wyrzutni atomowych.

Świat obecnie przekształca się w coraz bardziej zależną od głównych graczy wioskę. Porozumienia międzynarodowe, na które całkowicie dobrowolnie (za wejściem Polski do Unii Europejskiej opowiedziało 74 procent obywateli) zgadzają się coraz liczniej narody ziemi, powodują coraz większą erozję idei państwowości. Narody roztapiają się w multikulturowych blokach, nie zauważając tego drobnego szczegółu, że stają się podległe odpowiednim centralom.

Po upadku ZSRR wydawało się jakiś czas, że centrala będzie jedna dla wszystkich i będzie nią Waszyngton. Imperium amerykańskie, szczycące się osiągnięciem stanu demokracji absolutnej, pod pozorem połączenia wszystkich ziemian w jedno państwo, miało powtórzyć sukces swojej brytyjskiej matki, krainy, nad którą nie zachodziło słońce. Niestety, szybko pojawiła się konkurencja i to, być może, stwarza pewne wątłe możliwości polityczne dla krajów takich, jak Polska.

Ale o tym później.

 

Proces multi-kulti, na który nie ma mocnych

Zachodnia globalizacja to zjawisko kompleksowe. Nie mamy do czynienia jedynie z procesem politycznym, podpisaniem odpowiednich umów międzynarodowych w dziedzinie gospodarki czy traktatami znoszącymi cła i otwierającymi granice. Siła ideologii, indoktrynacji, ale także przeznaczonych na ten cel środków i odpowiednich rozwiązań systemowych, jest porażająca. Coraz nachalniej wtłacza się do głów unifikujących się Europejczyków konieczność dziejową nie tylko zrównania wszystkich ze wszystkimi, ale także etnicznego, kulturowego, słowem fizycznego, przemieszania wszystkich ludów ziemi, stworzenia jednego superglobalnego narodu.

Nie są to tylko frazesy, idą za tym konkretne przedsięwzięcia i pieniądze. Od pewnego czasu gotowanie tej wielorasowej zupy przeprowadza się w maleńkim laboratorium, jakim jest kontynent europejski. Sprzyjają temu niby przypadkowe kryzysy i rewolucje, wybuchające raz po raz w różnych znękanych krajach. Efektem ubocznym wywołanych z dużym udziałem zachodniego lobby rewolucji na bliskim Wschodzie i w Afryce, stał się tzw. kryzys imigracyjny. Pytanie: na ile ubocznym?

Napływ imigrantów jest dziwnie koherentny z zapotrzebowaniem na ręce do pracy, które coraz mocniej zgłaszają kraje Zachodnie. Malejące wskaźniki demograficzne, które są wczesnym owocem ideologii liberalnej Zachodu nie wróżą nic dobrego. Kapitalistycznej, białej (w coraz mniejszym stopniu) społeczności potrzebni są pracownicy, którzy mogą zastąpić tych wyabortowanych lub nieurodzonych z powodu wyzwolonego z prokreacji seksu. Polska, która została z woli swoich obywateli przyspawana do całego układu, znalazła się również w jego trybach i jako kraj usytuowany nisko w jego hierarchii jest ich zębami mielona.

Tuż przed rozmontowaniem w Polsce postkomunizmu (tak należy nazwać okres późnego PRL, niekoniecznie zaś czas po 1989 roku), nasze podziemne elity (zarówno te lewicowe, jak i prawicowe), szykujące się do przejęcia władzy, tresowane były przez zachodnie służby działające pod szyldami organizacji szerzących demokrację i dbałość o prawa człowieka. Ludzie ci stal się wyuczonymi na przyspieszonych kursach felczerami, którym powierzono zadanie zaaplikowania wszystkim pozostałym obywatelom kulturowej kuracji, w postaci bombardowania liberalnym światopoglądem. Większość ich pacjentów, umęczona socjalistyczną ascezą i izolacją, zareagowała entuzjastycznie na dawkę papki przybierającej postać neutralnej światopoglądowo. Pomogła im w tym medialna pielęgniarka – „Gazeta Wyborcza” i cała menażeria wtórujących jej mediów (również tych mniej lewicowych niż gazeta Michnika).

 Efektem tej ciężkiej psychoterapii są nieodwracalne zmiany mentalne. Na każdą krytykę obecnej formy demokratycznych aksjomatów „uzdrowiony” w ten sposób obywatel reaguje jak pies Pawłowa – wewnętrznym odruchem wstrętu. Na każdy najgłupszy komunał lub sofizmat podparty frazami o prawach człowieka – aprobatą. Niektórzy mądrzejsi analitycy do dzisiaj główkują, jak udało się wpoić tym wszystkim zasobom ludzkim stanowiącym przedmiot eksperymentu przekonanie o tym, że da się pogodzić kosmicznych rozmiarów miłość do wszystkich orientacji i ras, z ideą wroga ludu. Fakt, faktem, efekt jest piorunujący – nierzadko spotyka się kaznodziei otwartości, którzy toczą niemal fizyczną pianę z ust na choćby szept krytyki, i nie dostrzegają w tym żadnego dysonansu.

Od pierwszych chwil tak zwanej wolności atak poszedł przede wszystkim na Kościół katolicki. Wartości, w których byliśmy wychowywani, z dnia na dzień stały się obskuranckie i zapyziałe. Polityków je reprezentujących przedstawiano jako troglodytów i przygłupów. Właściwie do tego ostatniego trudno się przyczepić – nasza wychodząca z konspiracji klasa polityczna, nie mająca pojęcia o świecie, a tym bardziej o polityce, często zasługiwała na podobne epitety – gdyby nie to, że obraz był wybiórczy. Oświeceni i wykształceni liberałowie, kontra menażeria. Był to stary propagandowy schemat, wypracowany jeszcze w XVIII wieku przez środowisko Encyklopedystów, ale nieważne, że stary, kolejny raz okazał się skuteczny.

W takich to warunkach właśnie – mówiąc symbolicznie – podpisaliśmy naszą najnowszą deklarację niepodległości, a mówiąc ściślej – cyrograf. Wraz z niepodległością, tj. uniezależnieniem od radzieckiej Rosji i układu Bloku Wschodniego, obiecano Polakom zdobycie przemożnych bogactw poprzez pracę w... zachodnich korpo, które coraz obficiej zaczęły pojawiać się w naszych miastach i strefach biznesu, co było, jak to już dzisiaj widać ekonomicznym podbojem obliczonym na eliminację rodzimej konkurencji, ale ten akurat artykuł nie jest poświęcony gospodarce.

Podbój nie ogranicza się do ekonomii. Zachodnie inwestycje i wakaty zaoferowane Polakom przez zachodnie przedsiębiorstwa owszem nieco podniosły (przynajmniej niektórym) jakość życia, ale wkrótce stało się jasne, że zaprzęgnięto ich we właściwy zachodowi wyścig szczurów. Zjawisko to polega na tym, że w przeciwieństwie do eksperymentalnych gryzoni, nie pozostawiono ich ludzkim odpowiednikom zbyt wiele czasu na założenie rodziny, a tym bardziej na posiadanie tego, zgodnego z liberalnymi normami, „jednego dziecka”. Wkrótce więc i u nas ruszyła seryjna produkcja singli na licencji amerykańskiej.

Zwrócenie się ku zachodniemu stylowi życia stworzyło pokusę, która w parze z liberalnym praniem mózgów z coraz większą mocą odciąga Polaków od Kościoła, odpowiedzialności, więzów rodzinnych i związanego z tym rodzenia dzieci.

Demografia w Polsce to katastrofa i żadna klasa polityczna nic przeciwko temu nie zaradzi, nie pomoże tu ani 500+, ani inne złote środki, gdyż powód jest fundamentalny i ustrojowy. W istocie, żeby wyjść z zapaści musielibyśmy dokonać nie tylko całkowitej zmiany politycznego kursu, ale również dokonać zbiorowej ekspiacji. Taki scenariusz niestety brzmi jednak jak utopia.

Demografia to dzisiaj większe zagrożenie dla tkanki narodu niż napaść sąsiedniego państwa, które to pojęcie w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, gdy z własnej woli oddajemy tu i tam swoją suwerenność dla tzw., wyższych celów, mocno się zdewaluowało.

