2019 https://opcjanaprawo.pl Fri, 27 Dec 2019 05:41:58 +0000 Joomla! - Open Source Content Management pl-pl W nastroju defetyzmu https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4976-w-nastroju-defetyzmu https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4976-w-nastroju-defetyzmu W nastroju defetyzmu

Struktura wszystkich ziemskich społeczeństw opiera się na dość prostym modelu, który można opisać przez analogię stada i jego pasterzy. Większość ludzi z różnych powodów, w zależności od predyspozycji, wykształcenia, stanu, po zwykłą wygodę, woli nie angażować się w tak zwaną wielką politykę. Prosty obywatel chętnie udziela swojej legitymacji takiej, czy innej władzy, bo ma ona zwolnić go z zajmowania się sprawami, na których zazwyczaj mało się zna. I dobrze, bo do czego może ostatecznie zaprowadzić nas kierownictwo sprawowane przez laików.

 Przypuszczalnie, gdyby tylko zechciano dać obywatelowi X święty spokój, to znaczy, gdyby pozostawiono go całkowicie poza zasięgiem elektronicznej indoktrynacji, tzw. prawami człowieka, obowiązkami obywatelskimi czy innymi przykazaniami oświeceniowego sacrum, prawdopodobnie niewiele obchodziłoby go, czy ta władza ma charakter demokratyczny, czy autorytarny, czy będzie trwała cztery lata, czy też do śmierci suwerena. Interesuje go jedynie, by zapewniła mu ona spokojne życie, bezpieczeństwo i dobrobyt oraz nie ingerowała w jego prywatne sprawy ponad to, co powszechnie uznaje on za konieczność. Cała wojna ideologiczna, kulturowa czy polityczna, z którą obecnie mamy do czynienia toczy się tak naprawdę ponad głowami zwykłych obywateli. Rozpętują ją ludzie zaangażowani w politykę, ideolodzy czy finansujące to wszystko prywatne instytucje, zwykle o aspiracjach kolonialnych. Szary człowiek jest w ten konflikt co najwyżej sztucznie angażowany, werbowany – przy pomocy perswazji, szantażu, czy jakiejś innej formy politycznej manipulacji. Tłum traktowany jest przez każdą frakcję polityczną, zwłaszcza w systemie demokratycznym, zawsze instrumentalnie, służy nie bez zdania racji, jako najskuteczniejsza broń.

Ponieważ politycznemu współzawodnictwu towarzyszy nieodrodnie prawie niczym nie skrępowany, eskalujący wyścig zbrojeń, z dnia na dzień stajemy się społeczeństwem coraz głębiej podzielonym, patrzącym na siebie z coraz większą, sztucznie podgrzewaną wrogością. O ile dawna chrześcijańska cywilizacja zakładała cugle na nasze indywidualne czy też kolektywne zachowania, liberalna demokracja, dla której wolność, przynajmniej teoretycznie, stanowi wartość absolutną, nie tylko na wiele przyzwala, ale wręcz otacza to coraz dziksze widowisko swoistym kultem, nazywając je uparcie polityczną debatą. W krótkim czasie całe społeczeństwo bierze udział w czymś, co przez chwilę tylko przypominało wymianę poglądów, obecnie zaś przekształca się w prawdziwą krwawą jatkę.

Kulturę tego sporu, wbrew najbardziej donośnej propagandzie, psuje przede wszystkim strona oświecona, która ma w tym wielkie doświadczenie i cel. Agresja wpisana była od początku w jej metody zwalczania wrogów. Wyrzekłszy się staromodnych skrupułów, akolita postępu nie uznaje konwenansów, objawiając w ten sposób całemu światu, że zerwał z przestarzałym zakłamaniem. Oprócz tego, jako wykwalifikowany pyszałek, uznaje swoje oświecone koncepcje za tak przewyższające wszystko czego nienawidzi, że nie waha się uznać ich godnymi każdej metody. Jest motorem pożądanej przez niego permanentnej rebelii.

Drobny, indywidualny wyborca, i tak już słabo zorientowany w tak specjalistycznym temacie, jak zarządzanie wielkim państwem, zostaje w tych warunkach skazany na czysty emocjonalizm. Jego pojedynczy głos, zgodnie z tym, co twierdzą propagandyści – jest bardzo cenny na tyle, że wkłada się bardzo wiele wysiłku nad doskonaleniem metod jego pozyskiwania. Gdy metoda na wabia przestała być skuteczna, politycy coraz chętniej sięgają po perswazję negatywną, szczucie i zastraszanie. Pół biedy, że jedyny komunikat polityczny, którym bombardowany jest niemal codziennie Kowalski ma charakter czysto negatywny, czyli, przede wszystkim, zawiera informację o tym, kogo na pewno nie może on wybrać. Gorsza sprawa, że coraz częściej propaganda ta odwołuje się do najprostszych instynktów. Nie krytykuje się już poszczególnych programów i koncepcji ideologicznych, starając się uzasadnić racjonalnie swoje stanowisko, ale raczej piętnuje się, szufladkuje i poprzez negatywne porównania i obrazy koduje karykaturalny wizerunek samego przeciwnika, wyzwalając w ten behawioralny sposób dzikie anty-emocje, motywując do międzyplemiennego zdzierania skalpów. Korzyść jest taka, że pozyskany w ten sposób najemnik wykona swoje zadanie całkiem dobrowolnie i nieodpłatnie.

Zachodni demokratyczni wyjadacze, jako akolici ewolucjonizmu społecznego, pouczali młodocianych polskich adeptów systemu - gdy ich entuzjazm w zderzeniu z postpeerelowską rzeczywistością nieco osłabł - że na razie tworzą młodą i rozwijającą się demokrację i stąd wynikają wszelkie polskie problemy. Po latach owego „rozwoju” dochodzimy do punktu, w którym możemy powiedzieć, że polityczna debata ulega dalszej dewaluacji, upada ideowość, a kolejne programy naprawy państwa są wyłącznie wyborczą fasadą. Co gorsza, jest to zjawisko bardziej globalne. Stare demokracje również zdają się tracić swój fason.

Problemem jest tu bowiem sam ustrój demokratyczny, który stanowi środowisko wyjątkowo sprzyjające rozwojowi anomalii. Pomijam tu nawet intencje najniższe, to jest różnego rodzaju pokusy prywatnego czerpania korzyści przez ludzi wyjątkowo podatnych na wykorzystywanie swoich stanowisk. W demokracji wyjątkowo szybko postępuje korozja ideowości, którą szybko zastępuje indyferentyzm i koniunkturalizm partyjny, odchodzenie od szlachetnego pragmatyzmu podejmowanego na rzecz dóbr wyższych, w stronę niskiej, partykularnej logiki przetrwania. Punkt ciężkości programów wyborczych przesuwa się niebezpiecznie w stronę różnego rodzaju populizmu. Nie to jest ich sednem, co ma przynieść realną wartość państwu, ale to, co przysporzy partii maksymalną ilość mandatów i odpowiednio długie utrzymanie się u steru.

Mamy więc na scenie kilka partii. Im większe dane ugrupowanie ma szanse na zwycięstwo, tym bardziej wpisuje się w powyższy schemat. PiS obiecuje coraz wyższe złote góry, każdej liczebniejszej grupie wyborców, Platforma Obywatelska rozpaczliwie skacze z ideologicznego kwiatka na kwiatek, miotając się między centrowym i lewicowym elektoratem, gotowa obiecać wszystkim – wszystko, gejom wolność, kościołowi poparcie. Najgorsze, że mamionych niespełnionymi obietnicami wyborców, zarówno tych konserwatywnych, liberalnych, lewicowych, czy w ogóle nieokreślonych nie zadowala już sama deklartywność. Przetrwanie partii coraz bardziej zależy od wypełnienia obietnic. Zrozumiał to w jakiś sposób PiS, wprowadzając w życie zasiłek 500+, co wyraźnie przyniosło mu długofalowe poparcie. Nie wiadomo jednak, czy z obecnej tendencji cieszyć się, czy płakać. PiS, który obiecuje obecnie, że spełni przyrzeczenia socjalne, w których rzucaniu wydaje się zatracać umiar i zdrowy rozsądek, staje się realnym zagrożeniem nie tyle dla klasy średniej i drobnej przedsiębiorczości, ile wręcz dla bezpieczeństwa gospodarczego państwa. Tym groźniejsze jest to zjawisko, gdy zrozumie się, że naczelny dogmat PiS, który ma charakter geopolityczny, wbrew oczekiwaniom wyborców nie zabezpiecza nas przed kolonizacją wielkich korporacji, a wręcz przeciwnie, obdarowuje je szczególnymi przywilejami. Wszystko to w ramach dobrych sojuszniczych relacji. W kolejce po preferencje ustawiają się teraz amerykańskie molochy, dla których wiele polskich przedsiębiorstw stanowi ciągle niewygodną konkurencję. W najlepszym razie te z nich, które się utrzymają, posłużą nowej anglosaskiej Kompanii (w tym wypadku Wschodnio-Europejskiej) za wykorzystywanych podwykonawców. Podwyższaniu opłat ZUS, utrzymywaniu podatków, towarzyszy obecnie obietnica podwyższenia płacy minimalnej. Ciężar tych podwyżek spada na plecy właścicieli drobnych przedsiębiorstw, a dla zwolnionych z wielu opłat bogatych korporacji, nie jest on nawet zauważalny.

Wiele pisaliśmy o polityce obecnie rządzących. Niektóre dokonania PiS być może są pozytywne, ale co z tego, gdy partia ta, opierając się na swoich zupełnie naiwnych, emocjonalnych, koncepcjach jednobiegunowej polityki międzynarodowej, czyni terytorium naszego kraju z dnia na dzień modelem kolonialnym, a co gorsza, predestynowanym do tego, by stać się jednym z głównych teatrów działań wojennych potencjalnego, globalnego konfliktu. W najlepszym razie jest to polityka, która narazi nas na międzynarodową śmieszność, gdy dojdzie nagle do dość cyklicznego pojednania Ameryki z jedynym znanym politykom PiS, wrogiem, czyli Rosją. Podkreślić należy, że zarzutem nie jest tu nawet owa antyrosyjskość, ale brak pragmatyzmu, naiwność, mesjanizm, wszystko to, co wpływa na budowanie jednobiegunowego, zideologizowanego modelu polityki zagranicznej. Czy niektóre konserwatywne postulaty tej partii, z których większość akurat nie doczeka się realizacji (zbyt mała jest grupa wyborców, dla której są one ważne?), wystarczą, by Polak-katolik mógł z czystym sercem na nią zagłosować?

Polska scena polityczna przedstawia się dość opłakanie. Preferencji ultraliberalnych i dążeń nowej lewicy, półnagich rozseksualizowanych chamów i dzikusów, łopoczącymi sztandarami postępu i oświecenia, nie warto chyba tutaj znów wspominać. Jedyna frakcja konserwatywna, która mogłaby stanowić pragmatyczną i wyważoną odpowiedź dla dwupartyjnej neosanackiej hegemonii, jest zlepkiem kilku stronnictw, a mimo to jej szanse liczone są niżej niż, powiedzmy, szanse dawnej Ligi Polskich Rodzin. Trzeba dodać, że jest to zlepek dość egzotyczny, mieszanka chwytających się brzytwy endeków, liberałów Korwina i wszelkiego rodzaju tzw. antysystemowców, antyszczepionkowców itp. Jeśli chodzi o tę ostatnią grupę, są to często niezbyt zrównoważone osoby, które główny swój program opierają na różnego typu demontażach i rozwałce tzw. systemu. Nie za bardzo wiadomo, czy, po pierwsze, mają one w ogóle jakiś pozytywny, choćby najbardziej osobliwy, pomysł na Polskę, a po drugie, czy posiadają jakiekolwiek kompetencje poza dyplomem zawodowego rewolucjonisty.

Nawet jeśli konserwatywny wyborca zdecydowany jest zagłosować na Konfederację jako na kolejne jeszcze mniejsze zło, powstaje pytanie: czy nie będzie to głos zmarnowany? No ale co zrobić – taki mamy klimat! Niejednego szarego wyborcę, pragnącego jak zwykle powierzyć mandat którejś z partii, by w spokoju oddać się poważniejszym dla niego zajęciom, trapią obecnie znacznie gorsze podejrzenia, mianowicie, czy obecne wybory nie przypominają śmiertelnej gry w rosyjską ruletkę pistoletem, którego lufa przyłożona jest do skroni naszej steranej ojczyzny, z tą jedną różnicą, że cały jego magazynek napakowany jest kulami. Obojętnie, jak nie zakręcisz bębenkiem, padnie śmiertelny strzał.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Wojciech Trojanowski) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 21:02:35 +0000
Diagnostyka społeczno-polityczna https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4975-diagnostyka-spoleczno-polityczna https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4975-diagnostyka-spoleczno-polityczna Diagnostyka społeczno-polityczna

W polskiej publicystyce politycznej stale powtarza się jeden temat: co zrobić, aby było lepiej. Publicyści prawicowi i lewicowi, zależni i niezależni, umiarkowani i radykalni, starzy i młodzi, z niegasnącym zapałem i głęboką troską mielą temat naprawy Rzeczpospolitej, a ponieważ trwa to już dobrych kilka stuleci, można uznać, że mamy tu do czynienia z rozległym zespołem obsesyjno-kompulsywnym, który dotknął cały naród.