Dziś Polska, tak jak wiele innych krajów, podbijana jest bez wystrzału, nie przy pomocy wojska, ale siłą ideologii i gospodarki. Jeden z najważniejszych czynników, które Polacy uznali za korzyść płynącą z przystąpienia do Unii Europejskiej – możliwość nieobjętego limitem zatrudnienia na Zachodzie – stał się kolejnym gwoździem do polskiej trumny. Zagrożeniem nie tylko dla naszej suwerenności ale także dla najogólniej pojętego bytu. Przy spadającej dzietności, która wynosi obecnie 1,31 dziecka przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym, rocznie ubywa w Polsce 50 tysięcy obywateli, z czego podobno znaczny procent (ok. 10 tysięcy) stanowi migracja. Choć tego drugiego zjawiska tak naprawdę nikt dokładnie nie policzył.

Jak podają różne źródła – pod koniec 2017 r. w samej tylko Wielkiej Brytanii przebywało ponad milion naszych obywateli.

Nie powstrzymały procesu ubywania Polaków (mimo chwilowego wahnięcia – przedwcześnie nazwanego efektem 500+) działania rządu PiS, takie jak wspomniany program 500+, którego jednym z zamierzeń była zachęta dla najuboższych rodzin do pozostania w naszym kraju. Prognozy podają, że w 2020 roku współczynnik rocznej zmiany wynosić będzie -66. tysięcy Polaków, przy założeniu, że czynnik imigracyjny wynosić będzie owe 10 tysiecy i nie ulegnie zwiększeniu. Niestety, według ankiet przeprowadzonych w styczniu tego roku 1,5 miliona Polaków planuje w najbliższym czasie opuścić nasz kraj, z czego aż ok. od 14 do17 procent (jak podają różne źródła) myśli o stałym zamieszkaniu poza granicami Polski.

Natura nie znosi próżni i mechanizm jest dokładnie taki, jak na Zachodzie. Polscy robotnicy uciekają z kraju jak z tonącego okrętu, dzieci się nie rodzą, przedsiębiorca i emeryt zgłaszają wspólne zapotrzebowanie na pracowników. Rząd, który deklarował, że nie wpuści do Polski ani jednego niekontrolowanego imigranta, sprowadza ponad milion przybyszów zarobkowych z bałaganiarskiej i ogarniętej wojną ale uznanej przez tę samą władzę za strategicznego sojusznika – Ukrainy. Możemy tylko wróżyć czy część z nich zostanie tu na stałe. Słyszymy już o planach sprowadzenia do Polski przybyszów z Dalekiego Wschodu. Niektórzy uważają, nie bez słuszności, że to jedyne wyjście, w sytuacji gdy w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy. Patrząc jednak długofalowo, nie możemy nie zwracać uwagi na to, jak to zjawisko wpłynie w całkiem niedalekiej przyszłości na strukturę naszego narodu, państwa, na zarządzanie tym tworem, który z niego wyewoluuje. Tak czy siak, bez całkowitej zmiany kursu, lub chociaż częściowego rozluźnienia więzów z Zachodem i mądrego otworzenia się również na alternatywną geopolitykę, każdy, mniej fundamentalny sposób poradzenia sobie ze zjawiskami tej miary, co wędrówka ludów, czy niż demograficzny musi spalić na panewce.

 

(...)

Wojciech Trojanowski

 

przycisk

 

]]>
[email protected] (Wojciech Trojanowski) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 18:34:09 +0000
Niepodległość czy wolność? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4904-niepodleglosc-czy-wolnosc https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4904-niepodleglosc-czy-wolnosc Niepodległość czy wolność?

Kwestia niepodległości, podobnie jak kwestia wolności, tolerancji czy równości została dziś zideologizowana w takim stopniu, że trudno odczytać jej właściwy sens. Zwłaszcza w Polsce hasło „niepodległość” stało się poręcznym cepem, którym macha się nad głową kolejnym pokoleniom, ucinając wszelkie dyskusje i pytania.

Dlatego też warto przyjrzeć się pojęciu i zjawisku niepodległości z pewnego dystansu i bez emocji, nawet za cenę narażenia się na głosy krytyki bądź oburzenia, które zazwyczaj pojawiają się, gdy ktoś próbuje naruszyć nasze długotrwałe przyzwyczajenia, również myślowe. Tego typu higiena intelektualna jest niezbędna, jeśli chcemy uniknąć manipulacji i propagandy, żerujących na naszej wierze w tak zwane oczywistości. Nawet jeśli nie wszystkie wnioski okażą się słuszne, dobrze jest czasem sprawdzić, jak bardzo oczywiste są te oczywistości, do których przywykliśmy i w które bez zastrzeżeń wierzymy. Jak mawiał św. Tomasz, „Lepiej jest iść słuszną drogą potykając się, niż wielkimi krokami błądzić po bezdrożach”.

Ideologia niepodległości

Niepodległość państwowa traktowana jest zazwyczaj jako oczywiste, bezdyskusyjne dobro i konieczny warunek indywidualnej wolności. Przekonanie o konieczności obrony niepodległości bądź walki o niepodległość państwową wiąże się z założeniem, że w niepodległym państwie ludziom będzie żyło się lepiej, bezpieczniej i dostatniej niż w państwie podległym. Doświadczenie jednak w wielu wypadkach temu przeczy. Kambodża pod rządami Czerwonych Khmerów była niewątpliwie państwem niepodległym w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, jednak nie tylko wolność osobista jej obywateli, lecz również ich zdrowie i życie były wówczas w dużo gorszym stanie niż wtedy, gdy jako część Indochin stanowiła francuską kolonię. Również w bez wątpienia niepodległym państwie, jakim były komunistyczne Chiny, wolność jednostek była nieporównywalnie mniejsza niż w będącym w tym okresie brytyjską „dzierżawą” Hong Kongu bądź w brytyjskiej kolonii, którą do 1959 roku był Singapur. ZSRR również była państwem niepodległym, jednak jego obywatele żyli w warunkach dużo gorszych niż na przykład mieszkańcy francuskich kolonii na Pacyfiku. Dziś prawdziwie niepodległym państwem jest Korea Północna, której autonomia wydaje się większa niż w wypadku wielu wysoko rozwiniętych państw Zachodu, jej obywatele wszakże nie tylko nie cieszą się jakąś szczególną wolnością czy własnością, ale wręcz sami są własnością owego suwerennego państwa, które traktuje ich jak niewolników.

Pokazuje nam to, że

twierdzenie, jakoby niepodległość państwowa była niezbędną podstawą indywidualnej wolności i dobrobytu jest po prostu fałszywe. A skoro tak, to uznawanie niepodległości za dobro podstawowe i absolutne może dokonywać się tylko w ramach takiego systemu wartości, w którym dobro jednostki okazuje się wtórne i względne.

Idea narodowej niepodległości we współczesnym rozumieniu, które niepodzielnie panuje w Polsce, należy do dziedzictwa oświecenia i rewolucji francuskiej, podobnie jak współczesne idee narodu, równości czy praw człowieka. Wszystkie one zrodziły się w ramach kolektywistycznej doktryny stawiającej abstrakcyjny byt zbiorowy ponad konkretną osobę, różnica zaś polegała na stopniu ogólności abstrakcji. Część rewolucyjnych ideologów odwoływało się do haseł internacjonalistycznych, walcząc o dobro ludzkości, część zaś do nacjonalistycznych, walcząc o dobro narodu. W obu jednak wypadkach chodziło o tę samą doktrynę, której celem było uzasadnienie absolutnej władzy nad jednostkami, nie tylko od strony materialnej, lecz również duchowej. Władza ta, której efektem było swobodne dysponowanie życiem człowieka oraz lekceważenie codziennych i przyziemnych ludzkich potrzeb, opierała się na propagandzie, głoszącej konieczność poświęcenia ludzi dla ponadczasowych i wzniosłych celów, za te zaś uważano właśnie ludzkość, naród bądź państwo.