Podejście takie opiera się na założeniu, że może być lepiej, pod warunkiem, że spełnione zostaną takie bądź inne warunki. Jedni mówią o konieczności powrotu do tradycji i umocnieniu religii, inni o ich zniszczeniu i legalizacji związków sodomickich, jeszcze inni o kompletnym uwolnieniu rynku bądź jego zamknięciu, są też tacy, którzy domagają się sojuszu z Niemcami, inni zaś wolą przyjaźń z USA albo Rosją. Nie ma w zasadzie poglądu, który nie byłby przedstawiany jako argument za tym, że jego urzeczywistnienie „naprawi” ten kraj i sprawi, że będzie lepiej, a nie gorzej, niż jest.

W samej chęci poprawy losu swojego i bliźnich nie ma nic złego, o ile jest to chęć szczera i bezinteresowna, a w wypadku publicystów politycznych najpewniej tak jest – cóż bowiem oni z tego mają? Problem polega raczej na tym, że cała ta batalia naprawcza, która stała się jednym z ulubionych sportów narodowych Polaków, w gruncie rzeczy nie zawiera żadnej pozytywnej informacji oprócz wyrazu prostej emocji: „jest nam źle, zróbmy coś”. Sprowadza się to często do utyskiwania czy nawet zrzędzenia przeplatanego marzycielskimi rojeniami i znachorskimi receptami, a wszystko to podane w sosie geopolitycznego albo historiozoficznego żargonu, za pomocą którego próbuje się uwieść czytelnika swoją rzekomą znajomością tematu, podobnie jak czynią to czarnoksiężnicy nauk społecznych. W istocie jednak owe opowieści nie niosą z sobą pozytywnego przekazu z powodu przyjęcia błędnego założenia, że „może być lepiej” i mechanicystycznego podejścia do polityki, w myśl którego państwo jest czymś takim, jak zegar czy traktor, co można „naprawić”. Pomijając tę ostatnią kwestię, głównym jednak problemem jest zafiksowanie się na owym „może”.

Polityka i futurologia

W książce Nędza historycyzmu Karl R. Popper, próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie jest możliwe przewidywanie przyszłości, użył takiego oto argumentu. Otóż bieg historii zależny jest od rozwoju wiedzy, w tym od opartych na nim wynalazków technicznych, chcąc więc poznać przyszły bieg dziejów, należałoby najpierw przewidzieć, co będziemy w przyszłości wiedzieć i jakie zostaną dokonane wynalazki, gdybyśmy jednak byli w stanie dziś przewidzieć nową wiedzę i nowe wynalazki, to wynaleźlibyśmy je już teraz. Tak mniej więcej wygląda to rozumowanie, a jego celem jest nie tylko wykazanie niemożliwości teoretycznej futurologii, ale również zwrócenie uwagi na jałowość tworzonych w oparciu o nią praktycznych projektów zmiany świata. Nasza wiedza, a w związku z tym również nasza moc sprawcza, ma swoje granice, nie wszystko „można”.

            Problem ulepszania czy naprawiania państwa pod pewnym względem jest podobny, gdyż tutaj również przyjmuje się, że możemy podać receptę na uzyskanie w przyszłości stanu optymalnego albo przynajmniej lepszego niż dziś. Ponieważ jednak państwo nie funkcjonuje w próżni, a jego los zależny jest od zmian otoczenia, czyli politycznego środowiska, aby wiedzieć, co robić, trzeba wiedzieć, jak zachowa się to środowisko. Tego jednak wiedzieć nie można, chyba że jest się sprawcą tych zmian, a więc mocarstwem. Jeśli jednak jest się mocarstwem, wówczas nie trzeba szukać sposobu na wychodzenie z kryzysu – choć ma się wtedy inne problemy. Tak czy owak w świecie polityki, a więc świecie, w którym działa nieprzewidywalna ludzka wola, a nie prawa fizyki, formułowanie ogólnych recept jest równie owocne jak wróżenie z fusów,

Recepty te opierają się przy tym zazwyczaj na ideologiach politycznych, takich jak socjalizm, liberalizm, konserwatyzm i sprzęgniętych z nimi systemach wartości, które oferują gotowe i sztywne rozwiązania: tradycja albo postęp, religia albo ateizm, surowość albo rozpasanie, równość lub wolność i tak dalej. Ideologie dostarczają ogólnych haseł na poziomie ludowych przysłów, stwarzając jedynie pozór tego, że coś wiemy i że umiemy stworzyć jakiś sensowny i skuteczny plan działania. W gruncie rzeczy ideologie te nie są niczym innym, jak wyrazem emocjonalnych postaw w stosunku do rzeczywistości i jako takie mówią nam więcej o tym, kto je głosi, niż o rzeczywistości, do której chciałyby się odnosić. Gdyby rzeczywiście istniała możliwość zbudowania optymalnego czy nawet dobrego ustroju dla wszystkich bądź dla większości, ludzie nie różniliby się aż tak w pomysłach na jego realizację. Ustroju takiego jednak nie ma, podobnie jak nie ma jednego celu, do którego ludzie dążą, co więcej, zazwyczaj mało kto wie, dokąd idzie i po co.

Plany naprawy państwa opierają się na ideologiach politycznych, takich jak socjalizm, liberalizm, konserwatyzm i sprzęgniętych z nimi systemach wartości, które oferują gotowe i sztywne rozwiązania: tradycja albo postęp, religia albo ateizm, surowość albo rozpasanie, równość lub wolność i tak dalej. Ideologie dostarczają ogólnych haseł na poziomie ludowych przysłów, stwarzając jedynie pozór wiedzy, podczas gdy są jedynie wyrazem emocjonalnych postaw w stosunku do rzeczywistości.

Chęci i możliwości

            W wypadku ulepszania czy naprawy kraju pojawia się wszakże jeszcze inny problem, poważniejszy, który, używając języka klasycznej myśli, można by określić jako problem możności, czyli potencji, oraz aktu, a więc zdolności do realizacji tej potencji. Kwestia ta w ogólnym ujęciu jest trywialna: dla pewnych przedmiotów pewne cele są możliwe do realizacji, dla innych nie. Z jajka może wykluć się pisklę, dziecko może stać się dorosłym, ale z jajka nie wykluje się dziecko. Koń może kopnąć, a woda może ugasić pragnienie – może, ale nie musi. Możliwość to nie konieczność. Aby skutecznie zrealizować możliwość należy spełnić dodatkowe warunki, które również podlegają tej zasadzie, a więc ich urzeczywistnienie wymaga z kolei realizacji ich warunków możliwości i tak dalej.

            Odnieśmy taki schemat do ludzi. Pewne osoby mają możność realizacji danych celów, inne nie. Ktoś może zostać dobrym muzykiem, bo ma do tego predyspozycje, inny nie może wskutek braku odpowiednich warunków; ktoś może być żonglerem albo żołnierzem, a ktoś inny nie. Skąd jednak w praktyce wiadomo, że ten czy ów może być muzykiem czy żonglerem? Otóż w praktyce zwykle nie mamy wglądu w wewnętrzną, realną potencję danej osoby, a więc jedynym miarodajnym sprawdzianem jest dla nas to, co ten ktoś faktycznie robi, w praktyce bowiem nie tyle działa zasada „chcieć to móc”, ile raczej „móc to być”. Należy to rozumieć w ten sposób: jeśli ktoś może być żonglerem, to jest żonglerem, a skoro nim jest, to znaczy, że może. Czyli, ogólnie mówiąc, jest się tym, kim można się być. Biorąc bowiem pod uwagę nie tylko wewnętrzną potencję osoby, ale też wszystkie okoliczności zewnętrzne, które muszą się zrealizować, aby potencja ta mogła się urzeczywistnić, należy przyjąć, w praktyce, że jeśli komuś się coś nie udaje, to dlatego, że nie może mu się udać, a jeśli może – to się udaje.

            W warunkach ziemskich, jeśli można tak powiedzieć, jesteśmy ograniczeni zarówno naszymi wewnętrznymi predyspozycjami, jak i zewnętrznymi okolicznościami, a to oznacza, że nasz aktualny stan jest wypadkową tych dwóch zmiennych. Nasze faktyczne osiągnięcia pokazują, jakie są nasze możliwości, a twierdzenie, że ktoś mógłby osiągnąć więcej, ale mu się nie udało, jest nieuprawnionym przenoszeniem konkretnej osoby do warunków idealnych. To tak, jakby powiedzieć: co prawda ów człowiek wypadłszy z dziesiątego piętra spadł i zabił się, ale mógł przeżyć i nie spaść. Owszem, mógł, w warunkach idealnych, w których nie obowiązuje prawo powszechnego ciążenia. W rzeczywistości – a w niej obecnie żyjmy – nie mógł. Ocena rzeczywistości z punktu widzenia warunków idealnych może poprawiać samopoczucie, ale nie rozwiązuje żadnego praktycznego problemu i ostatecznie prowadzi do życia w świecie urojeń.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Robert Tumski) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 20:56:16 +0000
Kryzys polskiego państwa narodowego https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4974-kryzys-polskiego-panstwa-narodowego https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4974-kryzys-polskiego-panstwa-narodowego Kryzys polskiego państwa narodowego

Obserwując współczesną politykę, wielu badaczy i komentatorów zwraca uwagę na kryzys państwa narodowego, przy czym przeważnie mają oni tutaj na myśli procesy ekonomicznej, politycznej i kulturowej globalizacji oraz integracji.

Oczywiście, trudno negować fakt, że państwo narodowe – które postrzegamy jako szczytowe osiągnięcie organizacyjno-intelektualne Europy późnośredniowiecznej i nowożytnej – jest zagrożone w swojej egzystencji. Jest przecież ustawicznie podmywane przez liberalne i lewicowe prądy kosmopolityczne, wyrażające interesy wielkiego kapitału o charakterze nomadycznym, który w pogoni za zyskiem zatracił pojęcie ojczyzny i narodu. Zjawisko to jest znane i sami także je opisywaliśmy, zajmując się zagadnieniem możliwości sztucznej kreacji narodu europejskiego przez kontynentalne elity polityczne[1]. Celem tego tekstu jest krótka analiza kryzysu państwa narodowego zupełnie z innej strony, chodzi w nim nie o kolejne studium zagrożeń zewnętrznych, lecz wewnętrznych. Jest to problem szczególnie palący w Polsce, gdzie idea państwa narodowego dosłownie rozpada się i dezintegruje na naszych oczach. Na razie nie jest to jeszcze uwiąd państwa narodowego, ale całej przyświecającej mu idei.

Możemy wskazać konkretny moment w którym zaczęła się katastrofa: to koniec roku 2005. Wtedy to zwycięskie partie solidarnościowe odsunęły od władzy SLD. Wyglądało na to, że po wyborach parlamentarnych i prezydenckich powstanie szeroki rząd postsolidarnościowy o olbrzymim poparciu społecznym, złożony z Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Wszystkie sondaże zapowiadały przewagę PO, dlatego analitycy zakładali układ, w którym kandydat tej partii Donald Tusk zostanie Prezydentem RP, a Jan M. Rokita premierem. PiS miał być słabszym koalicjantem. Tak się jednak nie stało. Druga tura kampanii prezydenckiej, znaczona słynną zagrywką Jacka Kurskiego z „dziadkiem Tuska”, spowodowała, że prezydentem został Lech Kaczyński. Chwilę wcześniej wybory do Sejmu także wygrało PiS. Stało się wtedy coś więcej, niż tylko niespodziewana zmiana na pozycjach silniejszego i słabszego koalicjanta: w wyniku gambitu z „dziadkiem Tuska” doszło do bardzo głębokiego, stricte personalnego podziału Polski na Polskę PiS i Polskę PO. Obydwu partiom nie udało się stworzyć koalicji rządowej, choć były dogadane co do ilości ministerstw przypadających na poszczególnych partnerów. W efekcie powstał rząd PiS-Samoobrona-LPR, na czele z Kazimierzem Marcinkiewiczem.

Podkreślić należy wyłącznie personalne tło tamtejszego konfliktu. W 2005 roku nie było podziału ideowego między PiS i PO. Pamiętam dobrze, jak te partie powstawały, tucząc się na padlinie AWS-u. Pamiętam, jak jedni moi znajomi wstępowali do PiS, a inni do PO. To nie były wybory ideowe. Wszyscy byli przekonani, że obydwie te partie: 1/ niczym się nie różnią poza tym, że PO bardziej akcentuje elementy liberalizmu gospodarczego, a PiS katolicyzmu (w szczerość tych akcentów nikt nie wierzył); 2/ w przyszłym Sejmie będą zgodnie współpracować, tworząc wspólny rząd. Dlatego kluczem do akcesu moich kolegów były wyłącznie kwestie personalne, perspektywy zdobycia lepszym miejsc na listach w wyborach samorządowych lub uzyskania stanowisk w administracji państwowej. Sprawę należy postawić jeszcze brutalniej: między 2005 a 2018 rokiem PiS i PO realnie różniły się tylko sprawami polityki zagranicznej. PiS stanowiło ośrodek wpływów amerykańskich, a PO niemieckich w Polsce, nie różniąc się kompletnie niczym w polityce wewnętrznej. Dopiero ostatnio, w 2019 roku, pijarowcy obydwu partii z radością zakomunikowali swoim szefom, że znaleźli znaczący punkt sporu: stosunek do LGBT, tzw. związków partnerskich, etc. Trwający czternaście lat egzystencjalny konflikt w ramach solidarnościowego PO-PiS-u miał tylko i wyłącznie podstawę personalną, czyli osobisty spór Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska o prezydenturę w 2005 roku.

Trwający czternaście lat egzystencjalny konflikt w ramach solidarnościowego PO-PiS-u miał tylko i wyłącznie podstawę personalną, czyli osobisty spór Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska o prezydenturę w 2005 roku.

Racjonalnie rzec biorąc, działacze obydwu partii dawno powinni obalić swoich szefów i dogadać się pomiędzy sobą. Tak się jednak nie stało, gdyż obydwu liderom udało się skutecznie napędzić spiralę nienawiści w szeregach swoich zwolenników, którzy już zapomnieli, o co na początku poszło. Racjonalnie rzec biorąc, konflikt powinien wygasnąć, gdy obydwaj szefowie zestarzeją się, odejdą z polityki i poumierają. Tak się jednak nie stanie, gdyż ich współpracownicy i ewentualni następcy już zrozumieli, że prymat PO-PiS-u na scenie politycznej i marginalizacja innych ugrupowań opiera się wyłącznie na ustawicznym podgrzewaniu tego konfliktu, podzieleniu Polaków na fanatycznych zwolenników obydwu partii, na wytwarzaniu i eskalowaniu wzajemnej nienawiści. Ani PiS, ani PO nie mają Polsce nic do zaproponowania wyjąwszy nienawiść do tego drugiego. Ale uczucia i namiętności, z których nienawiść jest najsilniejszą, to znakomite paliwo polityczne i narzędzie panowania poprzez wytwarzanie podziałów, poprzez przecinanie żywej tkanki narodu i wzbudzanie przeciwko sobie politycznego fanatyzmu. PO-PiS rządzi na grobie duchowej jedności Narodu Polskiego, zapełniając nasz kraj falą wzajemnej nienawiści i wspólnie głosząc wizję, że do udziału w życiu politycznym nie ma prawa nikt, kto nie ma korzeni w „dniach sierpniowych” 1980 roku. Taktyka jest prosta: wymieść ze sceny politycznej każdego, kto nie wpisuje się w logikę personalnego konfliktu Kaczyńskiego z Tuskiem.

 

cd w numerze

przycisk

 

[1] M. Ziętek-Wielomska, A. Wielomski, Nowoczesność, Nacjonalizm, Naród Europejski. Dylematy samoidentyfikacji Europejczyków, Warszawa 2017.

]]>
[email protected] (Adam Wielomski) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 20:34:20 +0000
Jakie powinny być polskie elity w XXI w. i dlaczego takie nie są? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4973-jakie-powinny-byc-polskie-elity-w-xxi-w-i-dlaczego-takie-nie-sa https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4973-jakie-powinny-byc-polskie-elity-w-xxi-w-i-dlaczego-takie-nie-sa Jakie powinny być polskie elity w XXI w. i dlaczego takie nie są?

Od kilkuset lat mamy do czynienia z tzw. procesem nowoczesności, którego podstawą jest przekonanie, że człowiek poprzez powiększanie swojej wiedzy może wywierać coraz większy wpływ na swoje otoczenie. Dotyczy to nie tylko kwestii postępu technicznego, lecz także sprawy regulowania życia zbiorowego. Słynne hasło rzucone przez Franciszka Bacona „wiedza to władza”, dotyczy nie tylko władzy nad przyrodą, lecz także władzy politycznej.

Szukanie przepisów na zwiększenie tej ostatniej odbywało się różnymi drogami. Jedna z nich wiodła przez doświadczenie empiryczne, czyli wypróbowywanie różnych rozwiązań w praktyce i wyciąganie z nich wniosków na przyszłość. Mistrzami tej metody bez wątpienia stali się Anglosasi, którzy nigdy nie odczuwali pociągu do abstrakcyjnego teoretyzowania. To Anglicy jako pierwsi zaczęli przeprowadzać eksperymenty naukowe, dzięki czemu m.in. wynaleźli maszynę parową, która zupełnie zrewolucjonizowała nasz świat. Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska była natomiast jedną z pierwszym instytucji, które uczyły się rządzić podbitymi ludami kolonialnymi. Wiedza ta była gromadzona z pokolenia na pokolenie, dzięki czemu Anglicy stali się mistrzami dyplomacji i korzystania z bardzo szerokiego wachlarza środków sterowniczych, współcześnie zwanych soft power. Źródłem sukcesów politycznych Wielkiej Brytanii była daleko idąca ciągłość elit politycznych, które były ściśle powiązane z brytyjskim handlem i szeroko rozumianą gospodarką. Ten sam model po tym europejskim morskim imperium odziedziczyły Stany Zjednoczone.

Źródłem sukcesów politycznych Wielkiej Brytanii była daleko idąca ciągłość elit politycznych, które były ściśle powiązane z brytyjskim handlem i szeroko rozumianą gospodarką. Ten sam model po tym europejskim morskim imperium odziedziczyły Stany Zjednoczone.

Inną drogą natomiast szły europejskie państwa kontynentalne, które faworyzowały drogę odmienną, wiodącą od teorii do praktyki. Szukano apriorycznie najlepszego ustroju i systemu organizacyjnego państwa, który można byłoby wprowadzić odgórnie. Nie raz próbowano te rzekomo najlepsze ustroje wprowadzać w życie, jak choćby podczas rewolucji francuskiej, bolszewickiej czy faszystowskiej. Efekt, niestety, zawsze był ten sam, czyli chaos i rozregulowanie tego, co wcześniej mniej czy dobrze, ale jednak działało… Z punktu widzenia poznawczego próby te mimo wszystko wzbogaciły naszą wiedzę na temat tego, jak funkcjonuje społeczeństwo. Za każdym razem, gdy trzeba było „ogarnąć” chaos uprzednio spowodowany przez rewolucję, trzeba było działać ad hoc i wprowadzić jakieś rozwiązania, nawet prowizoryczne. Dzięki temu elity państw Europy Zachodniej czy też Rosji mimo wszystko jednak czegoś się uczyły. Podstawą funkcjonowania tych państw stawała się biurokracja, która – jeśli zapewnimy jej ciągłość – gromadzi ogromne doświadczenie w kwestii sterowania społecznego.

Obok wymienionych dwóch dróg do zwiększania władzy przez wiedzę możemy wskazać jeszcze trzecią. Chodzi o kabałę, astrologię i inne „nauki tajemne”. Podstawowa idea kabały jest znana: ten kto odczyta imię Boga, ten zyska nad Nim władzę, a tym samym władzę nad całym światem. Magia, w tym teurgia dąży do uzyskania wpływu na rzeczywistość. Studia numerologii czy astrologii mają dostarczyć wiedzy na temat różnych powiązań, które są niewidoczne dla zwykłych śmiertelników. Czy „wtajemniczeni” rzeczywiście są w posiadaniu narzędzi, za pomocą których wywołują wpływ na naszą rzeczywistość? – tego nie jestem w stanie ocenić.

Podsumowując należy stwierdzić, że wszystkie drogi prowadzą do jednego celu: chodzi o to, by rozumieć różne mechanizmy i umieć się nimi posługiwać, by wywierać coraz większy wpływ na rzeczywistość (polityczną) i kształtować ją zgodnie ze swoją wolą.

Nowoczesność nie dotarła do Polski przedrozbiorowej. Zamiast budować instytucje – czy to państwowe czy też prywatne – których celem byłoby gromadzenie i przekazywanie wiedzy dotyczącej sterowania społeczeństwem, polska szlachta zachłysnęła się w tamtych czasach anachronicznym sarmatyzmem. Szkołę nowoczesności Polacy przechodzili dopiero pod zaborami. Uczyli się na uniwersytetach w Wiedniu, Berlinie czy Petersburgu, służyli w zaborczych armiach, piastowali różne funkcje urzędnicze w zaborczych administracjach czy nawet dzierżyli funkcje polityczne. Na owoce nie trzeba było długo czekać: po odzyskaniu przez nas niepodległości w 1918 r. państwo polskie bardzo szybko stanęło na nogi, co świadczy o tym, że Polacy po otrzymaniu odpowiedniego przeszkolenia są w stanie sprawnie zarządzać własnym państwem. Należy wspomnieć choćby o kwestii scalania prawa cywilnego – w momencie odzyskania niepodległości na ziemiach polskich obowiązywały cztery kodyfikacje: niemiecka, austriacka, rosyjska i kodeks Napoleona. Polski Kodeks Zobowiązań z 1933 r. był prawdziwym arcydziełem sztuki kodyfikacyjnej.

Nowoczesność nie dotarła do Polski przedrozbiorowej. Zamiast budować instytucje – czy to państwowe czy też prywatne – których celem byłoby gromadzenie i przekazywanie wiedzy dotyczącej sterowania społeczeństwem, polska szlachta zachłysnęła się w tamtych czasach anachronicznym sarmatyzmem.

Część wiedzy, którą Polacy zdobyli w tamtym okresie, wpłynęła potem na konto PRL. Niestety, była to już tylko część, resztę bowiem wypełnili ludzie z awansu, który nie opierał się na kryteriach związanych z posiadaniem określonego przygotowania i ogólnej predyspozycji do rządzenia państwem. W PRL ścierały się różne siły. Pewne rzeczy działały lepiej, inne gorzej, w zależności od tego, kto ponosił realną odpowiedzialność za wykonanie jakiegoś zadania.

Prawdziwa klęska zaczęła się dopiero w latach 80-tych, gdy na scenie pojawiła się tzw. opozycja demokratyczna. Jej trzon stanowili ludzie, którzy potrafili tylko burzyć, ale nie byli w stanie niczego zbudować. Przywódcy opozycji dążyli do całkowitego zanarchizowania państwa polskiego. Odpowiedzią było wprowadzenie stanu wojennego, czyli przejęcie władzy przez wojskowych, którzy całkowicie zatrzymali jakikolwiek rozwój. Zaczął się zjazd po równi pochyłej. W 1989 r. rozpoczął się już jawny demontaż struktur państwowych. Władzę nad III RP objęli na spółkę mniej lub bardziej świadomi przedstawiciele obcych kanałów wpływu oraz ich marionetki w postaci „elit” solidarnościowych. Pomysł tych „elit” był taki, by Polska weszła do UE (wtedy EWG) i NATO, by wysprzedała swój majątek obcemu kapitałowi i by wysyłać rządzących naszym krajem na stypendia do USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec. To było wszystko, na co było ich stać.

Między elitami II RP – przy wszystkich niedomaganiach tamtego państwa – a „elitami” III RP istnieje więc przepaść głębokości Rowu Mariańskiego. Te pierwsze rozumiały kwestię wiedzy i szkolenia się, te drugie są ich absolutnym zaprzeczeniem. „Elity” postsolidarnościowe to efekt specjalnego „chowu”, zafundowanego nam przez obce kanały wpływu. Podstawowa reguła tego „chowu” jest zupełnie przejrzysta: im ktoś głupszy, a jednoczenie przy tym napuszony, tym bardziej jest wspierany w robieniu kariery. Algorytm jest prosty: brak potrzeby uczenia się jako warunek otrzymywania odpowiedniego – zazwyczaj dość niewidocznego – wsparcia.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Magdalena Ziętek-Wielomska) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 20:18:49 +0000
Antykatolickie zabetonowanie polskiej polityki A.D. 2019 https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4972-antykatolickie-zabetonowanie-polskiej-polityki-a-d-2019 https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4972-antykatolickie-zabetonowanie-polskiej-polityki-a-d-2019 Antykatolickie zabetonowanie polskiej polityki A.D. 2019

Chociaż rządom PiS sprzyja wielu katolików, a Jarosław Kaczyński regularnie śle werbalne hołdy wobec Kościoła, sytuacja polityczna jest z perspektywy opinii katolickiej bardzo trudna.

Nie widać żadnych perspektyw by rządząca centroprawica zrealizowała najważniejsze postulaty agendy katolickiej. Jednocześnie prokatolickie narracje polityków i sympatyków PiS (w tym także części biskupów) przyczyniają się do coraz większej wrogości wobec chrześcijaństwa Polaków pozostających w opozycji. Co więcej, ze zdumieniem można zaobserwować umacnianie się przekonania, że mamy do czynienia nie z antykatolickim, ale katolickim zabetonowaniem sfery publicznej w Polsce. Oczywiście to kwestia źle ustawionej perspektywy lub po prostu złej woli, co przecież nie jest czymś rzadkim w polityce. Widać to dobrze, gdy przedstawiciele opozycji przypisują PiS np. forsowanie projektów ustaw, które ta opcja polityczna regularnie torpeduje.