Propaganda ta była nad wyraz skuteczna, czego dowodem jest oddanie, z jakim ludzie potrafili bronić swoich więzień: zarówno Francuzi w czasie wojny „narodowej” z końca XVIII wieku, jak i Rosjanie podczas „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Aby być sprawiedliwym, trzeba wszakże pamiętać, że tymi samymi hasłami i tą samą propagandą mobilizowano do boju inne nacje, w tym Polaków w czasie II wojny światowej. Za każdym razem u podstaw leżała ideologia, w myśl której utrata niepodległości państwowej musi oznaczać utratę wolności indywidualnej i możliwości dobrego życia, a zatem wolnym i szczęśliwym można być jedynie w tak zwanym niepodległym państwie.

Tego typu ideologia absolutyzująca niepodległość, zarówno w teorii, jak i w praktyce, była i jest ideologią absolutyzującą państwo. Zakłada ona, że wolność człowieka może realizować się jedynie w obrębie instytucji państwa – zazwyczaj państwa narodowego – dzięki niemu i za jego przyzwoleniem. Wynika stąd, iż poza państwem człowiek nie może być prawdziwie wolny, nie może też prawdziwie realizować siebie. Stąd już tylko krok do uznania, że człowiek jest dla państwa, nie zaś państwo dla człowieka.

Całkowite zawłaszczenie ludzkiej osoby przez państwo stało się tym groźniejsze, że było to państwo nie podlegające żadnej moralności zewnętrznej. Idea niepodległości pierwotnie, w czasach kiedy formułował ją Jean Bodin, oznaczała niepodległość monarchy względem władzy duchownej, a więc papieża. Chodziło o stworzenie takiej doktryny władzy, w której – inaczej niż miało to miejsce na przykład w średniowieczu – państwowy suweren zarówno de facto, jak i de iure będzie całkowicie autonomiczny, a polityka wyzwoli się z ograniczeń, jakie nakładał na nią system moralny, którego symbolem był Kościół powszechny. Władza suwerenna miała być władzą absolutną i jako taka miała również kreować wartości, nie zaś podlegać wartościom wykreowanym przez kogoś innego. Formalnie w ustawach głównych większości państw istniały bądź nadal istnieją odwołania do Boga, ale są to jedynie nic nie znaczące zaklęcia, mające dodać otuchy poddanym. W istocie bowiem nie ma żadnej możliwość moralnego rozliczenia suwerennej władzy politycznej z jej działań, nie istnieje żadna Canossa, do której musieliby udać się rządzący, aby oczyścić się z win. Państwo niepodległe w nowoczesnym sensie to bowiem państwo, które samo określa to, co dobre i złe, jest czymś na podobieństwo nietzscheańskiego nadczłowieka, którego podstawową cechą jest to, że kreuje nowe i własne wartości.

Ideologia niepodległości, podobnie jak ideologia egalitaryzmu czy humanizmu, stanowi element współczesnego systemu niewolniczego, a jej głównym zadaniem jest uzasadnienie możliwości sprawowania absolutnej władzy nad pewnymi ludźmi przez innych ludzi, którzy występują jako reprezentanci narodu, państwa bądź, w skrajnym wypadku, ludzkości. Aby wymóc posłuszeństwo i w zarodku zdusić bunt – który naturalnie rodzi się w człowieku zmuszanym do postępowania przeciwko własnemu dobru i życiu – ideologię tę opakowuje się w patetyczne hasła, mówiące o konieczności poświęcenia prywatnych i partykularnych interesów w imię wyższego i abstrakcyjnego dobra, takiego jak dobro narodu, ludzkości czy niepodległość państwa (która jest po prostu synonimem jego dobra).  Przewrotne w tym wszystkim jest to, że hasła owe w istocie głoszone są dla prywatnych i partykularnych korzyści, które umiejętnie skrywane są przez propagandę, dodatkowo piętnującą naturalny egoizm i troskę o siebie jako postawy moralnie naganne.

Ideologia państwa absolutnego pieczołowicie tworzy i kultywuje mity o bohaterach dokonujących poświęceń dla dobra pewnego „ogółu”, które wpajane niewolnikom od dziecka, w szkołach, w sferze kultury popularnej i wysokiej, mają zapewnić ich posłuszeństwo. Tak tresowany człowiek staje się bezbronny wobec szantażu „niepodległością” niczym pies Pawłowa wobec dzwonka. Automatycznie musi uznawać niepodległość za dobro absolutne, w innym bowiem wypadku czeka go ostracyzm – i to nie tylko ze strony osób przynależących do prawicy, ale też sympatyków lewicy. Widać to zwłaszcza w Polsce, gdzie duża część tzw. środowisk niepodległościowych za swojego patrona ma Józefa Piłsudskiego, polityka pod każdym względem socjalistycznego, którego obóz otwarcie dążył do absolutyzacji państwa kosztem wolności i dobra poszczególnych jego mieszkańców. W pewnym więc sensie, przynajmniej na poziomie ideologii, PRL był kontynuacją przedwojennych rządów sanacji, niezależnie od oficjalnego ich potępienia.

(...)

Robert Tumski

 

 

przycisk

 

]]>
[email protected] (Robert Tumski) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 13:33:52 +0000
Polska na cywilizacyjnej „krzyżownicy” https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4903-polska-na-cywilizacyjnej-krzyzownicy https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4903-polska-na-cywilizacyjnej-krzyzownicy Polska na cywilizacyjnej „krzyżownicy”

Opozycja Wschodu i Zachodu –  jak mało gdzie –  silnie odbija się na geografii i historii Polski. Starożytne przeciwstawienie cywilizacji barbarzyństwu pobrzmiewa w świecie nowożytnym właśnie na owej linii podziału.

Polska wyobraźnia geograficzno-kulturowa i geopolityczna od wieków (chyba od czasu kijowskich Waregów) była zdeterminowana myśleniem „równoleżnikowym”, „horyzontalnym”. To na „osi poziomej” rozstrzygał się los Polski, to na niej szukano zawsze kompromisu między nieuniknioną zależnością a pożądaną suwerennością. Najbardziej jaskrawo w tę wyobraźnię wpisały się imperia rozbiorowe, zwłaszcza Prusy i Rosja, których mocarstwowe totalitarne wcielenia w XX wieku dokonały tragicznego dzieła podporządkowania i zniszczenia. Jego skutki warunkują współczesną polską politykę pamięci i narrację historyczną. Polskie rządy po 1989 roku nie były w stanie rozwiązać „kwadratury Niemiec i Rosji”, mimo normalizacji stosunków z Berlinem i prób zbudowania „dobrego sąsiedztwa” z Moskwą. Największy dyskomfort wynika stąd, że Polska nie potrafi stworzyć w żadnej konstelacji (ani z Niemcami, ani z Rosją), takiej koalicji, która dawałaby na długi czas gwarancje bezpiecznego i niezależnego rozwoju. Jednocześnie polskie elity prześladuje świadomość, że potencjalne połączenie potęgi niemieckiej gospodarki z olbrzymimi zasobami naturalnymi Rosji daje taką synergię i przewagę, że są one w stanie zdominować cały kontynent. Dla Polski oznacza to śmiertelne niebezpieczeństwo.

Położenie Polski na skrzyżowaniu Wschodu i Zachodu, niejako na granicy między nimi, stawiało ją nieraz w sytuacji dramatycznej. Miała zazwyczaj kłopoty ze swoją „zachodniością”, do której pretendowała, chociaż umiała też – zauważa Maria Janion –  przyznać się do „wschodniości”. Jak trafnie uchwycił to zjawisko Wacław Nałkowski, znalazła się „na krzyżownicy silnych gradientów kulturalnych i komunikacyjnych”. To szczególne położenie skłaniało ją do poszukiwania roli równoważącej. Asymetria wobec silniejszych sąsiadów i nacisk z ich strony pozostają jednak tak groźne, że ten efekt w praktyce jest nieosiągalny.