Równie złe w obecnej sytuacji jest to, że poza PiS mamy w większości partie, z którymi w ogóle nie da się rozmawiać w kategoriach, które choć zbliżałyby się do stanowisk katolickich czy zdroworozsądkowych. W Koalicji Europejskiej, nie mówiąc o radykalnej lewicy (w postaci SLD, Razem, Wiosna) dominują już w tej chwili postulaty całkowicie przesiąknięte ideologicznie przez główny nurt politycznej obyczajowości charakterystycznej dla państw Europy Zachodniej. Koalicja Europejska tylko dzięki temu może być uznana za polityczne centrum, że ma na lewo od siebie sojusz postkomunistów (SLD) z neokomunistami (Razem) oraz zainteresowanymi głównie obsadzeniem posad, tęczowymi politykami Wiosny, która okazała się bardziej produktem marketingowym niż partią.  

 

Fundament sprawiedliwości

 

Kiedy mówimy o najważniejszych postulatach katolickich mamy przecież na myśli postulaty całkowicie fundamentalne z perspektywy elementarnej ludzkiej sprawiedliwości. Chodzi o to, by nie zabijano ludzi tylko dlatego, że nie zdążyli się jeszcze urodzić, czy dlatego, że jako dorosłe jednostki mamy się nad nimi całkowitą przewagę siły.

Wróćmy jednak do miejsca, gdzie jeszcze trwa jakaś dyskusja i zmaganie o katolickie zasady i gdzie “zabetonowanie” przeciw katolickiej agendzie musi być odbierane jako szczególnie dotkliwe.

Kiedy mówimy o najważniejszych postulatach katolickich mamy przecież na myśli postulaty całkowicie fundamentalne z perspektywy elementarnej ludzkiej sprawiedliwości. Chodzi o to, by nie zabijano ludzi tylko dlatego, że nie zdążyli się jeszcze urodzić, czy dlatego, że jako dorosłe jednostki mamy się nad nimi całkowitą przewagę siły, czy może jeszcze z tego powodu, że są obciążeni jakimiś problemami zdrowotnymi i – arbitralnie, jako społeczeństwo nie chcemy, by istnieli.

Jak czytelnik zapewne się domyśla, chodzi o sprawę aborcji. Każdy kto choć trochę jest zorientowany w przebiegu procesów politycznych w Polsce, wie jak długo PiS trzyma w zamrażarce projekt ustawy “Zatrzymaj aborcję”, który postuluje jedynie wykluczenie z polskiej ustawy o ochronie życia zapisu o zabijaniu nienarodzonych ludzi z powodów eugenicznych. Jak się okazuje, eugenikę we współczesnej kulturze krytykuje się tylko wtedy kiedy jest to wygodne. Również kultura polityczna naszych elit dopasowała się do tego cynicznego trendu. Zatem poza garstką polityków rozsianych po różnych partiach parlamentarnych, nie mamy w odchodzącej kadencji ugrupowania zasiadającego w Sejmie, które całkowicie przyjmowałoby katolicką perspektywę w sprawie będącej fundamentem wszelkiego sprawiedliwego działania. Trudno tak traktować jednoosobową reprezentację Prawicy Rzeczypospolitej w osobie Jana Klawitera, gdy w większych stronnictwach takich rozproszonych sprawiedliwych ludzi jest więcej.

Fundamentalność kwestii ochrony życia nie oznacza tylko tego, że jej niedostateczne uregulowanie uderza w te jednostki, które są całkowicie bezbronne wobec agresji swoich opiekunów (rodziców) i innych osób, które powinny być osobami najwyższego zaufania (lekarze). Chodzi także o to, że budowanie państwa solidarnego, państwa dobrobytu, państwa przynajmniej względnej sprawiedliwości, na krzywdzie – tutaj po prostu śmierci – jakiejkolwiek grupy społecznej, jest kompromitujące i przekreśla wagę innych osiągnięć. Nie może być w takiej sytuacji prawdziwej troski o dobro wspólne, która jest dobrem Całości. Jeśli ktoś ze słabych jest z tego dobra – tu radykalnie, przez pozbawienie życia – wyłączony, mamy do czynienia z tylko z realizacją przez państwo dobra partykularnego, jakiegoś społecznego egoizmu, a nie dobra wspólnego, czyli powszechnego.

Najlepsze z działań PiS stają się w tych okolicznościach rodzajem narzędzia nieprawości. Dlaczego? Ponieważ usypiają i korumpują sumienia wielu ludzi, którzy prywatnie będąc przeciwni aborcji będą popierali radykalną centroprawicę ze względu na jakiś rodzaj partykularnego zadowolenia otrzymywany od obecnych rządów. Wielu przymknie oczy na tę nieprawość powtarzając sobie w myślach, że przecież jest 500+, jest zrównoważony budżet, nie ma dziury VAT, jak również, że PiS jest “tamą przeciwko lewactwu”. Czy jednak zgoda na aborcję, której wykonuje się w Polsce coraz więcej, nie jest “lewactwem” osadzonym w sercu tych rozmaitych prawicowych politycznych opowieści? Zaniedbanie jednej fundamentalnej sprawy czyni wiele innych potencjalnie dobrych projektów dwuznacznymi moralnie i politycznie, ponieważ wymagają one domniemanej zgody na akceptowanie praktykowania zabijania w imieniu prawa. PiS skutecznie przekonał Polaków, że można bezterminowo żyć w państwie aborcyjnym i to jest, jak sądzę, najpoważniejszy zarzut wobec partii Jarosława Kaczyńskiego, a także fundament antykatolickiego zabetonowania.

PiS skutecznie przekonał Polaków, że można bezterminowo żyć w państwie aborcyjnym i to jest, jak sądzę, najpoważniejszy zarzut wobec partii Jarosława Kaczyńskiego.

 

Wewnętrzne sprzeczności

 

Rzecz jasna są jeszcze inne przykłady niekatolickiej polityki PiS. Bliźniaczą kwestią jest brak właściwego uregulowania sprawy in vitro, który otwiera drogę samorządom, często zdominowanym przez liberałów i lewicę, do podejmowania własnych programów refundacji tej niegodziwej praktyki, w której jeden człowiek rodzi się kosztem uśmiercania innych, masowo powoływanych do życia w laboratorium, osób.

Trzeba też zapytać, dlaczego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wypowiedziała konwencji stambulskiej, która właśnie religię i tradycyjne instytucje, jak rodzina, uznaje za źródło przemocy, a w zamian proponuje nadanie ideologii gender pozycji quasi-religii politycznej i społecznej. Kwietniowe odrzucenie tej konwencji przez parlament słowacki dobrze pokazuje, że gest ten nie wymaga wiele odwagi, a jedynie przekonania i woli politycznej. W PiS tego przekonania i woli nie ma, choć jednocześnie partia ta miała wolę by uwikłać Polskę w całkowicie bezsensowny i niepotrzebny naszemu krajowi tzw. spór o praworządność z instytucjami Unii Europejskiej. Tymczasem Polska mogłaby wyjść do innych państw sceptycznych wobec konwencji stambulskiej z propozycją projektu Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny, który istnieje już od kilku lat, powtarza najlepsze fragmenty konwencji, ale jednocześnie proponuje w kontekście ideowym oparcie przeciwdziałania przemocy na wzmacnianiu naturalnych wspólnot, które tworzą rodziny i religia chrześcijańska.

Sprawa wypowiedzenia konwencji stambulskiej nie ma charakteru abstrakcyjnego, była to jedna z wyborczych obietnic PiS. Zresztą temat ideologii gender podejmuje także nowy dokument programowy partii, czyli obszerna broszura wydana przed wyborami parlamentarnymi Polski model państwa dobrobytu, w której m. in. czytamy:

Groźne dla rodziny i rodzicielstwa w Polsce jest też szerzenie ideologii gender. Jej rozpowszechnianie ma charakter sztuczny, warunkowany przede wszystkim przez strumienie środków finansowych, w znacznej mierze zewnętrznych. Niemniej jej oddziaływanie rośnie, szczególnie wśród części młodzieży i przyczynia się do narastania postaw niesprzyjających zakładaniu rodziny i posiadaniu dzieci. Postawienie barier szerzeniu się ideologii gender jest ważne. Ważniejsze są jednak działania na rzecz umocnienia rodziny, obrony rodzicielstwa, szczególnej roli matki i szacunku dla macierzyństwa, które powinno być traktowane nie jako obciążenie, ale wyróżnienie i przywilej. Podniesiona musi być też ranga ojcostwa, podkreślana rola wielodzietnej rodziny. Dopiero podjęcie tych wszystkich zabiegów łącznie zmieni obecną niekorzystną sytuację. Prawo i Sprawiedliwość będzie stanowczo bronić rodziny naturalnej, w tym jej kształcie i rozumieniu, które cechuje cywilizację zachodnią. Jesteśmy przekonani, że dzisiaj należy chronić nie tylko klimat i środowisko naturalne, ale także ludzkie instytucje i dotychczasowe formy życia. (s. 11)

Osobno trzeba potraktować demontaż Trybunału Konstytucyjnego, który miał charakter podwójnie sprzeczny z katolickimi zasadami. Pierwsza sprzeczność, zapewne bardziej subtelna i budząca mniejsze emocje wśród samych katolików, to rewoltowanie, a nie reformowanie tej instytucji państwa. By zbudować dobrą nową instytucję nie wystarczy zniszczenie jej starej postaci. Przeciwnie, przeważnie lepiej jest reformować nawet ułomną, ale już istniejącą instytucję, ponieważ samo jej osadzenie w historycznej strukturze państwa, posiadane zasoby doświadczenia oraz jej stabilizujący rzeczywistość społeczną charakter jest już pewną wartością.

Mogą się zdarzyć instytucje tak głęboko przeniknięte patologicznym strukturami, że ostre cięcie wydaje się jedynym wyjściem. Tego nie neguję, ale nie dotyczyło to Trybunału Konstytucyjnego, który – przechodzimy teraz do drugiego punktu tej uwagi – podejmował decyzje ważne i dobre także z katolickiej perspektywy, z perspektywy zwykłej uczciwości i sprawiedliwości. Taką decyzją było rzecz jasna odrzucenie ustawy poszerzającej zakres dostępności mordu prenatalnego przeforsowany przez SLD w połowie lat 90. Prof. Andrzej Zoll sformułował wówczas fundamentalną zasadę, pisząc w orzeczeniu, że ochrona życia jest fundamentem demokratycznego państwa prawa odrzucając możliwość aborcji ze względów społecznych. Co więcej, można się spodziewać, że działający na dotychczasowych zasadach Trybunał uznałby także za niekonstytucyjny wyjątek z obowiązującej ustawy, dopuszczający aborcję z powodów eugenicznych. Wtedy PiS byłby w znacznej mierze zmuszony tę sprawę potraktować poważnie, co zapewne ucieszyłoby wielu posłów i działaczy tej partii, choć niekoniecznie jej liderów. Niestety zniszczenie i upartyjnienie Trybunału Konstytucyjnego tę możliwość oddaliło, równocześnie wiele wskazuje, że ochrona życia nie jest dla PiS postulatem (choć znajduje się w programie), ale problemem. Choć partia rządząca podawała inne powody dla swojej akcji przeciw Trybunałowi, w przedziwny sposób zazębiła się ona z dramatycznym problemem jakim jest rosnąca w Polsce liczba zabijanych dzieci. Już dawno liczba ofiar tego procederu przekracza tysiąc osób rocznie, co oznacza, mniej więcej, trzy wymuszone ludzkie śmierci dziennie.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Tomasz Rowiński) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 20:15:05 +0000
Przebudowa państwa https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4971-przebudowa-panstwa https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4971-przebudowa-panstwa Przebudowa państwa

Dotychczasowa struktura polskiego państwa, zarówno od strony politycznej, jak i gospodarczej po raz kolejny wyczerpała już swoje możliwości. Polityczny system demokracji parlamentarnej kompromituje się zarówno w skali globalnej, jak i krajowej. To, co wyczynia demokracja w najważniejszym państwie Zachodu zaczyna działać w kierunku samobójczym.

Na polskim rynku demokratyczne rozwydrzenie opozycji również zmierza w tę samą stronę. Nasza gospodarka rzekomo ma się świetnie, czego dowodem mają być kolejne przyznawane bonusy w postaci 500 +, na które stać jeszcze nasz budżet. Tak naprawdę, jest to rządowa jałmużna lub przysłowiowa „kiełbasa wyborcza”. Tymczasem Polacy nie chcą jałmużny, chcą mieć to samo, ale w zarobkach, w pracy, a nie w darowiznach.

Tymczasem z tą pracą i zarobkami nie jest najlepiej. Jeżeli praca nawet jest, to jej wykonywanie i poziom relacji międzyludzkich, niestety najczęściej przypominają okres jeszcze przed gierkowski. O wszystkim decydują nie kwalifikacje, ale układy, znajomości, a najczęściej jeszcze przynależność partyjna. Nie rozwijając tej krytyki trzeba zastanowić się, jak to wszystko zmienić na lepsze, jednocześnie nie niszcząc zastanego poziomu życia. Nie szukając żadnych teoretycznych modeli warto przyjrzeć się temu, jak robili to inni.

Tu można zapytać, jacy inni? Wszak wszyscy, którzy nas otaczają, są tacy sami. A na dodatek, to my jesteśmy liderami gospodarczymi UE. To u nas PKB z roku na rok wzrasta ok.4%. To nas trzeba naśladować, a nie my mamy brać przykład z gorszych od siebie! To wszystko prawda. Trzeba jednak zauważyć, że świat ani nie zaczyna się na UE, ani też nie kończy się na tej organizacji. Są jeszcze inni, znacznie lepsi od nas i naszej UE. Jeżeli mamy brać z kogoś przykład, to trzeba raczej szukać tych lepszych rozwiązań, a nie gorszych.

 Czytelnik zapewne domyśla się już, że chodzi tu o Chiny. Tak, chodzi o to państwo. Jak jednak mamy je naśladować, kiedy nasza kultura, tradycja, zwyczaje, cele i wartości przez nas wyznawane są całkowicie inne? Czy rzeczywiście całkiem inne? Czy nic nas nie łączy? Czy przypadkiem nie ma w Polsce, ani jednego domu, w którym nie byłoby chińskiego produktu? Chińczycy to przecież też ludzie. To pięć tysięcy lat kultury. Wystarczy wspomnieć, że ich wynalazkiem był druk, kompas, proch i papierowy pieniądz. Ci, co znają Chińczyków, twierdzą, że są to przemili, towarzyscy i bardzo uczynni ludzie.  

Chińska reforma w wydawnictwach i mediach

            Wiadomości o chińskiej reformie warto zacząć od Polski. Otóż dziesiątki pozycji wydawniczych, jakie ukazały się na naszym rynku księgarskim, winne zaspokoić zainteresowanie tą sprawą. Tak, ciekawość jest zaspokojona. Tylko z jednym zastrzeżeniem, że na ogół jest ona stronnicza i jednostronna. Dominują w niej elementy negatywne, których oczywiście w Chinach nie brakuje. To prawda, tyle tylko, że jakby wybiórcza i nie cała. Ich autorami są na ogół zachodni sinologowie, co samo przez się tłumaczy negatywną wizytówkę, jaką pokazują oni światu o Chinach.

Na tym tle polskich autorów prac o Chinach cechuje dużo wyższa bezstronność, wiarygodność i opis rzeczywistych problemów tego kraju. Jednak dyskusja medialna na tematy dotyczące Chin jest u nas jakby zdawkowa. Owszem, ukazuje się jakiś wywiad, relacja, analiza, ale niezależnie od ich treści są to wiadomości dotyczące wybranych jednostkowych kwestii. Czy jest to potrzebne? Tak, potrzebne, ale nie wyczerpuje podstawowego problemu jakim jest organizacja chińskiego państwa. Inwektywy i slogany typu „komunistyczny reżim”, „dyktatura partii”, „brak wolności słowa”, „kradzież wartości intelektualnych i technologicznych’, tak naprawdę niczego nie wyjaśniają.

Jeżeli chińskie państwo jest tak źle zorganizowane i zarządzane, to skąd biorą się ich sukcesy gospodarcze? Jakim cudem w ciągu 40 lat z zacofanej, a nawet całkowicie zniszczonej i zdegradowanej gospodarki stały się one obecnie drugim gospodarczym mocarstwem świata?

Logicznie trzeba by zapytać, jeżeli chińskie państwo jest tak źle zorganizowane i zarządzane, to skąd biorą się ich sukcesy gospodarcze? Jakim cudem w ciągu 40 lat z zacofanej, a nawet całkowicie zniszczonej i zdegradowanej gospodarki stały się one obecnie drugim gospodarczym mocarstwem świata? Są już głosy, że zajmują już pierwsze miejsce ukrywając szereg danych, aby nie niepokoić swoich rywali. Dowodem na to jest słabnąca stale rola USA i wypowiedzenie przez prezydenta tego państwa wojny handlowej z Chinami. Wojna ta ma zepchnąć Chiny z pozycji światowego lidera do marginalnej roli, jaką pełniły one przynajmniej przez prawie pół wieku od zakończenia drugiej wojny światowej. Do dziś aktualna jest pochodząca z tego czasu doktryna wojenna naczelnego dowódcy wojsk brytyjskich marszałka Bernarda Montgomery: „pierwsza zasada; Nie maszeruj na Moskwę (inni próbowali i źle się to skończyło), i druga: nie walcz na terytorium Chin”.

Debata o przebudowie państwa

 

            Jedni proponują rozpocząć ją od zmiany konstytucji, a najlepiej od jej nowej wersji. Ogólne jej założenia są stale formowane, ale brak zgody na ten temat powoduje, że stara konstytucja z 1997 r. staje się niezniszczalna. Inni proponują najpierw zająć się edukacją narodu, a potem zmianami, które rozważnie zostaną wtedy przyjęte. Ta wersja też nie zdaje egzaminu, bo źródłowe informacje o tematyce poprawy organizacji państwa na powszechnie dostępnym poziomie można szukać z przysłowiową świecą w ręku.

Najlepszym tego przykładem jest pięciotomowa seria źródłowych materiałów Chińskiej Akademii Nauk pod zbiorowym tytułem Reformując Chiny o objętości ok. 2500 stron, wydana również w Polsce. Żadnej dyskusji na ten temat nie ma. Najlepsi krajowi sinolodzy zmuszeni zabrać głos na ten temat mają do powiedzenia tylko tyle, że jest to chińska propaganda, co nie powinno mieć miejsca. Jest to swoista próba zamykania ust wszystkim, którzy chcieliby skorzystać, ze źródłowych chińskich materiałów dotyczących przebudowy państwa. Ta „propaganda” zawiera jednak kilka wskazań, na których oparto ten proces. Rozpoczęty został on na Trzeciej Sesji Plenarnej KPCh (18.12. 1978). Były to na owe czasy zmiany rewolucyjne, gdyż za najważniejszy cel uznano zmiany gospodarcze, a nie ideowe pryncypia związane z „walką klas”. Zniesiono wszelkie bariery uniemożliwiające dotąd debatę na tematy gospodarcze. Gospodarka stała się priorytetem. I tak jest do dzisiaj.

W tym kontekście protest podjęty przez studentów na placu Tiananmen w 1989 r. był innym tylko powrotem do destrukcyjnych, ideowych debat z przeszłości. Ponieważ żadne perswazje i dyskusje nie przynosiły rezultatów użyto siły. Dziś wobec niezwykłych osiągnięć gospodarczych tego państwa temat ten uważa się za zamknięty. Fundamentem chińskich zmian gospodarczych stały się decyzje z 1978 r. o odrzuceniu zasady „dwóch jakichkolwiek”, która głosiła: „Powinniśmy zdecydowanie podążać drogą wytyczoną przez Przewodniczącego Mao, jakiekolwiek decyzje podejmie i jakiekolwiek dyrektywy wyda”. Przyjęto zaś zasadę debaty gospodarczej opartej na „trzech nie”.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Adam Maksymowicz) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 20:01:46 +0000
Mamy Jasną Górę ale nie mamy armat https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4970-mamy-jasna-gore-ale-nie-mamy-armat https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4970-mamy-jasna-gore-ale-nie-mamy-armat Mamy Jasną Górę ale nie mamy armat

Długofalowa strategia, głęboki namysł, nowe twarze, nowe podejścia – o sposobie na dojście do władzy nowych partii i o możliwościach wygrania wojny kulturowej z Michałem Krupą, politologiem i znawcą tematu rozmawia Dorota Niedźwiecka.

 

Sytuacja polityczna w Polsce zawęża się do wyboru między większym i mniejszym złem. Jeszcze w 2005 r. taka partia, jak LPR miała 8% wskaźnika wyborczego, teraz Konfederacja czyli połączenie korwinowców z Ruchem Narodowym mniej niż 5% do parlamentu UE. W kolejnych wyborach wygrywają na zmianę dwie partie – PiS lub PO, przy czym – patrząc na działania – możemy mieć coraz więcej wątpliwości, czy te partie czymś się od siebie różnią. Z czego, Pana zdaniem, to wynika?

Uważam, że z solidarnościowego doświadczenia, etosu sporu i walk tamtego pokolenia. Oczywista wówczas narracja: „my” i „oni” przeniosła się do III Rzeczypospolitej i trudno ją wykorzenić. Przejawiała się ona, na przykład, w nazywaniu prezydenta Komorowskiego „polszewikiem”, wrogich partii „komuną”. Z kolei ze strony liberałów mamy narrację przybliżoną do elementów antynacjonalistycznych i antyfaszystowskich z tamtego okresu: „zacofany segment”, „zamknięty na tzw. standardy demokratyczne” lub „na standardy europejskie”.

I tutaj dopatrywałbym się początków „dwóch plemion”, poza którymi w Polsce pozornie „nie ma zbawienia”. Osobiście uważam, że substancjalnych różnic pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością nie ma, poza kwestiami symbolicznymi. Bo gdy chodzi o kwestie związane z kondycją duchową wspólnoty politycznej, myślą gospodarczą i pozycją w świecie, obie partie są zgodne. PiS jaki jest w kwestiach ważnych dla katolickiego elektoratu, jak zabijanie dzieci nienarodzonych, działania agendy homolobby każdy widzi. Napływ taniej siły roboczy do Polski ciągle trwa. A oporu wobec nacisków z Unii Europejskiej i ze Stanów Zjednoczonych, ostatnio w szczególności za pośrednictwem ambasador Georgette Mosbacher, jak nie było, tak nie ma. W kwestii pozycji Polski w świecie nadal mamy do czynienia z uległością wobec zdezaktualizowanej orientacji jednobiegunowej, czyli jak najściślejszą integracją z Zachodem, z charakterystycznym wrogim spojrzeniem na Rosję.

Wskazał Pan tu na kwestie mentalnościowe jako główne przyczyny. Mówiąc innymi słowami: uważa Pan, że wyborcy są tak bardzo zamknięci w myśleniu dwubiegunowym, a młodzi ludzie dziedziczą po nich ten sposób postrzegania, że generalnie społeczeństwo polskie nie jest w stanie dopuścić do tego, by wygrała jakaś trzecia partia?

W jakiejś mierze tak. Jest mocna bariera mentalnościowa i jest także wiele innych czynników wpływających na taki san rzeczy. Moim zdaniem to, że inne partie nie przebijają się na prawicy – bo to prawica bardziej nas interesuje – wynika m.in. z niedoświadczenia politycznego nowych liderów, którym często wydaje się, że wystarczy sformułować jako taki krótki program, odwołać się do jakiegoś etosu rycerskiego, np. Żołnierzy Wyklętych i szlachetnych pobudek i to wystarczy. Za rok będziemy obchodzili 10. rocznicę Marszu Niepodległości i w przeciągu dekady – mówię to ze smutkiem – liderzy szeroko rozumianego ruchu narodowo-konserwatywnego nie zdołali zbudować żadnej alternatywy dla obecnego dominującego establishmentu demoliberalnego.

To brak umiejętności strategicznego myślenia?

Tak, a co z tym się wiąże brak uznania fundamentalnej roli, jaką odgrywają pieniądze w polityce. Uważam, że nie należy bać się pieniędzy, że jeśli mamy mieć dobrze naoliwioną operację polityczną, dobrze funkcjonującą partię, to kapitał jest konieczny, by pracujący dla sprawy mogli się w pełni w nią angażować.

Kolejnym elementem niesprzyjającym jest brak pokory w strategiach politycznych. Obserwując rozwój funkcjonowania obozu narodowego w ostatniej dekadzie zauważyłem, że jest w nim dużo odporności na rady ludzi bardziej doświadczonych, starszych stażem, że tak powiem. I to przyczyniło się do wielu błędów i porażek.

Myślę, że dziś możemy powiedzieć, ze liderzy wszystkiego, co znajduje się na prawo od PiS i ma jakiś rezonans wśród opinii publicznej, czyli mówimy przede wszystkim o środowiskach wolnościowych i narodowych, nie przebili się, bo uważali, że potrzebne głosy zapewni im chwytliwe hasło czy aktywność w mediach społecznościowych.

Jakie Pan widzi rozwiązania w tych wewnętrznych kwestiach?

Na pewno trzeba porzucić tryb myślenia gorączkowego, od cyklu wyborczego do cyklu wyborczego. Bardzo często słyszy się, że to są ostatnie wybory, a po nich tylko ciemność, Armagedon i koniec Polski. Bądźmy szczerzy, po każdych wyborach takie zdania są wypowiadane. Nie! Koniec będzie wtedy, kiedy Pan Bóg zdecyduje, a nie my i to już będzie ostateczny koniec. A my – róbmy swoje.

Czyli co?