Na postrzeganie Polski przez tzw. historyczne narody, przeznaczone do szczególnych ról przywódczych (w istocie uprawiające imperialistyczne podboje pod przykrywką misji cywilizacyjnych), ogromny wpływ wywarły głęboko zakorzenione przesądy ery imperialnej. Pisał na ten temat Norman Davies w książce Europa. Między Wschodem a Zachodem. Pewną rolę odegrały także uprzedzenia rasowe i etniczne, sięgające kilku wcześniejszych stuleci. Nie bez znaczenia była propaganda niemiecka, która negatywnie odłożyła się na zachodnim oglądzie Słowian na wschód od Odry. Pozostałością tego myślenia są występujące do dzisiaj rozważania na temat cywilizacji europejskiej, pomijające całkowicie Europę Wschodnią. Henry Kissinger w książce Porządek światowy przedstawia przestrzeń europejską po pokoju westfalskim, całkowicie lekceważąc Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

Na postrzeganie Polski w XX wieku ogromny wpływ miało odzyskanie przez nią niepodległości po rozpadzie trzech imperiów rozbiorowych. Przegrana wojna 1939 roku i losy pod okupacją w czasie II wojny światowej na powrót uczyniły ją przedmiotem decyzji wielkich potęg. To jednak nie tyle Polska była zbyt słaba, aby obronić swoją suwerenność, ile mocarstwa zachodnie – przede wszystkim Stany Zjednoczone i Wielka Brytania –  okazały się na tyle niezdecydowane w obronie polskiego partnera i sojusznika, że idąc po linii najmniejszego oporu i redukując koszty zaangażowania, spisały ją, podobnie zresztą jak całą Europę Środkową i Wschodnią, na straty. W okresie „zimnej wojny” na Zachodzie wyrosły dwa pełne pokolenia ludzi, które nie mając żadnej styczności ze wschodnią częścią Europy, wymazały ją ze swojej mentalnej mapy i przestały ją rozumieć. Polska została zepchnięta na margines zachodniej świadomości.         

Po trudnych doświadczeniach uzależnień blokowych Polska znalazła się szczęśliwie po zachodniej stronie nowych podziałów geopolitycznych. Dokonała reorientacji swoich afiliacji sojuszniczych, stała się beneficjentem instytucjonalizacji współpracy gospodarczej i wspólnoty obronnej. A jednak ze względu na swoje położenie na pograniczu Wschodu i Zachodu elity rządzące Polską czują ciągle dyskomfort wyobcowania, niezrozumienia, a nawet izolacji. Przy czym izolacja czy wyobcowanie wobec Wschodu jest wynikiem ich własnego wyboru i kompleksu wyższości, natomiast alienacja wobec Zachodu jest konsekwencją odrzucenia czy też odpychania przez tenże Zachód i własnego przed nim kompleksu niższości. „Patrzeć na Rosję z oddalenia, widzieć Europę z bliska – oto ideał optyki polskiej określanej przez oś Wschód-Zachód”.

W kontekście gry geopolitycznej, jaka od wieków toczy się między romańskim, germańskim i anglosaskim Zachodem a peryferyjnym wobec nich Wschodem, w odniesieniu do Polski powraca pytanie o jej graniczny i pomostowy charakter. W różnych kontekstach w dyskursie politycznym przewijają się takie cechy, jak: tranzytowość, przepustowość, korytarz dla wędrówek i przemarszów, buforowość, frontowość i pole bitewne. Kulturoznawcy dowodzą z kolei jej transkulturacji, przenikania się kultur, ich kontaminacji, hybrydyczności i niejednoznaczności.

Istotą owego „przechodniego” charakteru Polski nie jest jednak geografia, lecz międzycywilizacyjne ulokowanie między Zachodem a Rosją, czyli wedle anachronicznej dziś kalki –  światem „cywilizowanym” i „niecywilizowanym”. W XXI wieku Zachód kojarzy się jednoznacznie ze zdobyczami demokracji i wysokiej kultury. Na Wschodzie natomiast nieustannie panują tyranie, despocje i autokracje. Odczucie granicznego postrzegania kieruje więc uwagę nie w stronę granicy między krajami w sensie geograficzno-kulturowym, czy między państwami w sensie polityczno-administracyjnym, lecz między odrębnymi światami, między różnymi cywilizacjami.

 

(...)

Stanisław Bieleń

 

 

przycisk

 

]]>
[email protected] (Stanisław Bieleń) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 12:58:40 +0000
Czy Chinom potrzebna jest niepodległość Polski? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4902-czy-chinom-potrzebna-jest-niepodleglosc-polski https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4902-czy-chinom-potrzebna-jest-niepodleglosc-polski Czy Chinom potrzebna jest niepodległość Polski?

31 grudnia 2003 roku byłem na Ostatnim Balu Sylwestrowym w Niepodległej Rzeczypospolitej. Bal był organizowany przez rzeszowski Oddział Unii Polityki Realnej. Nie był specjalnie wesoły.

Ton nadawał p. Janusz Korwin-Mikke, próbując ożywić atmosferę aukcją obrazów miejscowych artystów. Nie na wiele się to zdało, towarzystwo było raczej przygnębione widmem utraty niepodległości. Zresztą oferowane obrazy też miały jakiś minorowy ton. Przy stołach natomiast dominowały tematy kulinarne a nie polityczne.

1 maja 2004 Rzeczpospolita Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. Wniosek o członkostwo został złożony w roku 1994, czyli już w rok po powstaniu tej struktury – i po 10 latach Polska została wpisana na listę uczestników tej międzynarodowej organizacji. Przy czym w 2004 roku UE nie mała jeszcze statusu organizacji międzynarodowej (takiej, jak np. WTO czy UN), a nabyła go dopiero w roku 2009.

Członkostwo w każdej organizacji wiąże się z poddaniem się jej wewnętrznym regulacjom. Regulacje wewnętrzne Unii Europejskiej są generalnie ekspansywne i skłaniają członków do pozbycia się części własnej niezależności, samostanowienia, suwerenności a nawet niepodległości. Rzeczpospolita Polska w wielu obszarach te cechy utraciła i nadal je traci. Od dwu lat proces ten jest nieco hamowany przez rządy Beaty Szydło, a potem Mateusza Morawieckiego. Okupione jest to wewnątrzpolską awanturą zwolenników i przeciwników tzw. integracji europejskiej. Relacja RP do UE jest wykorzystywana do rozgrywek politycznych i niewiele jest sił w Polsce, które mogłyby ją ustawić na torach rzeczywistego partnerstwa a nie postawy klęczącej z wyciągniętą, proszalną dłonią.

Ta pełzająca utrata niepodległości jest przez jej zwolenników oklaskiwana i pokazywana jako cel – powstaje bowiem nowe państwo, znacznie silniejsze niż RP, w którym wszyscy Polacy mieliby znaleźć bezpieczny dobrobyt znacznie atrakcyjniejszy niż mglista przyszłość samej Polski, targanej coraz to nowymi rządami lokalnych partii, rozdzierających Rzeczpospolitą na kawałki. To może lepiej oddać się pod opiekę berlińskich administratorów (dziś występujących z plakietką „Bruxelles”), którzy zapewnią nam spokojny byt? Mało kto zadaje sobie pytanie: za jaką cenę?

Zauważmy, że politycy, którzy postawią sobie takie pytanie nie muszą od razu dochodzić do wniosku, że „grozi nam Polexit”. Odzyskanie własnej tożsamości jest możliwe w dużej mierze bez rewolucyjnych kroków podobnych do brytyjskich.

Oczywiście, by w ogóle mówić o powrocie do samostanowienia, musi istnieć wola polityczna rządzących RP. Bez głębokiego przekonania, że Polska może funkcjonować bez podlegania innym państwom, a jedynie współpracując z nimi – nie uda nam się przeprowadzić żadnych zmian. Załóżmy zatem – przynajmniej na potrzeby tych rozważań - że polityczna świadomość i wola zmian istnieją.

Jak więc rozpocząć odzyskiwanie samostanowienia?

Technicznie kluczowym działaniem wydaje się zmiana sposobu funkcjonowania Komitetu do Spraw Europejskich przy MSZ. Jest to struktura powołana w 2009 roku na miejsce Komitetu ds. Integracji Europejskiej. To stamtąd pochodzi strategia współpracy Polski z UE i stamtąd powinny wychodzić kierunki naszego stosunku do „spraw unijnych”. Komitet jest zaprzątnięty dziesiątkami drobnych spraw i nie widać, by w ciągu ostatniego roku miał siłę i czas wypracować jakieś wytyczne, kierunki budowania relacji z UE. (Właściwie nie powinno się pisać: „z UE”, tylko: „wewnątrz UE”, bo jesteśmy częścią tej struktury, a nie podmiotem zewnętrznym.)