Moim zdaniem na dziś trzeba czegoś całkowicie nowego. „Gdyby szef dobrej firmy zarządzał nią jak PiS zarządza państwem byłby bankrutem” – pojawia się wśród wolnościowców takie porównanie. To zastosujmy je w drugą stronę: „Jeśli szef firmy zarządzałby swoją firmą tak jak przywódcy na prawo od PiS wszystkimi inicjatywami od prawie 10 lat to też byłby bankrutem”. I de facto są politycznymi bankrutami – mówię to z ciężkim sercem, bo znam wielu przywódców szczególnie z Ruchu Narodowego. Aczkolwiek trzeba to powiedzieć stanowczo: należy uspokoić się, stonować emocje, i – jak dobry biznesmen – stworzyć długofalową strategię, rozpisaną co najmniej na 5-6 lat. Bo jeśli będziemy gorączkować się każdorazowymi wyborami, to nic nie zdobędziemy, szczególnie, gdy aktualnie jesteśmy na pozycji straconej. Rozumiem, że dla niektórych kolejne wybory to jest jakiś awans w życiu, bo trzeba z czegoś żyć, ale nie o to w polityce powinno chodzić. Wiemy doskonale, jak bardzo kuszące są apanaże finansowe, stanowiska, co widać po woltach posłów, którzy stali się aż tak antysystemowi, że poszli do PiS-u.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 19:54:53 +0000
Układ polityczny to ewolucja, a nie rewolucja https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4969-uklad-polityczny-to-ewolucja-a-nie-rewolucja https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4969-uklad-polityczny-to-ewolucja-a-nie-rewolucja Układ polityczny to ewolucja, a nie rewolucja

O strategii cierpliwej długookresowej budowy obecności w sferze politycznej, szansie na wygraną i skutecznych sposobach wpływania społeczeństwa na polityków o z Krzysztofem Bosakiem – wiceprezesem Ruchu Narodowego, posłem na Sejm V kadencji rozmawia Dorota Niedźwiecka.

 

Czy uważa, że jako Polacy jesteśmy zakochani w socjalizmie? Bo coś powoduje, że wybieramy socjalistów: raz z PO, a raz z PiS-u, którzy otwarcie mówią o tym, że dadzą nam każde dobro tego świata za nasz głos.

Nie zgadzam się z tą diagnozą na temat socjalizmu. Uważam, że termin „socjalizm” jest zbyt łatwo odmieniany przez przypadki w polskiej publicystyce konserwatywnej i liberalnej. I uważam, że wynika to z dominacji ideologii liberalnej na prawicy, szczególnie w sferze gospodarczej, gdzie każda opcja pośrednia, centrowa bywa nazywana socjalizmem. To pierwsza uwaga. Druga uwaga: oczywiście, w sposób naturalny w demokracji łatwiej jest uwodzić wyborców materialnymi korzyściami niż zachęcać ich wezwaniem do większej odpowiedzialności, fiskalnego rygoryzmu czy poświęceń na rzecz dobra wspólnego. Wracając do socjalizmu, nadmienię, że przez socjalizm rozumiem takiego rodzaju ustrój lub takie myślenie gospodarcze, które:

  1. z zasady uważa własność państwową za lepszą od prywatnej i zmierza do jej dominacji w ustroju gospodarczym;
  2. z zasady uważa dystrybucję dóbr w gospodarce, wynikającą z regulacji i z planowania za lepszą niż tę, wynikającą z wymiany rynkowej i zmierza do dominacji tego typu dystrybucji i alokacji zasobów w gospodarce;
  3. nie ma zaufania do mechanizmu rynkowego ustalania cen lecz zmierza do dominacji i sterowania wartościami dóbr w ustroju gospodarczym.

Czyli za socjalizm uważam eliminowanie z ustroju gospodarczego tych trzech elementów – własności prywatnej, wymiany rynkowej i swobodnego ustalania cen.

A rozdawnictwo?

Elementy redystrybucji dóbr całkowicie mieszczą się w tym, co nauka opisuje jako państwo opiekuńcze z gospodarką rynkową, czyli w formie pośredniej, która jest pogodzona z gospodarką rynkową. Redystrybucja może dochodzić do całkiem sporego progu: w państwach zachodnich zbliża się ona nawet do 50% całości gospodarki. Równocześnie gospodarka może funkcjonować na zasadach rynkowych i zachowywać całkiem wysoką efektywność. Osobiście nie jestem zwolennikiem redystrybucji na poziomie 50% czy zbliżonym, natomiast zaznaczam, iż ciągle będzie to gospodarka rynkowa. A funkcjonujące w ten sposób państwo jest państwem opiekuńczym lecz nie państwem socjalistycznym.

Precyzyjne rozróżnienie pojęć pozwala zachować porządek i jasność tego, do czego dana partia zmierza.

Oczywiście. Uważam, że jako przedstawiciele prawicy konserwatywnej powinniśmy używać pojęć określających zjawiska społeczne, ekonomiczne czy polityczne w sposób zgodny z ich znaczeniem. I nie robić tego, co robi lewica, czyli nie zakłamywać debaty, nie manipulować pojęciami. Jestem zagorzałym przeciwnikiem socjalizmu i właśnie dlatego uważam, że tego pojęcia nie należy nadużywać, by nie doszło do zatarcia jego znaczenia. Bo jeśli socjalizmem będziemy nazywać każdą regulację czy każdy element polityki społecznej to w pewnym momencie odbiorcy mogą dojść do fałszywych wniosków: „W sumie socjalizm jest chyba dobry, skoro polega na tych elementach polityki społecznej, które uważamy za rozsądne”.

Wróćmy do pierwszego pytania. Co zatem – jeśli nie upodobanie do socjalizmu – wpływa na mentalność społeczeństwa, że wybiera wciąż PiS i PO?

Ta sytuacja jest najzupełniej naturalna. To znaczy: mamy dwa wiodące bloki polityczne: PiS i PO, które zagospodarowują główne polityczne emocje społeczeństwa. Ale mamy także wiele innych partii. Moim zdaniem, odczucie, że Polacy głosują na PiS i PO, jest tylko wrażeniem medialnym.

Przyjrzyjmy się faktom. Od kiedy powstały PiS i Platforma, w 2001 r., w każdych wyborach mamy znaczne grupy wyborców, którzy głosują na inne partie i – co więcej – powstają nowe listy wyborcze, które wprowadzają swoich liderów do Sejmu. Oczywiście, do tego momentu nie udało się zogniskować żadnej innej sile politycznej takich emocji wokół siebie, ale wynika to z prostego prawa społecznego: gdy ktoś zajmie jakieś terytorium to trudno go stamtąd usunąć.

Teraz na scenie politycznej usadowiły się dwie partie: na centroprawicy Prawo i Sprawiedliwość, na centrolewicy Platforma Obywatelska i widać po przypadkach czy to partii Nowoczesna czy Kukiz 15, czy wcześniej Ligi Polskich Rodzin lub Samoobrony, że nawet duże błędy polityczne nie powodują, by rola wiodąca tych sił została naruszona. Ale nic nie trwa wiecznie.

Spodziewa się Pan w najbliższym czasie zmian?

Na razie dominacja PiS lub PO nie jest szczególnie długą epoką w polityce: trwa ona 14 lat. Wcześniej, pomiędzy 2001 a 2005 r. wcale nie było jasne, że PiS i PO to partie antagonistyczne. Startowały przecież wspólnie w wyborach samorządowych i planowały wspólnie stworzyć rząd. Ponadto w tamtym czasie wcale nie było oczywiste, że to one podejmą rolę wiodącą. PiS konkurował przecież wówczas o przywództwo z Ligą Polskich Rodzin na prawicy i warto przypomnieć, że w pierwszych wyborach do europarlamentu Liga Polskich Rodzin miała lepszy od niego wynik. Z kolei PO konkurowała ze wszystkimi, bo była partią centrową: i z PiS-em, i SLD czy Unią Wolności. Dopiero cały splot czynników: taktyczny błąd SLD z 2015 r., kiedy wystartowało jako koalicja, a także błędy Janusza Palikota z Ruchu Palikota czy Ryszarda Petru z Nowoczesnej, sprawiły, że Platforma jest obecnie tak silna, mimo że od czterech lat jest poza władzą i skompromitowała się wcześniej różnymi aferami.

Krótko mówiąc: ta sytuacja jest dużo bardziej złożona niż się z pozoru wydaje. Natomiast większość z nas nie pamięta tych złożoności, ponieważ – jak pokazują badania sceny politycznej – pamięć wyborcy nie sięga dalej jak 7-8 lat wstecz. A to oznacza, że wspomniane przeze mnie okoliczności nie istnieją już w pamięci wyborcy. I co więcej: może on uważać, że wspomniane partie są siłami posiadającymi odrębne korzenie ideologiczne, a może nawet środowiskowe.

Dochodzi w ten sposób do spłaszczenia rzeczywistości politycznej.

Tak. Także poprzez to, że dziennikarze głównego nurtu dyskutują głównie o polityce PiS-u i PO, przez co wyborcy zaczynają myśleć przede wszystkim o ich polityce. I znów: nie wszyscy lecz przeważająca ich część.

Równocześnie trudno jest innej partii dojść do władzy. Przykładem niech będą wybory do parlamentu europejskiego, gdzie Narodowcy związali się z Konfederacją i mimo to nie udało im się przejść progu 5% . W tym kontekście: jakie są Pana wnioski i jakie rozwiązania Pan dostrzega?

Układ polityczny zmienia się w sposób ewolucyjny: nieznacznie – w każdych wyborach. W każdych wyborach powstają przecież nowe siły polityczne, które walczą o przekroczenie progu i prawie w każdych wyborach komuś się to udaje i do polityki dołącza. Dla przykładu w wyborach do Parlamentu Europejskiego 5 lat temu była to Koalicja Nowej Prawicy, w wyborach parlamentarnych 4 lata temu – Kukiz’15, a do progu zbliżyła się także partia Razem. Takim przykładem zmian jest także wejście do sejmu Ruchu Palikota czy Nowoczesnej, żeby spojrzeć z drugiej strony sceny politycznej.

W wyborach do europarlamentu w tym roku do progu zbliżyła się bardzo mocno Konfederacja i sądzę, że gdyby nie równoległy start Kukiz’15, to Konfederacja byłaby w europarlamencie. W tej chwili, po usunięciu się Kukiz ’15 z samodzielnego startu, a tym samym ze sceny politycznej, i wejściu w koalicję z PSL, droga do osiągnięcia 5% progu jest otwarta.

Oczywiście, wiele zależy od przebiegu kampanii wyborczej. Jest też – moim zdaniem – najszczelniejsza w III Rzeczypospolitej blokada medialna na Konfederację, do tego stopnia, że wielu wyborców nie wie, że istniejemy. Bo skąd ma się dowiedzieć? Można by powiedzieć, że wszystkie sektory mediów informacyjnych milczą na ten temat – i mówię to świadomie, dzień po zarejestrowaniu się Konfederacji na ogólnopolskiej liście wyborczej, kiedy główne media prezentowały tylko cztery, a nie pięć komitetów wyborczych.

Wracając do pytania, wyzwaniem jest coś innego niż zaatakowanie i przejście progu wyborczego. Chodzi o to, by przetrwać tę operację dłużej niż jedna czy półtorej kadencji. Przypomnijmy, że jako samodzielny byt Nowoczesna, Ruch Palikota, Kukiz ’15 przetrwały zaledwie jedną kadencję, Liga Polskich Rodzin i Samoobrona – półtorej kadencji, nowinka do eurowyborów w postaci Wiosny – nie wytrwała nawet kilku miesięcy. Także wiele innych partii politycznych, które powstały jako odpryskowe formacje z rozłamów, nie przetrwały samodzielnie nawet kadencji.

Jak temu zaradzić?

 

Ważne jest stabilne przywództwo polityczne i zdolność do spokojnego, organicznego rozwoju przez daną siłę polityczną przy konstruktywnej akumulacji wyborców. Chodzi o to, by zbudować własną wiarygodność i powagę polityczną oraz przetrwać ataki konkurentów.

Ważne jest stabilne przywództwo polityczne i zdolność do spokojnego, organicznego rozwoju przez daną siłę polityczną przy konstruktywnej akumulacji wyborców. Chodzi o to, by zbudować własną wiarygodność i powagę polityczną oraz przetrwać ataki konkurentów. Bo wszystkie prawicowe projekty z bardziej patriotycznym wydźwiękiem, takie jak kiedyś Liga Polskich Rodzin, niedawno ruch Kukiz ’15 czy teraz Konfederacja są narażone na ataki – nie wprost oczywiście – ze strony PiS. To kwestia ostrej rywalizacji politycznej.

Wracając do rozmowy o zmianach. Powiedziałem, że zmiany zachodzą ewolucyjnie, czyli metodą prób i błędów testowane są kolejne pomysły i siły polityczne. Nie jest to test tylko wyborczy, lecz także test przetrwania politycznego. Sprawdzian, czy politycy, którzy wygrali, mają wizję, co robić, zaufanie społeczne, zdolność uprawiani polityki, budowania kapitału zaufania i akumulacji wyborców czy też nie. To jest brutalna weryfikacja, która następuje nie w wyborach, ale pomiędzy wyborami.

Druga sprawa w kwestii ewolucji sceny politycznej, to zmiana generacyjna. PiS i PO, które wydają się wielkimi, bardzo dobrze okopanymi siłami politycznymi, są zbudowane wokół polityków z pokolenia opozycji antykomunistycznej i okrągłego stołu, czyli 60- i 70-latków. Ci politycy są bardzo doświadczeni, mają szerokie kontakty polityczne, medialne, biznesowe, administracyjne, w związku z tym łatwiej jest im rywalizować politycznie. Gdyby porównać ich średnią wiekową ze średnią wieku Konfederacji, różnica wyniosłaby ok. 25 lat. I ten czas w budowaniu sieci znajomości przydatnych politycznie i doświadczenia, jak przetrwać i wygrać rywalizację, jest bardzo cenny.

Natomiast w ciągu najbliższych lat siły życiowe i atrakcyjność wizerunkowa starszego pokolenia polityków będzie się w sposób naturalny i nieuchronny wyczerpywać. I nastąpi moment pokoleniowej wymiany, który już się zaczął przez wybranie na premiera czy prezydenta osoby młodszej, a scena polityczna będzie ewoluować.

 

cd w numerze

przycisk

]]>
[email protected] (Dorota Niedźwiecka) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 19:52:27 +0000
Demokracja niewolnika czy wolnego człowieka? https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4968-demokracja-niewolnika-czy-wolnego-czlowieka https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4968-demokracja-niewolnika-czy-wolnego-czlowieka Demokracja niewolnika czy wolnego człowieka?

Źle pojętą demokrację kształcącą niewolników można pokonać demokracją wolnego człowieka. Ale najpierw trzeba uświadomić ludziom, że są kupowani przez deklaracje i rozdawnictwo polityków za własne wypracowane pieniądze. Trzeba ich nauczyć myślenia w dłuższej  perspektywie lat, czyli uwolnić od propagandy mediów na rzecz tymczasowych korzyści partyjnych wyborów, wykorzenić naiwność lub wyrachowanie wyborców.

O demokracji nie tylko okiem praktyka mówi w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem Stefan Oleszczuk, były burmistrz Kamienia Pomorskiego, były starosta kamieński, były członek rady ds. samorządu przy prezydencie RP, legendarny reformator samorządowy.

 

Czym dla Pana jest demokracja?

Demokracja jest udziałem każdego obywatela w stanowieniu tego, co w społeczności, w której żyje, należy czynić. Co jest dobre, co jest złe, co jest wspólne, co jest słuszne.

Czy zgadza się Pan ze stwierdzeniem, że demokracja jest złym ustrojem, ale nic lepszego nie wymyślono?

Życie płynie. Życie to nie jest zdjęcie. Życie to film. Zawsze tak uważano, ponieważ człowiek, który żyje w określonej jednostce czasu uważa, że przed nim nic wielkiego nie wymyślono i po nim się nie wymyśli. Myślę, że to jest błąd. Na pewno ludzkość – tak jak w dotychczasowej historii – wymyśli coś lepszego w przyszłości. Czy to się będzie nazywało demokracją, czy czymś innym – trudno powiedzieć. To nie chodzi o nazewnictwo, ale na pewno będzie coś doskonalszego niż demokracja.

Czy w takim razie w przeszłości nie było czegoś lepszego?

Przeszłość to jest historia. Zostawmy przeszłość historykom. Natomiast współczesny człowiek chce żyć tym, co dzisiaj i budować coś jeszcze lepszego, bo każdy z nas ma swoje marzenia, ma swoje oczekiwania i chciałby żyć w społeczeństwie, w którym będzie mu się żyło lepiej. W tych warunkach dzisiaj rozmawianie o tym, że demokracja nie daje człowiekowi tego, czego on oczekuje, a w przeszłości istniało coś, co by mogło mu to zapewnić, to bajka o żelaznym wilku. Moim zdaniem szkoda czasu na takie rozważania.

Ale skoro w przeszłości był jakiś lepszy ustrój, to dlaczego nie skorzystać z tych doświadczeń?

Dlatego, że rozwój społeczeństwa spowodował, że teraz nie ma jednostki, która wie lepiej. Dzisiaj człowiek – obojętnie, czy mu wmówiono, czy nie – uważa, że on jest również podmiotem. Jeżeli rozumiemy demokrację w taki sposób, że każdy ma te same prawa, co kiedyś król, to dzisiaj mamy społeczeństwo królów. Każdy człowiek jest królem. Dzisiaj powiedzenie człowiekowi „ty jesteś tylko poddanym”, „ty jesteś mniej ważny niż król” jest kompletnie pozbawione sensu. Człowiek dziś chce się cieszyć szacunkiem i chce wierzyć w to, że on nie jest głupszy od króla. Uważam więc, że takie rozważania są dzisiaj zupełnie nie na miejscu, bo trzeba by sobie powiedzieć tak: wychodzimy na boisko grać w grę, która nazywa się demokracja i musimy drużynę demokratów – nawet jeśli demokratami nie jesteśmy – pokonać ich własną bronią, demokracją. Na dzień dzisiejszy nie ma innego scenariusza. Może kiedyś ktoś coś lepszego wymyśli, bo demokracje też niejedno mają imię. Proszę spojrzeć na demokrację szwajcarską, na tych Szwajcarów, którzy jeszcze 100 lat temu byli biedakami i mówiło się w Polsce „zatrudnij sobie Szwajcara”, czyli tak jakby dzisiaj powiedzieć „zatrudnij sobie Wietnamczyka” czy „zatrudnij sobie Ukraińca, będzie tańszy od Polaka”. Dlaczego, przez 100 lat społeczeństwo potrafiło wypracować takie zasady demokracji, że gdyby Polacy powszechnie wiedzieli, jak funkcjonują Szwajcarzy nie tylko pod względem ekonomicznym, ale etycznym, moralnym, współżycia społecznego, to by powiedzieli: „o tak, my takiej demokracji chcemy”? No ale za demokrację odpowiadamy wszyscy. Wszyscy zgodzili się na to, że po 1989 roku to, co było powszechnie przez polskie społeczeństwo znienawidzone, odeszło, ale nie wiedzieliśmy, że to, co przyjdzie, wcale nie będzie w stylu sprawowania władzy dużo przyjemniejsze niż to, co było uprzednio. Ale dlaczego tak się stało? Nic nie dzieje się bez przyczyny. To się nie stało samo, nie stało się tylko w wyniku spisku. Stało się również dlatego, że myśmy postąpili zupełnie inaczej niż Szwajcarzy. Myśmy po prostu pozwolili sobie na to, żeby nie istniało w Polsce społeczeństwo obywatelskie. Od samego początku dużo mówiliśmy o budowie społeczeństwa obywatelskiego, ale tego społeczeństwa obywatelskiego nie ma nigdzie: ani na szczeblu gminy, ani na szczeblu powiatu, ani na szczeblu województwa i również na szczeblu krajowym. U nas nadal funkcjonuje demokracja pojmowana tak, jak to widział kiedyś car i jak widziała Rosja Sowiecka. Czyli człowiek staje przed władzą głupi, ma miętolić czapkę i nawet jeśli uważa, że jest mądrzejszy od władcy, to nie wolno mu wyrazić swojego poglądu. Natomiast Szwajcarzy, odwrotnie – bardzo zabiegają o to, żeby ludzie wyrażali swoje poglądy, rozsyłają rocznie bardzo dużo referendów, listownych i bezpośrednich, po to, żeby skorzystać z mądrości. Czasami wiemy to – każdy z własnego doświadczenia – jedno słowo jest inspiracją i o taką inspirację społeczeństwa obywatelskiego chodzi. Dzisiaj spieranie się przez akademików o to, czym jest demokracja, moim zdaniem trąci myszką. Trzeba uciec do przodu, a ucieczka do przodu jest w kierunku wzorca szwajcarskiego – mówię o społeczeństwie obywatelskim, niekoniecznie o banksterce szwajcarskiej, który jest zupełnie innym tematem. Rozmawiamy o tym, jak funkcjonuje społeczeństwo obywatelskie, czyli o tym, że każdy człowiek jest traktowany z szacunkiem i każdy człowiek może wnieść coś dobrego, pozytywnego do wspólnoty, jaką jest społeczeństwo – czy to samorządowej, czy ogólnokrajowej. Skoro pięknie to funkcjonuje w takim kraju, jak Szwajcaria, to dlaczego miałoby nie funkcjonować w innych krajach, a przede wszystkim w Polsce, ponieważ w Polsce poczucie wolności obywatelskiej funkcjonuje od setek lat? Tylko Polacy nie dostali od żadnej organizacji, która próbowała Polaków jakoś zorganizować w społeczeństwo, niczego uczciwego. Wszystkie partie, wszystkie ruchy polityczne ścigają się tylko w tym, jak zagospodarować ten lud, żeby go oszukać, a nikt nie chce funkcjonować w ramach takiej demokracji, jak w Szwajcarii. To jest polski dramat po 1989 roku, ponieważ tych 10 milionów ludzi „Solidarności” – abstrahuję od tych ludzi, którzy byli w tym ruchu z przyczyn nieczystych – którzy kierowali się odruchem serca, ci, którzy chcieli prawdziwie wolnej Polski, marzyli o czymś takim. To był moment historyczny, w którym Polacy byli w stanie zaakceptować najpiękniejsze rozwiązania i najbardziej odważne. Mnie bardzo denerwuje to, kiedy mówi się z takim sentymentem o Żołnierzach Wyklętych, a mówi się z pogardą w środowisku wolnościowym o ludziach „Solidarności”. Jeżeli było ich 10 milionów, to byli niemal w każdej rodzinie. Ta narracja, która funkcjonuje w naszym obozie wolnościowym, jest narracją fałszywą, bo w takim razie należałoby powiedzieć, że mój dziadek, pradziadek, ojciec, matka uczestniczyli w jakimś podstępnym ruchu „Solidarności”. Guzik prawda. W każdym ruchu są kanalie i są ludzie, którzy chcą zbudować coś pięknego. Uważam, że w „Solidarności” – przeciwnie niż niektórzy sądzą – nie było większości tych, którzy chcieli źle, tylko tych, którzy chcieli dobrze. I dlatego trzeba było wtedy ten ruch wykorzystać i pchnąć w takim właśnie szwajcarskim kierunku, a jeżeli się popełni grzech zaniechania, to wykorzystują to inni. Od początku cała ta dyskusja o demokracji w naszym środowisku wolnościowym jest błędna, bo trzeba było ten mecz z demokratami, którzy pojmowali demokrację jako sposób na oszustwo, wygrać, a myśmy po prostu wychodzili na boisko i mówili „nie gramy”.

Tylko że trzeba wziąć po uwagę, że ta „Solidarność” z roku 1980 to było zupełnie co innego niż „Solidarność” de facto reżimowa, zalegalizowana przez komunistyczne władze w 1989 roku…

Ale zawsze tak jest. Bo dotychczasowy rządzący – obojętne czy to widzieliśmy we Francji przy upadku Ludwika, czy w Rosji za cara czy za Rosji Radzieckiej – to za każdym razem rządzący ma służby, które przeciwdziałają utracie przez niego władzy. Nie ma się więc co dziwić, że w każdym ruchu osadza się swoich szpiegów, swoich donosicieli, ludzi, którzy mają wysadzić w powietrze to, co może zagrozić dotychczas rządzącemu. Jeżeli będziemy płakali nad tym, to oczywiście wielkiego skutku to nie odniesie. Musimy po prostu znaleźć antidotum na to, że tak jest, i antidotum na polskie bolączki nawet dzisiejsze AD 2019 jest takie samo. Jeżeli uważamy, że ludzie, którzy rządzą Polską od 30 lat, rządzą źle, a tak uważamy, to trzeba wypracować skuteczny sposób, skuteczną narrację, która porwie ludzkie serca, a nie tylko narzekać, że wy jesteście głupi, wy jesteście złodziejami, bo bierzecie pieniądze od władzy. A z drugiej strony dobrze wiemy, że w naszym obozie też są ludzie, którzy te pieniądze biorą. I bardzo dobrze. Zawsze mówiłem od najmłodszych lat, że póki trwa socjalizm, trzeba z niego korzystać. Nie oczekujmy od ludzi w swojej szerokiej masie heroizmu. Bo ludzie są herosami tylko wtedy, kiedy na ich czele idzie ktoś, kto rzeczywiście tym herosem jest, a nie tylko udaje herosa. Dlatego ja w tej mojej książce Człowiek z Kamienia mówiłem, że moim ideałem polityka jest Chrystus. Bo jeżeli ktoś chce być poganiaczem bydła, chce byś pastuchem, a nie pasterzem, to nigdy tych ludzi nie pociągnie. Musi działać przez dobry przykład tak jak rodzic. Jeżeli matka czy ojciec mówi dziecku, że ma być dobre, że ma być grzeczne, że ma postępować właściwie, a sam robi co innego, to co dziecko będzie robiło? Będzie naśladowało to, co rodzic robi, a nie to, co mówi. Dlatego powiedziałem w wywiadzie, kiedy zakładaliśmy stowarzyszenie Wolnych Obywateli, że bolączką naszego środowiska jest nie tylko mówić co słuszne, ale i robić co słuszne. Inaczej nie będzie owoców.