Komitet ten jest de facto częścią MSZ i oczekiwać by należało, że w nim wypracowuje się postawa RP wobec tego, co generuje Komisja Europejska i inne instytucje UE. Co miesiąc generuje on wykaz tematów, którymi się zajmował na 2-4 swoich posiedzeniach. W roku 2018 wykazy te miały od 5 do 14 stron miesięcznie. Najkrótszy wykaz spraw zawierał 68 tematów (sierpień 2018), a najdłuższy – 197 tematów (czerwiec) opracowywanych na 4 posiedzeniach. Przy takim tempie pracy nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie myśleć o perspektywie RP w UE, bo terminy generowania poszczególnych dokumentów uciekają, a Bruksela nie próżnuje i zwiększa wydajność narzucając coraz większe tempo biurokratycznej pracy polskim urzędnikom.

W zadaniach Komitetu należałoby umieścić takie sformułowania, które spowodują, że Unia Europejska będzie traktowana jako zewnętrzny podmiot, którego inicjatywy będą oceniane przez pryzmat polskiego prawa. Jest to postulat uzyskania takiego statusu wewnątrz Unii Europejskiej, jaki ma RFN: prawa stanowione w Brukseli obowiązują na terenie Niemiec jedynie wtedy, gdy zgodzi się na to Bundestag i Bundesrat. Jeśli wymagałoby to renegocjacji części Traktatu Lizbońskiego – należy taką procedurę jak najszybciej rozpocząć. Z pewnością RP nie będzie osamotniona w takich działaniach. I to nie jest żaden gazetowy „polexit”. To jest odzyskanie samostanowienia bez naruszania wspólnych interesów gospodarczych (np. wspólny obszar celny), a także politycznych (np. relacja Unii Europejskiej z USA jako głównym graczem w NATO). Unia Europejska jest ważną strukturą, ale nie aż na tyle, by cały departament polskiego MSZ był w 100% pochłonięty jedynie ustosunkowywaniem się do problemów generowanych przez jeden z traktatów, który podpisała RP. Liczba osób w MSZ zajmująca się relacjami ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją, Brazylią, Indiami czy Chinami – powinna być porównywalna z liczbą osób zajmujących się Unią Europejską. I żeby nie było niejasności: uważam, że należy zmniejszyć personel tego komitetu redefiniując jego zadania. Taki ruch wymaga nowelizacji przepisów powołujących ten komitet (Dz.U. 2009 nr 161 poz. 1277). A dokładnie: należałoby co najmniej zmienić sformułowanie: „strategia działania Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Unii Europejskiej” na „strategia działania Rzeczypospolitej Polskiej wobec Unii Europejskiej”.

 

(...)

Paweł Falicki

 

przycisk

 

]]>
[email protected] (Paweł Falicki ) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 12:51:11 +0000
Efektywny model organizacji i zarządzania państwem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4901-efektywny-model-organizacji-i-zarzadzania-panstwem https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4901-efektywny-model-organizacji-i-zarzadzania-panstwem Efektywny model organizacji i zarządzania państwem

Celem państwa jest szczęśliwe życie, a reszta to środki do tego celu wiodące. Państwo jest zaś wspólnota rodów i miejscowości dla doskonałego i samowystarczalnego bytowania. To znów polega, jak powiedziałem, na życiu szczęśliwym i pięknym. Trzeba tedy przyjąć, że wspólnota państwowa ma na celu nie współżycie, lecz piękne uczynki.

Arystoteles, Polityka

Państwo jest nie tylko wspólnotą obywateli czy podmiotem prawa międzynarodowego, ale również, o czym zapomina bardzo wielu krajowych polityków, ogromnym, wielowymiarowym i wielofunkcyjnym organizmem – strukturą organizacyjną. Rządzący powinni umieć nie tylko uprawiać politykę (często myloną z politykierstwem), ale również zarządzać strategicznie powierzonymi obszarami i sprawować nadzór (samodzielnie lub przez wybranych współpracowników) nad działalnością operacyjną podlegających im instytucji. Stan państwa, a co za tym idzie, również ocena rządzących przez obywateli, będzie zależał w znacznej części, a może nawet przede wszystkim, od jakości zarządzania i wynikających z niej rzeczywistych efektów w świecie realnym.

Uwaga ta jest obecnie tym bardziej aktualna, że w Polsce wyczerpano właśnie większość rezerw pozwalających na ukrycie nieudolności w rządzeniu państwem. Nie jest już możliwe dalsze zadłużanie państwa, w takim tempie, jak w ciągu ostatnich lat. Fundusze unijne, postrzegane jako bajkowy sezam, mają niewielki praktyczny wymiar finansowy (ok. 25-27 miliardów złotych netto) i znaczący wymiar demoralizujący administrację (szczególnie szczebla samorządowego) oraz spore grupy tzw. beneficjentów. Tematy zastępcze, takie jak konflikt między dwoma największymi partiami, czy też wywoływane małe krucjaty przeciwko różnym, nielubianym grupom społecznym wywołują dzisiaj zmęczenie, a coraz częściej również irytację.

W Polsce wyczerpano właśnie większość rezerw pozwalających na ukrycie nieudolności w rządzeniu państwem. Nie jest już możliwe dalsze zadłużanie państwa, w takim tempie, jak w ciągu ostatnich lat.

Jednocześnie należy pamiętać, że podstawowym źródłem siły każdego państwa (pomijając model państwa Asyryjskiego), jest jego siła wewnętrzna, wynikająca z przyjętego modelu funkcjonalnego i jakości zarządzania.

Dlatego też, idąc wzorem zwycięskich kampanii M. Thatcher i R. Reagana, z zachowaniem wszystkich proporcji, świadomości pewnych odrębności kulturowych i mentalnych, należy opracować program rozwiązania podstawowych problemów kraju i jego mieszkańców, ale tak, żeby „na koniec dnia” rozwiązania te ułożyły się w spójny, uporządkowany i efektywny model funkcjonalny państwa.

Taka filozofia działania pozwoli nie tylko uniknąć zbędnych i kosztownych działań dublujących się lub wzajemnie wykluczających, oraz skrócić do niezbędnego minimum czas wyrzeczeń i dyskomfortu wynikającego z wprowadzania dużych zmian (większość ludzi jest niewolnikami tyranii status quo), ale przede wszystkim optymalnie wykorzystać skończone z natury rzeczy zasoby, uniknąć sporej części napięć społecznych i politycznych, gdyż mądry program – nawet trudnej restrukturyzacji nie jest grą o wyniku zerowym i może zakończyć się zgodnie z zasadą „w2w”. Jego twórcy natomiast mogą zyskać, przez konsekwencję w realizacji i pozytywny efekt końcowy, ogromny kapitał polityczny.

Żeby dać sobie szansę na osiągnięcie takiego sukcesu, zgodnie z opisaną powyżej metodologią, należy wpierw wyznaczyć cel, do którego chce się podążać, a więc opisać pełny, spójny i atrakcyjny dla większości obywateli model funkcjonalny państwa, który zamierza się zbudować.

Model taki (przedstawiony na załączonym schemacie) powinien składać się z trzech podstawowych filarów:

  • obszaru wytwórczego – gospodarka,
  • obszaru podstawowych funkcji państwa,
  • obszaru kapitału ludzkiego - redystrybucji.

Zbudowany jest na schemacie wzajemnie powiązanych i uzupełniających się, a nie dublujących, czy konkurujących instytucji państwowych, zarządzanych politykami właściwymi dla każdego obszaru.

Elementem łączącym taką wizję organizacji i zarządzania państwem powinien być zbiór zasad generalnych, takich jak:

  • system podstawowych wartości – oparty na chrześcijańskiej tradycji,
  • polska racja stanu – podstawowy imperatyw polityki rządu,
  • filozofia budowy państw – zasada pomocniczości,

czy wreszcie

  • budowanie tożsamości narodowej – polityka historyczna.

Tak przedstawiony modelu funkcjonalnego państwa i wynikający z niego program rządzenia, pozwoliłby, powtórzmy raz jeszcze, na optymalne wykorzystania, ograniczonych z natury rzeczy i wciąż skromnych w porównaniu z krajami rozwiniętymi, potencjału i zasobów, a tym samym wzmocnić wewnętrznie państwo Polskie i dać mu narzędzia do prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej.

Obszar wytwórczy – gospodarka

Celem strategicznym dla tego obszaru jest - maksymalizacja wytworzenia bogactwa, przy optymalnym wykorzystaniu posiadanych zasobów: ludzkich, wiedzy, kapitałowych, surowcowych, położenia geograficznego itp.

Z siły tego obszaru będzie wynikała siła ekonomiczna, a z niej siła polityczna państwa. Również z tego obszaru będą pochodziły środki finansowe – pieniądze na utrzymania pozostałych dwóch obszarów funkcjonalnych państwa. Poprawne zarządzanie tym obszarem będzie polegało na właściwym zdefiniowaniu posiadanych zasobów oraz stworzeniu takich ram prawnych i systemowych, które umożliwią osiągnięcie maksymalnej produktywności. Do obecnie posiadanych kluczowych zasobów – aktywów państwa Polskiego zaliczyć należą:

  • przedsiębiorczość tkwiąca w polskim społeczeństwie (wg. wielu badań jesteśmy najbardziej przedsiębiorczym narodem spośród wszystkich krajów UE),
  • zasoby pracy – liczba ludzi w wieku produkcyjnym, ich kwalifikacje (obecne i możliwe do uzyskania),
  • zasoby wiedzy i umiejętności – praktycznej (u przedsiębiorców) i teoretycznej (w jednostkach R&D, wykorzystywanych w niewielkim stopniu),
  • podstawowe kapitały – majątek trwały i finansowy (konieczne jest wprowadzenie rozwiązań pozwalających na znacznie szybszą akumulacją kapitału przez polskich przedsiębiorców),
  • zasoby naturalne – posiadamy bardzo wiele cennych surowców naturalnych,
  • położenia geograficznego – szlaki komunikacyjne na osiach W-Z i Pn-Pd, uzupełnione znajomością mentalności wschodu i zachodu.

W sumie jest to ogromny potencjał wzrostu, obecnie bardzo źle wykorzystywany, ale stanowiący stosunkowo łatwe do ożywienia rezerwy proste. Właśnie na tym polu, poprzez rozwiązania systemowe możliwie przyjazne dla przedsiębiorców, relatywnie najłatwiej byłoby nam zbudować przewagę konkurencyjną wobec bogatszych krajów zachodu, przewyższających nas pod względem posiadających kapitałów, technologii, zakumulowanych doświadczeń i zgromadzonej wiedzy, ale tonących w biurokracji i zabobonach ideologicznych.

Narzędziem do efektywnego zarządzania przez rząd tym obszarem, na poziomie strategicznym, powinny być m.in. następujące polityki:

  • polityka gospodarcza – określająca ramy prawne i zasady prowadzenia działalności gospodarczej, przywracająca swobody aktywności gospodarczej zapisane w ustawie M. Wilczka z 1998 roku;
  • polityka fiskalna – definiująca prosty, uczciwy i tani w poborze system danin publicznych, np. taki, jak przygotowany przez ekspertów Centrum im. Adama Smitha już w 2004 roku (tj. zastąpienie podatku dochodowego podatkiem od przychodów i obniżenie o połowę opodatkowania pracy);
  • polityka własności – określająca jakie podmioty gospodarcze, ze względu na bezpieczeństwo państwa, powinny zostać w domenie publicznej, przy założeniu ograniczania ich liczby do koniecznego minimum;
  • polityka rynku pracy – pozwalającą, przy powiązaniu z polityką fiskalną, na możliwie dużą swobodę zawierania umów i ograniczenia aktywności instytucji państwa do gwarantowania ich bezwzględnego przestrzegania;
  • polityka monetarna – oparta na posiadaniu własnej – narodowej waluty i dużej samodyscyplinie, popartej właściwymi zapisami konstytucji, w kreacji pieniądza i długu.

Przygotowując spójne i możliwie proste rozwiązania prawne i systemowe dla tego obszaru należy pamiętać o podstawowym założeniu, a mianowicie, że: obszar ten, czyli gospodarka narodowa, nie może być miejscem realizacji polityki „sprawiedliwości społecznej” i innych polityk socjalnych, dla których właściwym jest trzeci filar. Karanie cnoty (przedsiębiorczości, pracowitości, oszczędności, odpowiedzialności, itp.) i nagradzanie występku (czyli cech przeciwnych wyżej wymienionym) poprzez fałszywy system podatkowy i źle skonstruowane prawo pracy, musi skutkować utrwalaniem patologicznych postaw, nieefektywnym wykorzystaniem posiadanych zasobów, a w konsekwencji ograniczeniem tempa wzrostu zamożności obywateli i ich rodzin, a tym samym siły ekonomicznej państwa.

 

(...)

Ireneusz Jabłoński

 

przycisk

Centrum im. Adama Smitha

]]>
[email protected] (Ireneusz Jabłoński) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 12:33:42 +0000
Droga do Niepodległości wiedzie przez dystrybucjonizm https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4900-droga-do-niepodleglosci-wiedzie-przez-dystrybucjonizm https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4900-droga-do-niepodleglosci-wiedzie-przez-dystrybucjonizm Droga do Niepodległości wiedzie przez dystrybucjonizm

Był Anglikiem, ale śmiało można powiedzieć, że szczególnie umiłował właśnie nasz kraj. Gilbert Keith Chesterton, bo o nim mowa, bardzo cieszył się z faktu odzyskania przez Polskę Niepodległości. Ten słynny brytyjski pisarz odwiedził Polskę w 1927 roku. W księdze pamiątkowej polskiego PEN Clubu napisał wtedy: „Gdyby Polska nie narodziła się ponownie, umarłyby wszystkie chrześcijańskie narody”. Po sobie pozostawił klucz do drzwi, za którymi kryje się wolność. Czy Polacy zechcą je w końcu otworzyć?

Na świat przyszedł 29 maja 1874 roku. Urodził się i wychował w domu londyńskiego kupca Edwarda Chestertona. W dorosłym życiu świadomie porzucił anglikanizm i przeszedł na katolicyzm. Ogromny wpływ na poglądy Chestertona miała Katolicka Nauka Społeczna, w tym encyklika Rerum Novarum papieża Leona XIII. Kiedy został katolikiem, powiedział, że wszystko, co kochał w wolności, znalazł właśnie w Kościele katolickim. Jednocześnie odrzucał kapitalizm z jego monopolami, jak i socjalizm z jego wszechwładzą państwa. Uważał, że oba ustroje w równym stopniu krępują indywidualizm i ograniczają własność.

Chesterton był współtwórcą dystrybucjonizmu – doktryny politycznej, której centralnym punktem jest rozpowszechnianie prywatnej własności. Nie ufał żadnej władzy politycznej. Według Chestertona najważniejszym modelem powinna być rodzina, dlatego poprzez dystrybucjonizm próbował obronić ludzki dom i rodzinę.

Październik 2014 roku. W murach Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowano konferencję zatytulowaną „Chesterton, Dystrybucjonizm i Polska”. Z niemałym wstydem przyznaję, że nie miałam wcześniej pojęcia kim jest bohater wykładów. Na konferencji znalazłam się przypadkiem. Po odsłuchaniu wielu godzin fascynujących prelekcji, zrozumiałam, że właśnie poznałam system, który – jak żaden inny – daje człowiekowi wolność. Dowiedziałam się także, że według Chestertona Polska reprezentowała ideę tego, czym powinien być naród. Odzyskanie przez Polskę niepodległości było jak wypełnienie jego dystrybucjonistycznego snu. „Był to żywy dowód na to, że ideał, który był niemalże zrealizowany w średniowieczu, teraz mógł być realizowany w jego czasach”.

Jak wygląda ten wyśniony obraz Chestertona? To system, w którym własność jest rozdzielana pomiędzy drobnych właścicieli, a jego podstawę stanowi naród katolicki, wolny i rolniczy.

Jak wygląda ten wyśniony obraz Chestertona? To system, w którym własność jest rozdzielana pomiędzy drobnych właścicieli, a jego podstawę stanowi naród katolicki, wolny i rolniczy.