 

cd w numerze

przycisk

 

]]>
[email protected] (Tomasz Cukiernik) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 19:40:58 +0000
ODSZEDŁ ROMEK LAZAROWICZ https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4967-odszedl-romek-lazarowicz https://opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4967-odszedl-romek-lazarowicz ODSZEDŁ ROMEK LAZAROWICZ

Romuald Lazarowicz urodził się we Wrocławiu w 1953 roku, w dwa lata po wykonaniu wyroku śmierci na jego dziadku, majorze Adamie Lazarowiczu pseudonim „Klamra”, zastępcy komendanta IV Komendy WiN. Wychowywał się w domu Zbigniewa Lazarowicza, żołnierza AK i działacza WiN, do późnych lat sześćdziesiątych z powodu młodzieńczego zaangażowania w walkę o wolną Polskę nękanego przez UB a następnie SB.

W ślady swego ojca, dziadka i dawniejszych przodków, zaangażowanych w polskie dążenia niepodległościowe, Romek poszedł w latach siedemdziesiątych, zaraz po studiach na Uniwersytecie Wrocławskim. Pomagał działaczom Studenckiego Komitetu Solidarności, Komitetu Samoobrony Społecznej i angażującym się w inne ogniwa rodzącej się opozycji. Tą drogą, pod koniec lat siedemdziesiątych, trafił do kręgu Kornela Morawieckiego i redakcji „Biuletynu Dolnośląskiego” – największego w południowo – zachodniej Polsce periodyku, ukazującego się poza zasięgiem cenzury. Jego pomysłem był dział zatytułowany „Biuletynek”, wypełniany materiałami prześmiewczymi, często znakomitą polityczną satyrą, której autorem był właśnie Romek. Początek roku 1980 Romek w dużej mierze poświęcił organizowaniu bojkotu PRL-owskiej farsy wyborczej. Był autorem w dużej mierze humorystycznych artykułów wykazujących absurd uczestnictwa w fikcji głosowania na kandydatów, wskazanych przez komunistyczny reżim.

Na wieść o wybuchu strajków na Wybrzeżu wraz ze swoją żoną Heleną dotarł do Gdyni. Ze Stoczni im. Komuny Paryskiej zdołali wynieść pełne torby i plecaki gazetek, informujących o celach protestu. Wracając pociągiem do Wrocławia rozdawali je na peronach każdej stacji. Pomimo wiążącego się z tym ryzyka, udało im się szczęśliwie wrócić do rodzinnego miasta, w którym swą dalszą działalnością przyczynili się do rozpoczęcia solidarnościowego strajku wrocławskiej komunikacji i przemysłu, po zatrzymaniu których fala sierpniowego dążenia do wolności ogarnęła cały Dolny Śląsk.

Szesnaście miesięcy legalnej aktywności NSZZ Solidarność małżeństwu Lazarowiczów upłynęło głównie na wspieraniu niezależnego ruchu wydawniczego. Jednak, jak w wypadku większości osób z kręgu „Biuletynu Dolnośląskiego”, działalność ta prowadzona była dyskretnie. Środowisko to nigdy nie lekceważyło ryzyka nagłego ataku ze strony komunistycznego reżimu, po którym znów potrzebni mogli być ludzie przygotowani do walki w warunkach konspiracji.

Wydarzenia potoczyły się zgodnie z tymi przewidywaniami. 13 grudnia 1981 Helena i Romuald Lazarowiczowie znaleźli się wśród osób, wraz z którymi Kornel Morawiecki powoływał do życia podziemną strukturę wydawniczo – kolportażową Regionalnego Komitetu Strajkowego NSZZ Solidarność Dolny Śląsk. Romuald Lazarowicz został wówczas przez Kornela Morawieckiego mianowany redaktorem naczelnym pisma „Z Dnia na Dzień”. Jak się okazało – było to pierwsze w stanie wojennym regularnie się ukazujące podziemne pismo stanu wojennego. Pierwszy numer kolportowany był już w nocy z 13 na 14 grudnia. Do wiosny 1982 roku pismo to, w nakładzie liczonym w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, wydawane było trzy razy w tygodniu i docierało do wszystkich miast i miasteczek Dolnego Śląska a także daleko poza jego granice. Matryce pierwszych numerów przygotowywane były przez Helenę Lazarowicz i Joannę Moszczak.

W grudniu 1981 internowano ojca i brata Romualda Lazarowicza. Błąd Służby Bezpieczeństwa polegał na niewłaściwej ocenie zaangażowania innych członków tej rodziny. SB poprzestała na krótkotrwałych zatrzymaniach i przesłuchaniach Heleny i Romualda. Tymczasem to ich konspiracyjna aktywność miała największą skalę. W styczniu 1982 Romek brał udział w przygotowaniach do uruchomienia solidarnościowej radiofonii. Analizowane były m.in. możliwości wykorzystania sieci trakcyjnej wrocławskich tramwajów jako wielkiej anteny nadawczej.

Na przełomie maja i czerwca 1982, na tle różnic w opiniach na temat metod prowadzenia działalności, doszło do utworzenia organizacji Solidarność Walcząca. Nie oznaczało to przerwania współpracy z zepchniętym do podziemia związkiem. Jak wielu ludzi z organizacji Kornela Morawieckiego, Lazarowicz nadal wspierał działalność NSZZ Solidarność. Kierowanie redakcją „Z Dnia na Dzień” oddane zostało jednak nowemu zespołowi. Romuald pisał i drukował nadal głównie dla „Biuletynu Dolnośląskiego” i innych pism nowej konspiracyjnej struktury. Mocno zaangażował się też w uruchomienie Radia Solidarność Walcząca, które latem 1982 zaczęło nadawać swoje audycje. Jego programy zwykle były krótkie, najczęściej pojawiały się w eterze w sposób niespodziewany, zagłuszając sygnał popularnych audycji Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Właśnie z Radiem Solidarność Walcząca wiąże się jedna z najbardziej niezwykłych akcji, przeprowadzonych przez Romualda Lazarowicza. 31 sierpnia 1982 doszło we Wrocławiu do największych wystąpień ulicznych w Polsce lat osiemdziesiątych. Ogromna część miasta stała się wtedy areną demonstracji i starć z ZOMO. W dniu tym Romuald Lazarowicz kierował wyposażoną w silny nadajnik redakcją, emitujący serwisy informujące o wydarzeniach, rozgrywających się w różnych rejonach miasta. Zespół radiowców składał się z kilkunastu osób. W kilku dzielnicach Wrocławia informacje o toczących się wydarzeniach zbierali obserwatorzy, wyposażeni w krótkofalówki. Syntetycznymi komunikatami przesyłali je do lokalu w ścisłym centrum miasta, w którym porządkował je Paweł Falicki. Następnie, drogą radiową, przesyłał je do stacji nadawczej, ulokowanej na najwyższym piętrze wieżowca, stojącego w pobliżu dworca Wrocław Główny. Przy nadajniku, oprócz Romualda Lazarowicza, pracowały Helena Lazarowicz i pierwsza spikerka tej konspiracyjnej rozgłośni – Krystyna Jagoszewska. Nadawane z tego miejsca serwisy informacyjne były słyszalne na ogromnych połaciach miasta. W pracy radiowców nie brakowało momentów pełnych napięcia. Nad dachem wieżowca parokrotnie zatrzymywał się jeden z krążących nad Wrocławiem helikopterów, co mogło oznaczać jego zaangażowanie w akcji radiopelengacyjnej. Radiowcy przerwali wówczas łączność radiową z Pawłem Falickim, do którego, po nowy pakiet informacji, Helena Lazarowicz udała się pieszo, przedzierając się przez ulice obstawione zmasowanymi oddziałami wojska i milicji, lub ogarnięte rozruchami. Bezprecedensowa akcja konspiracyjnych radiowców zakończyła się jednak pełnym sukcesem.

Radiowa działalność Romualda Lazarowicza kontynuowana była w następnych latach. Towarzyszyły jej inne formy konspiracyjnej aktywności, prowadzonej w czasach największej beznadziei, w latach w których przerzedzały się szeregi opozycjonistów i zwyciężało zwątpienie w możliwość doczekania jakichkolwiek zmian. W tych latach, w których konspiratorów było coraz mniej, Romuald Lazarowicz należał do zmuszonych do wykonywania pracy za dwóch lub za trzech. Tak, w konspiracyjnym trudzie, doczekał przełomowego roku 1989, wraz z którym nastąpił wielki wysyp ludzi uwielbiających opowiadać o swoich wielkich opozycyjnych dokonaniach. Romuald Lazarowicz należał wtedy do tych, których skazywano na zapomnienie a często – bezceremonialnie okradano z ich dorobku. Nadal był bardzo aktywny, ale inicjatywy takie, jak gazeta „Dwa Dni” czy firma wydawnicza Reverentia, z powodu szczupłości kapitału, nie miały szans ani w rywalizacji z mediami post- PRL-u ani z uprzywilejowanymi w realiach ładu „okrągłostołowego”. W roku 1995 Helena i Romuald Lazarowiczowie założyli wydawnictwo „Lena”, zajmujące się publikowaniem unikatowych książek, głównie o tematyce historycznej. Wiele lat pracy Romualda, polegającej na dokumentowaniu działalności organizacji Wolność i Niezawisłość, docenione zostało wyróżnieniem tytułem Kustosza Pamięci Narodowej. W roku 2002 Romek założył stronę internetową Solidarności Walczącej, która stała się platformą zbierającą historyczne relacje o działalności organizacji, której działaczy ciągle ubywało – zamieszczane przez Romka portrety coraz częściej przychodziło mu otaczać żałobnymi ramkami…

Jednym z najpiękniejszych dni w historii środowiska Solidarności Walczącej, a zapewne i w życiu Romualda, miał miejsce w czerwcu 2007, kiedy to w warszawskim pałacu przy Krakowskim Przedmieściu prezydent Lech Kaczyński odznaczył kilkudziesięciu działaczy Solidarności Walczącej. Przypinaniu do marynarki Romka Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski towarzyszyły najbardziej wtedy owacyjne oklaski zgromadzonych tam wówczas działaczy solidarnościowego podziemia.

Życie Romka zawsze było wypełnione aktywnością, pracą, służbą. Romek ogromnie dużo pisał, redagował, setki nocy upływało mu na składaniu kolejnych czasopism i książek. Nie poddawał się chorobom, które traktował jako okoliczność naturalną dla coraz dojrzalszego wieku. Kilka miesięcy temu opublikował kolejny tom swoich opowiadań. Wszyscy też cieszyliśmy się z polepszenia stanu jego zdrowia. Wzrok, rok temu poważnie zagrożony, został uratowany, co oznaczało perspektywę dalszej twórczej pracy. Kolejny pobyt w szpitalu mógł niepokoić, ale szereg wcześniejszych zwycięstw Romka nad jego zdrowotnymi słabościami, napawał wiarą, że i tym razem – będzie dobrze. Stąd poranny mail od Helenki, wysłany 2 sierpnia, informujący o śmierci Romka, był jak grom z jasnego nieba. Przekazując tę straszną wiadomość myliłem jej odbiorców, bo nie dawałem rady ciągle nowym, zacierającym widok łzom.

Ubyła nam nadzwyczajna, niepowtarzalna postać niestrudzonego bojownika, nadludzko wytrwałego cichego bohatera, przyjaciela zawsze gotowego do niesienia pomocy. Pozostawił nam w spadku wielki dorobek swojego życia. Należą do niego ocalone, unikatowe świadectwa walki o niepodległość, mądre dzieła literatury, godne wielkiej refleksji owoce myśli a nade wszystko – wielki, osobisty wkład w zwycięstwo polskiej wolności.

 

69210052 2375613739195890 2249116511392235520 o

68455765 2375613969195867 9004250450454642688 o

68975139 2375614032529194 3273463625917923328 o68877097 2375613885862542 2191268820948090880 o

68661708 2375613755862555 4249033020201238528 o

69223440 2375614262529171 6852757042461933568 o

68615530 2375613335862597 6377903070214356992 o

68578236 2375615519195712 1469549190907428864 o

68566719 2375615569195707 5109322172250193920 o

68319316 2375613382529259 8701470395846361088 o

67961483 2375613959195868 7482772974634795008 o67821965 2375615552529042 4371824305537810432 o

67816228 2375615369195727 6491486233431113728 o

67824362 2375614209195843 8429825160462204928 o

68495591 2375614215862509 1727547713169391616 o

67886666 2375614375862493 2375619438746533888 o

68698527 2375614392529158 3088918407446265856 o

68587277 2375614569195807 3870773012764557312 o68698527 2375614392529158 3088918407446265856 o

67983231 2375614445862486 7545291051171315712 o67933996 2375614749195789 8246803714782789632 o

67955982 2375614559195808 7272811935001739264 o68441152 2375614735862457 7961699310318387200 o

67799009 2375615242529073 1412185118075781120 n

67803209 2375615155862415 2353029633051459584 o

67919604 2375615165862414 690832712033894400 o67923867 2375615029195761 3370737574246088704 o

67812024 2375614992529098 3454782774194470912 o

67868061 2375614972529100 8050457626988773376 n

 

]]>
[email protected] (Artur Adamski) Nr 3/156, wrzesień 2019 r. Fri, 11 Oct 2019 19:03:14 +0000