Politykę dystrybucjonizmu opracował w książce Państwo niewolnicze współtwórca doktryny, Hilaire Belloc. Na jej łamach wykazał, że zarówno socjalizm, jak i państwowy kapitalizm pomagają tworzyć taki sam rodzaj społeczeństwa, w którym władza koncentruje się w rękach małej grupy rządzących. Takie państwo daje jedynie bezpieczeństwo grupie proletariatu, którego pozycja ekonomiczna jest ustalona przez prawo.

Według twórców dystrybucjonizmu jedyną alternatywą tych niewolniczych systemów, jest państwo małej własności rolniczej i cechów rzemieślniczych. Podstawową zasadą dystrybucjonizmu jest to, że życie publiczne istnieje dla życia prywatnego, które to życie ma chronić. Wszelkie działania mają być skierowane na dobro rodziny, która jest podstawową komórką społeczną.

Cudze błędy, lekcja dla nas

Żeby zobrazować zgubne działanie ideologii, które tak bardzo krytykował Chesterton, posłużę się współczesnym przykładem Wenezueli. Kraj ten został najpierw zniszczony przez kapitalistów (a właściwie zmowę tychże), a potem dobity przez socjalistów. Mamy tutaj konkretny model, jak oba systemy, wespół zespół niszczą całe kraje i narody.

Wenezuela ma największe na świecie udokumentowane rezerwy ropy naftowej. Jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku dzięki dochodom z eksportu ropy Wenezuela była państwem stabilnym. U progu kolejnej dekady doszło do pierwszego załamania, kiedy wskutek zwiększenia produkcji ropy naftowej przez Arabię Saudyjską i Stany Zjednoczone, ceny surowca osiągnęły najniższy pułap w historii. W 1980 roku Wenezuela stanęła w obliczu poważnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Produkt krajowy brutto (PKB) na jednego mieszkańca kraju zmniejszył się o 20 procent. W ciągu zaledwie kilku lat pensje Wenezuelczyków spadły o dwie trzecie.

I wtedy do akcji wkroczyli kapitaliści. W 1989 roku wybory prezydenckie wygrał Carlos Andrés Pérez z centrowej Akcji Demokratycznej. Jego administracja wprowadziła program reform neoliberalnych inspirowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Doszło do cięć wydatków socjalnych; państwowe przedsiębiorstwa w większości zostały sprywatyzowane; władza zrezygnowała z kontroli cen na wiele towarów; rząd zdecydował się zmniejszyć podatki dla osób najbogatszych, obarczając jednocześnie wyższymi podatkami najuboższych. Zmiany spowodowały niezadowolenie wśród ubogich i klasy robotniczej. Wzrosła dysproporcja między biedną większością a bogatą mniejszością. Zjawiska takie jak głód, prostytucja i przestępczość stawały się coraz powszechniejsze. I wreszcie, dług narodowy Wenezueli, zamiast maleć, ciągle wzrastał.

Zupełnie naturalnym zjawiskiem jest to, że z ogarniętego kryzysem kraju wyłonić się musi przywódca niezadowolonej większości. I wtedy do akcji wkroczyli socjaliści ze swoją boliwariańską wersją rewolucji społecznej. Ruch Hugona Cháveza (późniejszego prezydenta) proponował gruntowną transformację gospodarczą i polityczną oraz zastąpienie kapitalizmu systemem określanym jako „socjalizm XXI wieku”. Chwytliwe hasła podbiły serca większości Wenezuelczyków. Socjaliści zdobyli władzę, a ich rządy w niespełna dwie dekady doprowadziły kraj do totalnej ruiny i chaosu. Wenezuela jest dzisiaj przykładem spektakularnego upadku państwa, którego mieszkańcy szukają pożywienia na śmietnikach.


Rozsądna ilość, zamiast skrajności

 

Zapytałam znaną lewicową dziennikarkę, dlaczego popiera socjalizm. W odpowiedzi usłyszałam, że ludzie w swojej naturze są egoistyczni i nie chcą się dzielić z potrzebującymi, dlatego konieczna jest ingerencja państwa… Z kapitalistami również rozmawiałam… Nienawidzą socjalistów, bo ich zdaniem wykorzystują oni aparat państwowy do okradania przedsiębiorców z owoców ich pracy.


Zapytałam znaną lewicową dziennikarkę, dlaczego popiera socjalizm. W odpowiedzi usłyszałam, że ludzie w swojej naturze są egoistyczni i nie chcą się dzielić z potrzebującymi, dlatego konieczna jest ingerencja państwa. Moja rozmówczyni nienawidzi kapitalistów, bo jej zdaniem wykorzystują oni swoją pozycję i bezwzględnie wyzyskują pracowników. W podobnym duchu wypowiadało się wielu innych socjalistów, których poznałam.

Z kapitalistami również rozmawiałam. Byłam też na rozmaitych konferencjach i spotkaniach organizowanych przez zwolenników wolnego rynku. Nienawidzą socjalistów, bo ich zdaniem wykorzystują oni aparat państwowy do okradania przedsiębiorców z owoców ich pracy. Kapitaliści nie akceptują tego, że państwo pod przymusem – a więc w postaci podatków oraz całej masy przepisów i regulacji – zabiera im ich własne zarobki, a następnie dysponuje tymi środkami według własnego widzimisię.
Obie strony na swój sposób wydają się mieć rację, ale to tylko pozory. Wystarczy spojrzeć na nasze państwo od czasów PRL, przez transformację, aż do współczesności. Socjalizm i kapitalizm są na tyle wadliwymi systemami, że w obu przypadkach w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko grupa uprzywilejowanych. Ten mechanizm tak po prostu działa. I gdybym nie poznała myśli Chestertona i jego dystrybucjonizmu, nie wiedziałabym jak z tego impasu się wydostać.

W 2017 roku na Uniwersytecie Warszawskim odbyła się kolejna konferencja poświęcona wybitnemu Anglikowi. Z tej okazji do Polski ponownie przyjechali przedstawiciele Instytutu Chestertona z Nowego Jorku. Podczas bezpośredniej rozmowy prezes organizacji ojciec Ian Boyd wyjaśnił mi, dlaczego Chesterton uważał zarówno kapitalizm, jak i socjalizm za formy niewolnictwa. Niewolnicy pierwszego systemu podlegają pod korporacje, a drugiego pod rząd – dlatego wolna osoba musi być wolna od jednego i drugiego. Chesterton nie znosił imperializmu, potężnego rządu i potężnych korporacji, ponieważ jego zdaniem nikt nie nadaje się do tego, aby być panem drugiego człowieka.

Chesterton nie znosił imperializmu, potężnego rządu i potężnych korporacji, ponieważ jego zdaniem nikt nie nadaje się do tego, aby być panem drugiego człowieka.

Zdaniem Chestertona – ci, którzy uważają się za zwolenników wolnego rynku cenią w nim najbardziej to, że nie jest on wolny. Marzeniem kapitalistów nie jest bowiem to, aby było więcej rywalizacji, ale to, aby było mniej konkurencji. Ostatecznym celem jest monopol, a nie wolna przedsiębiorczość. W tym kontekście wystarczy sobie przypomnieć, co się u nas stało po okresie transformacji. Wiele polskich fabryk zostało przejętych przez zachodnie koncerny; sieci supermarketów z Zachodu wyparły z rynku mniejsze sklepy prowadzone przez Polaków; wskutek zmowy cenowej polscy rolnicy są zmuszani przez potężnego dostawcę do sprzedawania owoców swojej pracy za grosze; itd., itp.

 

(...)

 

 

przycisk

 

]]>
[email protected] (Agnieszka Piwar) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 12:04:05 +0000
Polak w Polsce ma pod górkę https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4899-polak-w-polsce-ma-pod-gorke https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/archiwum/2018/item/4899-polak-w-polsce-ma-pod-gorke Polak w Polsce ma pod górkę

Historyk Wojciech Kempa, redaktor naczelny dwumiesięcznika społeczno-politycznego „Magna Polonia”, w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem wyraża swoją opinię, że po roku 1989 Polska – co prawda – odzyskała niepodległość, ale stało się to niejako ponad naszymi głowami i szybko zaczęliśmy się rozglądać, pod czyim to butem się schować, żeby przypadkiem nie musieć samodzielnie o niczym decydować i tej niepodległości tak naprawdę na własne życzenie zrzekliśmy się.

 Jaką wartością dla Ciebie jest niepodległość? Jakie wiążą się z nią szanse, a jakie niebezpieczeństwa?

 Dla mnie, jako człowieka, który z domu wyniósł pewien system wartości, przywiązanie do ojczyzny zawsze, od dziecka, było bardzo ważne i odgrywało bardzo istotną rolę. Wychowałem się w rodzinie, w której pamięć o walce o niepodległość była przechowywana. Mój dziadek był oficerem Armii Krajowej, skazany przez Niemców na karę śmierci i powieszony. Pradziadkowie byli powstańcami śląskimi. Od dziecka chłonąłem tę atmosferę. Odkąd pamiętam, u mnie w domu rozmawiało się na tematy historyczne, na tematy odnoszące się do walki o niepodległość, wspominało się tę walkę, w związku z czym jako dziecko tym nasiąkałem i stąd niepodległość jest jedną z najważniejszych wartości. Przede wszystkim jednak należy zadać sobie pytanie, czym jest i czym powinno być państwo, bo wokół tego zagadnienia w ostatnim czasie toczone są liczne dyskusje, w których to jednak umyka kwestia zasadnicza. Odpowiedź na pytanie, czym jest państwo i czym powinno być gdzieś się gubi. Zastanawiamy się, czy państwo powinno zajmować się kwestią zabezpieczeń emerytalnych, socjalnych, w jaki sposób może ingerować w nasze życie i na ile ograniczać nasze swobody, rozmawiamy o tamtym i owym, natomiast nie rozmawiamy o tym, czym to państwo ma być. Dla mnie bowiem państwo to przede wszystkim zinstytucjonalizowana forma życia narodowego. Tworzymy wspólnotę. Tak jak rodzina tworzy wspólnotę, tak naród tworzy wspólnotę, a państwo jest od tego, żeby realizować cele wspólnotowe. Po to, żeby zabezpieczać sprawy socjalne, po to, żeby zabezpieczać jakieś tam kwestie prawne, sprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego – do tego nie jest potrzebne istnienie państwa polskiego. To może zabezpieczyć każde inne państwo, natomiast po to tworzymy państwo polskie, żeby zabezpieczało interesy ściśle narodowe. W tym sensie też jestem narodowcem.

 

Czy znaczenie tego pojęcia „niepodległość” należy dostosowywać do istniejących warunków politycznych, geopolitycznych, gospodarczych, historycznych czy jednak jest to wartość niezmienna?

 Dla mnie jest to wartość stała i niezmienna. Nie uważam, byśmy mieli podporządkowywać nasz interes narodowy jakiemuś innemu państwu czy jakimś ponadnarodowym interesom. Nie powinniśmy też ustawiać się w opozycji do kogokolwiek. Czasami bowiem możemy usłyszeć, że naszym „tradycyjnym” wrogiem jest Rosja, Ukraina, Niemcy, a nawet Stany Zjednoczone albo ktokolwiek inny. Wydaje mi się, że nie powinniśmy w żaden sposób czymś takim się kierować. Centralnym punktem odniesienia powinna być dla nas zawsze Polska. Nie powinniśmy się kierować ukrofobią czy ukrofilią, rusofobią czy rusofilią, germanofobią czy germanofilią. Zawsze powinniśmy na pierwszym miejscu mieć interes państwa polskiego. A przez interes państwa polskiego rozumiem interes narodu polskiego, bo przecież ogromna część naszej wspólnoty narodowej mieszka dziś poza granicami kraju. Część z własnego wyboru – ci, którzy wyemigrowali gdzieś tam na Zachód, ale część wbrew własnej woli – ci, którzy pozostali na Kresach i dziś są obywatelami Litwy, Białorusi czy Ukrainy. O nich też powinniśmy dbać, bo oni też są częścią naszego narodu i państwo polskie powinno jak najbardziej mieć na względzie także ich interes.

 Czy w ogóle we współczesnym zglobalizowanym jednak świecie możemy jeszcze mówić o suwerenności państw, czy powiązania pomiędzy państwami wraz z łatwością podróżowania i wymiany towarowej są tak głębokie, że należy od tego odchodzić na rzecz budowy jednego społeczeństwa światowego?

 Absolutnie się z takim stwierdzeniem nie zgadzam. Oczywiście, powinniśmy być otwarci na innych. Powinniśmy utrzymywać czy to kontakty handlowe czy jakiekolwiek inne z innymi państwami, ale nie powinno się to odbywać kosztem naszej niepodległości, naszej tożsamości narodowej, bo to jest wartość, która jest ponadczasowa. To jest tak jak z rodziną. Jej też się nie wybiera, ale to w niej człowiek jest sobą. W niej jest jego miejsce. Nie wolno wyrzekać się własnych korzeni, swojej tożsamości. Niektórym się wydaje, że można wyrzec się swojej tożsamości, ale efekt jest tego taki, że ludzie, którzy odrzucili wspólnotę, której byli częścią, nie potrafią się później nigdzie odnaleźć i z reguły cierpią samotność. Bo człowiek jest z natury częścią takiej czy innej wspólnoty i zawsze musi być gdzieś zakorzeniony.

 Czy Polska po 1918 roku dobrze wykorzystała odzyskanie niepodległości?

 Tak. Dorobek II Rzeczpospolitej – przy wszystkich jej wadach, bo w końcu państwo tworzyli ludzie, a ludzie mają swoje wady, przywary, kłócą się ze sobą, a czasami te kłótnie w II Rzeczpospolitej przybierały zbyt wielkie rozmiary – per saldo oceniam zdecydowanie pozytywnie. Polacy mimo przegranej II wojny światowej – dzięki XX-leciu i dzięki postawie w czasie tej wojny – wyszliśmy z niej wzmocnieni. Jako państwo nasz kraj wyszedł z niej przegrany, ale jako naród wyszliśmy wzmocnieni.

 A czy tej odzyskanej w 1918 roku niepodległości nie można było jeszcze lepiej wykorzystać, niż to się stało?

 Zawsze da się zrobić wszystko lepiej, ale tak czy inaczej uważam ten dorobek za zdecydowanie pozytywny. Uważam, że pokolenie pierwszej połowy XX wieku to było chyba najlepsze pokolenie w dziejach naszego narodu. Mieliśmy wybitne osobowości. Mówi się, że w czasie II wojny światowej straciliśmy elitę, ale z drugiej strony, moim zdaniem – i tu chyba Cię zaskoczę – Polska jako naród w okresie komuny miała wybitne elity.

 W jakim sensie?

 Takie postacie, jak św. Jan Paweł II, jak kardynał Stefan Wyszyński to były wybitne autorytety zarówno pod względem moralnym, jak i pod względem intelektualnym. Bo przecież to byli nie tylko duchowni, ale też wybitni myśliciele. Ale idźmy dalej – na jakim poziomie stała polska wiedza inżynieryjna, na jakim poziomie stała humanistyka, jakich mieliśmy znakomitych historyków, jakie mieliśmy wybitne osiągnięcia chociażby w dziedzinie kinematografii, jakie wspaniałe produkcje filmowe wtedy realizowano, muzyka – od Kilara po muzykę folklorystyczną, ludową czy muzykę rockową. Wszędzie poziom był bardzo wysoki. Uważam, że nie jest prawdziwe stwierdzenie, iż Polska wyszła z II wojny światowej bez elit. Wręcz przeciwnie. Uważam, że elita z jednej strony poniosła wówczas ogromne straty, ale zarazem zdołała się w jakiś sposób zahartować i mieliśmy naprawdę wybitne postacie. Pamiętam lata 70. Pamiętam wybuch „Solidarności”. Wtedy było głębokie przekonanie, że my jesteśmy wielkim, wspaniałym narodem. Każdy z nas był dumny, że jest Polakiem. Pogląd był taki, że tylko ta komuna nas tutaj gnębi, a jak zrzucimy ten balast, to pójdziemy tak do przodu, że hej. Tak się nie stało. I to jest dla mnie największą tragedią. To jest doświadczenie, które mnie zaskoczyło i z tego punktu widzenia uważam ostatnie 30 lat za strasznie przegrany okres.

 

(...)

Tomasz Cukiernik

 

przycisk

]]>
[email protected] (Tomasz Cukiernik) Nr 3-4/152-153, grudzień 2018 r. Thu, 13 Dec 2018 11:58:32 +0000